Wańkowicza trudno zmieścić między okładkami – jego życie było jak wybuch wulkanu.
Pisarz, reporter, korespondent wojenny, komentator społeczny. Uchodźca, emigrant, dysydent. Marketingowiec, copywriter, influencer, celebryta. Można użyć w stosunku do niego każdego z tych określeń.
Urodzony pod koniec XIX wieku, widział, jak dawny świat znika bezpowrotnie – a potem obserwował to znów i znów, kiedy przetaczały się kolejne dziejowe burze. Za każdym razem jednak potrafił się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Był człowiekiem zaskakująco nowoczesnym. W dwudziestoleciu ostrzegał przed wojną hybrydową i apelował o wykorzystanie soft power na wschodnich rubieżach kraju. Dostrzegał zagrożenia płynące z dezinformacji, choć sam wykorzystywał ją w kampaniach marketingowych („cukier krzepi!”). Nieustannie kreował własny wizerunek, pokazywał publicznie starannie dozowaną prywatność. I cały czas pisał, poszukiwał sposobów na to, by opowiedzieć otaczający go świat, dotrzeć do czytelników.
Pozostawił po sobie bogactwo źródeł: zdjęć, listów, relacji, wielokrotnie nadpisywanych tekstów… Dla jego biografa to błogosławieństwo – i przekleństwo. Przedarcie się przez gąszcz faktów i mitów, półprawd, plotek i zmyśleń było gigantycznym wyzwaniem.
Książka Łukasza Garbala to biografia totalna, której Wańkowicz jeszcze nie miał, a na którą bez wątpienia zasługuje.
Życiorys Melchiora Wańkowicza to doskonały temat na porywającą biografię. Niestety, autor tej nie sprostał wyzwaniu, bo nie umie pisać. "Fakt, nie legenda", że go bezczelnie zacytuję, tak, dla wicu. Owszem, zrobił niezłą kwerendę, także w źródłach z IPN, ale katastrofalnie poległ w próbach uładzenia tej historii: plącze się, powtarza, gubi w przypisach (fajnie widać, że redakcja próbowała zwrócić mu na to uwagę), pokazał wiele, wyjaśnił mało, bo też zapiekle trzymał się mało rozważnego założenia, że osoby czytające będą - jak on - au courant z dziełami wszystkimi Wańkowicza i połapią się w odwołaniach. Do tego maniakalne upychanie odniesień do czasów nam bliższych ("a tu po latach do koledżu chodził Spielberg! A tam pół wieku później mieszkał de Niro!" NO I CO Z TEGO, chce się tylko kląć pod nosem), w tym obsesyjne powtarzanie zwrotu "fake news", jakby autor zamierzał pisać przemówienia Trumpowi. Ech.