Słowa ranią, to wiadomo. Słowa usłyszane w dzieciństwie mogą spowodować skutki, które odczuwa się nawet w dorosłym życiu. Dwunastoletnia Aline usłyszała, że jest zbyt męska. Tak ją to przeraziło, że wszystko, co "męskie", zepchnęła głęboko w podświadomość. "Męskie", czyli luz, otwartość, gotowość do przygód. Na zewnątrz pozostało to, co "kobiece" - zachowawczość, rozwaga, skromność.
35-letnia Aline, przygotowując wykład dla studentów, wraca do utworu "Orlando". Wraca niechętnie, jest znudzona frazą Virginii Woolf, a tak naprawdę jest znudzona swoim poukładanym życiem. Rzut oka na młodzieńca siedzącego przy stoliku obok wprawia w ruch machinę, która zostawia czytelnika w osłupieniu. Cząstka Aline wnika w Luciena. Lucien staje się Aline? Aline Lucienem? Tu nie ma prostej odpowiedzi. Skrywana przez lata tożsamość odnalazła się w pięknym, smukłym ciele dwudziestolatka głodnego wrażeń wszelkiego typu.
Wraz z narratorką śledzimy losy obu postaci, a są to losy przecinające się na wielu płaszczyznach. Aline, pozbawiona cząstki siebie, paradoksalnie zyskuje sporo. Tłem tego wszystkiego jest interpretowanie "Orlanda" i to takie, że muszę koniecznie wrócić do lektury Woolf!
Harpman wspaniale żongluje tą historią. Odczytanie "Orlanda" staje się tu rozważaniem nad istotą męskości i kobiecości, tożsamości płciowej i kulturowej, stereotypami, tym wszystkim, co wkładamy w szufladki "męskie" i "kobiece". Jest tu sporo fikołków narracyjnych, niektóre rozwiązania wprawiały mnie w konsternację (zakończenie!), ale finalnie widzę, że to po prostu wspaniała gra z czytelnikiem. Gra, która daje sporo przyjemności. Aline płynnie przechodzi w Luciena, Lucien w Aline, tak jak i jestestwo przecież nie jest - jak się okazuje - stałe i niezmiennie.
Wyborna lektura.