To jest książka, która siedziała mi w głowie już od dłuższej chwili. Z jednej strony strasznie chciałam po nią sięgnąć, a z drugiej miałam lekki strach, czy faktycznie spełni moje oczekiwania. Na szczęście w dużej mierze je spełniła, choć nie obyło się bez kilku rozczarowań.
Paulina Bazgier ma bardzo przyjemny styl pisania i to czuć od pierwszych stron. Książkę czyta się szybko, bez zgrzytów, a tekst po prostu płynie. Ogromnie podoba mi się język, jakim autorka się posługuje. Takie smaczki jak odmierzanie czasu dzwonami czy dni księżycami robią niesamowity klimat. Ja uwielbiam takie detale, bo dzięki nim świat przedstawiony staje się bardziej żywy i autentyczny. To niby drobiazgi, ale właśnie one sprawiają, że historia zostaje w głowie na dłużej.
Największym plusem Miasta złodziei jest dla mnie kreacja świata. Miasto jest opisane cudownie, z dużą ilością szczegółów, ale bez przesady. Czułam się, jakbym naprawdę po nim chodziła, zaglądała w zaułki i obserwowała codzienne życie jego mieszkańców. Do tego dochodzi własny system wierzeń, który jest prosty, jasno wyjaśniony i bardzo logiczny. Nie miałam poczucia chaosu ani zagubienia, a to w fantastyce jest dla mnie ogromnie ważne.
Bohaterowie są wyraziści i nawet postacie poboczne zapadają w pamięć. Obok żadnej z nich nie da się przejść obojętnie. Niestety ja osobiście nie polubiłam głównej bohaterki, czyli Lily. Doceniam to, że jest twarda, nieustępliwa i ma własne zdanie, ale momentami strasznie mnie irytowało to, że narzuca je wszystkim dookoła. Jakby tylko ona miała rację, a reszta świata była w błędzie. Nie potrafiłam się z nią zżyć i nie złapałam z nią emocjonalnej więzi. Z drugiej strony wiem, że ja często mam problem z głównymi bohaterkami, więc to może być po prostu mój osobisty odbiór.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Lily i Renny szykują napad. Same przygotowania zajmują naprawdę sporą część książki i tutaj byłam mocno wciągnięta. Budowanie napięcia, planowanie, kombinowanie, to wszystko czytało się dobrze. Niestety sam napad strasznie mnie zawiódł. Trwa po prosty za krótko. Druga część to dla mnie totalny sztos. Akcja przenosi się kilka lat do przodu i ta zmiana zrobiła ogromną robotę. Wciągnęłam się tak bardzo, że przeczytałam ją na raz, bez odkładania książki. Tu działo się dużo, było ciekawie i emocjonalnie. Niestety i tutaj pojawiły się elementy, które mnie rozczarowały. Przede wszystkim smoki. Sam pomysł na ich podział jest bardzo fajny i do tej pory niespotkany przeze mnie, ale poza wzmianką na początku praktycznie ich nie ma. Skoro dostajemy wstęp o smokach, ich losach i wyzwaniach, to spodziewałam się, że będą one choć trochę obecne w historii. Nie muszą się pojawiać fizycznie, ale jakieś plotki, opowieści czy legendy naprawdę by mnie ucieszyły. Ja kocham smoki, więc brak takich smaczków był dla mnie sporym minusem. W efekcie miałam poczucie, że ten wstęp jest trochę niepotrzebny na tym etapie historii.
Zakończenie książki również zostawiło mnie z mieszanymi uczuciami. Jest dziwne i niejasne. Rozumiem, że ma zachęcić do sięgnięcia po kolejne tomy, ale dla mnie wyszło to trochę płasko i bez większego efektu wow. Zabrakło mi mocniejszego akcentu na koniec.
Mimo wszystko muszę przyznać, że bawiłam się przy tej książce całkiem dobrze. To bardzo solidny debiut, który pokazuje, że Paulina Bazgier ma pomysł, wyobraźnię i potencjał. Na pewno sięgnę po kolejne tomy, bo jestem ciekawa, w jaką stronę ta historia pójdzie dalej.
Podsumowując, Miasto złodziei to klimatyczna książka z dobrze wykreowanym światem, ciekawym językiem i wyrazistymi bohaterami. Ma swoje minusy, ale jako debiut wypada naprawdę obiecująco.