Tak często dzieje się, że literatura wyrosła z serc twórców mieszkających w danym rejonie lub dorastających w niespokojnych czasach niesie w sobie to znamię – nasiona, drobiny, zmiany w kodzie, nierozerwalnie z nią złączone i kryjące się w jej najdrobniejszych szczegółach. W ostatnich latach częściej spoglądam w stronę twórczości palestyńskiej, która na tych „zmianach w kodzie” buduje swą potęgę. A szczególnie popatruję na Mosaba Abu Toha, jak na najjaśniejszą gwiazdę na niebie. Żyję nadzieję, że kiedyś spotkamy się w innych okolicznościach, innej, cieplejszej, stabilniejszej perspektywie, w szczęśliwym tłumie, a przyjaznej ciszy.
Z drugiej strony możecie zadać sobie pytanie, a w jaki inny sposób możliwe jest teraz pisać o Gazie? Już nie mówiąc o tym, że patrząc na polityczne komentarze, przewidywania mądrzejszych od nas i kolejne akty ludobójstwa w Palestynie oraz sąsiednich państwach, czy niedługo będzie o czym pisać? Zgłębiając literaturę palestyńską nie da się oderwać od katastrofizmu, ponieważ kiedyś wszyscy będą przeciwko, lecz jeszcze nie teraz i może będzie za późno. Jednak dlatego tak bardzo lubię teksty tego właśnie poety, ponieważ przedstawia perspektywę tak daleką od mojej i sprawia, że od nowa stoję prosto i podnoszę głowę do góry, choć nie wiem, na co natknę się w wiadomościach (o państwie tak mi obcym i dalekim fizycznie, a jednak tak bliskim sercu). Mosab Abu Toha składa świadectwo o rzeczach, których moje oczy wolałyby unikać, ale też o tak pięknych doświadczeniach, o których nie wolno nam zapomnieć. W jego poezji lęk przed tym, gdzie spoczną prochy jego i jego ukochanych, żałoba za straconymi niewinnymi, która nie posiada granic oraz terror, którego nie potrafimy sobie nawet samodzielnie wyobrazić, łączy się w naturalny sposób z przepięknymi obrazami jego domu i ziemi ojczystej, umiłowaniem i uhonorowaniem historii jego rodziny i bliskich, twarzami na zawsze przez jego słowa uświęconymi i blaskiem w oczach jego dzieci, niewyobrażalnie poruszającym obrazem domu, który mimo wszelkich sprzeczności i gróźb dla nich tworzy. To dziedzictwo, które już raz zamknięte w tekście, już nigdy nie odejdzie, zostanie sercach twórcy, czytelników i tych literacko unieśmiertelnionych, paradoksalnie nieważne, co się stanie, kiedy świat pęka w połowie. Migawki bywają tak porażające i żywe, że równocześnie utrzymują przy życiu nadzieję, wiarę, że to nie może wygasnąć, musi zostać, ślady pozostają na kuli ziemskiej i punktach widzenia. Podczas pisania tej recenzji zdałam sobie sprawę, że niczego w tej chwili nie pragnę bardziej, niż stanąć kiedyś bezpiecznie na ziemi palestyńskiej.
Jest to twierdzenie typowe dla myślenia niebezpiecznie idealistycznego, ale ja naprawdę wierzę, że angażując się w kulturę państw zagrożonych, dokładamy swoją małą cegiełkę, by nie pozwolić im odejść.
A Palestynie tak silnie bije serce.