Straciłem syna, straciłem swój szpital. Życie nie ma już dla mnie sensu – to ostatnie słowa wypowiedziane przez profesora Mariana Zembalę w dniu, w którym zwolnił swojego syna Michała z funkcji szefa kardiochirurgii. Kilka godzin później odebrał sobie życie.
Jeden z najlepszych polskich lekarzy, uczeń Zbigniewa Religi (towarzyszył mu przy pierwszym w Polsce udanym przeszczepie serca). Sprawił, że kierowane przez niego Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu stało się wiodącym szpitalem w Polsce. Sukces gonił sukces: pierwszy przeszczep serca i płuc, pierwszy jednoczesny przeszczep serca i nerki, coraz więcej przeszczepów u dzieci, udane przeszczepy płuc u chorych na mukowiscydozę. Zembala publicznie przekonywał, że nie ma operacji na sercu, której nie można by przeprowadzić w Zabrzu.
Ta biografia to opowieść o człowieku pełnym sprzeczności – oddanym pacjentom i bezwzględnym dla pracowników. Był jak lokomotywa, która rozjeżdża ludzi – mówili ci, którzy z nim pracowali. Ambitny, niestrudzony, pędzący do przodu bez względu na przeszkody. Do końca nie chciał, a może nie umiał, się zatrzymać.
Autorom udało się stworzyć wielobarwny portret człowieka, który zmienił oblicze polskiej medycyny, ale nie potrafił uratować samego siebie.
Póki co niewiele kwestii znam od podszewki, ale akurat na temat koegzystencji z autorytarnym protagonistą pod jednym dachem mogę mieć coś do powiedzenia. Może dlatego portret prawdziwego tytana pracy, dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, przykuł moją uwagę. I mimo że od początku domyślałam się, czego mogę oczekiwać, to uczciwie będzie przyznać, że duet Watoła-Kortko upichcił całkiem zjadliwą historię o specyficznym polskim kardiochirurgu. Chociaż w świetle pozostałych specjalistów wspomnianych w tej historii, rzucających narzędziami, kopiących asystę pod stołem oraz dopuszczających się rękoczynów, profesor Marian Zembala i jego zachowanie wobec podwładnych niestety wcale się tak naprawdę nie wyróżniają.
Autorzy już w pierwszym rozdziale napomykają o okolicznościach śmierci profesora, by następnie płynnie przejść do przedstawienia czytelnikowi postaci lekarza, począwszy od czasów przedszkolnych. Następnie dryfujemy na fali lat akademickich, zahaczając o działalność w studenckim teatrze i niemal nie rozbijając się o skały ZMS, bo „takie to były czasy”. Zamiłowanie do gry aktorskiej daje się zresztą odczuć w relacjach z lat późniejszych – ślady teatralności są wyczuwalne w niektórych fragmentach wypowiedzi Mariana Zembali skierowanych do dziennikarzy czy w rozdziale o śpiewającej chórem kardiochirurgii. Bez dwóch zdań jest też coś teatralnego w rwaniu dziurawych prześcieradeł na oczach pacjentów. Jednak prawdziwa esencja pływa na wierzchu kierowniczej kadry zabrzańskiej kliniki. To tam zaczyna się istny kosmos.
Jako osoba niezwiązana ze środowiskiem kardiologicznym, a tym bardziej kardiochirurgicznym, pochłaniałam biografię szeroko otwartymi oczami. W pierwszej kolejności wrażenie na czytelniku robi pionierska postawa mistrza Mariana Zembali, profesora Zbigniewa Religi, zarówno w zakresie samej operacji, jak i podejścia do współpracowników. „On miał satysfakcję, że jego asystenci przeszczepiają serca, podczas gdy w innych klinikach szef nie pozwala podwładnym nawet zbliżyć się do stołu” (s. 65). Gotowość do podejmowania ogromnego ryzyka przez wspomnianych tu lekarzy jest porażająca, zwłaszcza że pełny sukces nie został osiągnięty od razu. I autorzy lojalnie nas o tym informują, opisując przypadki powikłań oraz zgonów poszczególnych pacjentów po pierwszych prawidłowo przeprowadzonych przeszczepach. Relidze grożono prokuratorem, a także pobytem w więzieniu w związku ze śmiercią pacjentów po pierwszych transplantacjach. Fakt, że jeszcze w 1980 r. przeszczep serca był traktowany w Polsce jak zabieg eksperymentalny, wydaje się nieprawdopodobnym. Trudno się więc dziwić, że uczestnicząc w operacjach tej rangi, można było odczuwać potężną presję, jaka gdzieś musiała przecież znajdować ujście. W kontekście ryzyka, innowacyjności i możliwych konsekwencji zabiegu trochę łatwiej jest spojrzeć na wymagania Zbigniewa Religi co do bezkompromisowego poświęcenia się pacjentom, często za cenę własnych potrzeb czy prywatnego życia. To zdecydowanie nie była atmosfera work-life balansu. Coraz mniej mieści nam się w głowie to, że przełożony mógłby bezkarnie zabronić pracownikowi powrotu do domu, chociaż i dziś różne rzeczy słychać z SOR-ów albo gabinetów stomatologicznych. Co ciekawe, według lekarzy oraz pielęgniarek znających Mariana Zembalę osobiście, profesor sam chętnie sobie tę presję narzucał, tworząc jednocześnie wyrazisty przykład człowieka, którego nienasycone ambicje potrafią bezlitośnie zrzucić z wysokiego konia. Podobno sam Zbigniew Religa miał go ostrzegać: „Marian, ta ambicja cię kiedyś wykończy” (s. 99). Dopiero po śmierci Religi aspiracja przeskoczenia mistrza miała (odrobinę) przygasnąć.
