W logo Lublina przenikają się dwie bramy. Miejsce ich przecięcia tworzy oko, symboliczne, ale i konkretne. Oko Widzącego. Mistyka, którego wzrok sięgał dalej niż wzrok innych. Jakub Izaak Horowitz istniał naprawdę. Jego grób, ukryty na starym cmentarzu, to dziś jeden z ostatnich śladów po żydowskim Lublinie – mieście, z którego niegdyś promieniowała mistyczna siła.
Stąd Dorota Bidzińska rozpoczyna podróż przez Polskę chasydzką – niegdyś duchowe centrum Europy, dziś zbiór na wpół zapomnianych opowieści i atlas cmentarzy. Odwiedza miejsca naznaczone obecnością mistyków, tropi nie tylko ślady najważniejszych przywódców i nauczycieli, ale też innych, bez których ta historia byłaby niepełna: kobiet, współczesnych chasydów, artystów i opiekunów pamięci.
Tak powstała książka o kulturze, w której pieśń była modlitwą, a taniec – świętem. O wierze, która oznaczała wspólnotę, wyobraźnię i bunt. O pamięci, która trwa w opowieściach, w muzyce, w powracających co roku pielgrzymkach do grobów cadyków. I o Zagładzie, która przerwała ten świat, ale go nie unieważniła.
To nie podróż w przeszłość. To spotkanie z tym, co zostało i wciąż wraca.
Ciekawe, natomiast autorka jest niezwykle nieobiektywna względem opisywanego tematu, co dla mnie jest odpychające. Wartość miałoby to, gdyby byłoby to opisane bez względnego zachwytu nad wszystkim. Brakowało mi też ukazania ciemnych stron tej sekty, autorka mam wrażenie że bardzo jest zafascynowana tematem, żeby nawet zauważyć, że są i one. Kobieta nie ma żadnych praw i traktuje się je jak podludzi? Co z tego jak oni tak pięknie tańczą, śpiewają i opowiadają historie. A poza tym tyle wycierpieli, więc nie można o nich źle pisać? No ludzie. Dla mnie obrzydliwe, ale ja też nie jestem obiektywna.
W jakiś przedziwny sposób ten reportaż bardzo przypadł mi do gustu. Czytałem go z prawdziwą przyjemnością, może dlatego że urodziłem się w mieście, którego połowę mieszkańców w pewnym momencie stanowili Żydzi, ba, nawet gdzieś wyczytałem, że funkcjonowały dwa stowarzyszenia kabalistyczne. Co do samych chasydów, a w szczególności chasydzkich cadyków, to na pierwszy rzut oka wszystko opiera się na blagierstwie. Im bardziej niestworzone historie ktoś włączył w legendę własnej osoby, tym bardziej znanym i poważanym cadykiem zostawał. No, ale jest też drugi składnik: wiara. Wartość cadyków dla społeczności mogę tylko porównać do tego co wyczytałem o szamanach i szamanizmie funkcjonującym czy to gdzieś w okolicach dalekiej Syberii, czy Amerykach, a na Afryce kończąc, bo o szamanizmie australijskim nic zgoła nie wiem. A kluczowa jest w tym całym zgiełku opowieść i jej snucie (i to by trochę nawiązywało jednak do wierzeń aborygeńskich). I dla mnie ta opowieść o przeszłości była kapitalna.