Polski reportaż jest polskim reportażem – tak najkrócej mogłabym opisać „To był tylko pies”. Mamy tu przekrojowy zbiór historii o odchodzących zwierzętach, garść danych o wartości rynku funeralnego, co nieco o historii grzebowisk, ceny kremacji i usług upamiętniających… Domyślacie się już, gdzie zmierzam? Książka Darii Grzesiek wydawała mi się pisana według sztampy, balansując pomiędzy reportażem prasowym, rozpoznającym pewne zjawisko, a zbiorem emocjonalnych i ujmujących opowieści.
W zderzeniu tych dwóch kierunków pojawiła się moja pierwsza wątpliwość – czy zadano sobie pytanie, dla kogo właściwie jest ten reportaż? Czy ma nieść ukojenie tym, którzy mierzą się z żałobą? Są tu opisy doświadczeń, z którymi można się utożsamić w procesie odchodzenia zwierzęcia – trudność w podjęciu decyzji o eutanazji, ulga, że nie trzeba już kontynuować leczenia, które nie przynosi rezultatów, poczucie winy, że nie walczyło się dłużej. Za mało jest tu jednak o samej żałobie – o tym, jak nauczyć się żyć z tą podjętą decyzją, jak przyzwyczaić się do świata oglądanego zza stale załzawionych oczu.
Być może miał to być reportaż opisujący zjawisko, coś dla tych, którzy sami powiedzieli komuś „to był tylko pies”, a teraz próbują zrozumieć. Ale znów: jest tu za mało. Z tej perspektywy brakuje prób dociekania, jak to się stało, że zwierzę dla wielu z nas stanowi centralny punkt życia, jest członkiem rodziny i odchodzi równie boleśnie jak najbliższa osoba.
Pierwotnie próbowałam interpretować to jako celowe zderzenie sfery emocjonalnej z obrazem skomercjalizowanego rynku usług pogrzebowych, ale szybko przyszła mi myśl, że szukam czegoś, czego pewnie tam nie ma.
Zabrakło mi w „To był tylko pies” pracy autorki, lepszego zaopiekowania się tym tematem, poprowadzenia nas przez labirynt emocji – szczęścia, strachu, nadziei, smutku, gniewu, ulgi, wstydu, żalu – bez próby siłowego obiektywizowania tego zagadnienia. Książka Darii Grzesiek powstała ze straty ukochanego psa – i taką mogła pozostać. Bo finałowy rozdział, w którym opisuje swoje doświadczenia, jest szczerym i poruszającym obrazem tego, jak wygląda strata. Wraz z innymi historiami, których wysłuchała (i bardzo ujęło mnie to, że ich bohaterami są nie tylko psy i koty, ale też żółwie, kury, słonica czy świnki morskie), mogłyby dać jakiś rodzaj otuchy. O ile nie zabrakłoby odwagi, by odrzucić tę całą analizę zjawiska, a pozostawić to, co daje wartość – dotknąć relacji człowieka ze zwierzęciem, wziąć na warsztat huragan emocji z tym związany i spróbować w nich pogrzebać, szukając pewnych wspólnych prawd.