Życie podporządkowane niemal w całości realizacji misji w pewnym sensie musiało zaowocować tym, czym według autorów biografii zaowocowało – wręcz obsesyjnym pragnieniem sukcesji, gorącym marzeniem o przekazaniu kliniki we władanie swojemu synowi. I tak, nadal pozostajemy w temacie szpitala, a nie rozbicia dzielnicowego czy prywatnego szlacheckiego folwarku. Jednak pasja, z jaką podmiot biografii podchodził do nauki i zarządzania SCCS-em nie tyle go usprawiedliwia, co pozwala zrozumieć źródło tej potrzeby. Profesor Marian Zembala po prostu żył pracą, dla pracy i dzięki pracy. A jednocześnie co by krytycznego o nim nie pisać, na pewno warto podkreślić to, że jako pierwszy starał się wprowadzić zachodni model zarządzania placówką medyczną, tzn. już jako dyrektor wprowadził w zabrzańskim szpitalu „zieloną kartę”, zawierającą m.in. informacje o wykonanych u chorego zabiegach, o podanych mu lekach, o długości pobytu w szpitalu. To wstrząsające, ale na przestrzeni lat 90. „w Polsce nikt nie wiedział, jak policzyć, ile kosztuje leczenie danego pacjenta” (s. 115). Dzięki zmianie zaprowadzonej przez profesora wycena tego rodzaju świadczeń stała się możliwa.
To, co mam do zarzucenia osobom odpowiedzialnym za wydanie książki, to ilość błędów, przewijających się zwłaszcza w drugiej połowie biografii. Źle się czyta o tym, jak „kierowca przywozi profesor Mariana Zembalę jak co rano do szpitala” (s. 302). Niedopatrzenie, ale za cenę sześćdziesięciu złotych oprócz kosztów wysyłki naprawdę można oczekiwać większej staranności w procesie korekty.
Według autorów rodzina zmarłego była przeciwna publikacji, powołując się na prawo kultywowania pamięci. A ja, jako odbiorca historii nieznajomego człowieka uważam, że biografia przedstawia realną osobę, razem z jej temperamentem, pragnieniami i niedoskonałościami. W trakcie lektury nieraz pod nosem pojawia się uśmiech, czasem brwi podjeżdżają w górę, a chwilami wyrwie się głębokie westchnienie. Są fragmenty, które bawią, są takie, które przypominają legendę, a są też co najmniej niestosowne. To wierny portret człowieka, pod jakim mało kto odważyłby się pracować – jednocześnie właśnie takiego zaangażowania mniej lub bardziej otwarcie oczekujemy od naszych lekarzy.
Bardzo ciekawa książka. Przed lekturą moje podejście do Profesora Zembali było wykreowane na podstawie filmu Bogowie- wiedziałam, że to kardiochirurg, "w cieniu" Religi. Po przeczytaniu zdałam sobie sprawę, jak niesłuszne jest takie postrzeganie. Gdybym miała określić Profesora jednym słowem powiedziałabym ambicja. Pokazane są dobre i gorsze strony, ale to właśnie ambitne podejście do swojej pracy jest wyróżniające przez całe jego życie. Cieszę się, że dowiedziałam się więcej o tak wybitnym Polskim kardiochirurgu. W mojej głowie zostaje obraz przede wszystkim człowieka oddanego pacjentom, z sercem dla ludzi. Smutne jest to, jak skończyła się jego historia, mam nadzieję, że po latach będzie pamiętany za zasługi