Nie spodziewałam się, że ta historia aż tak mocno do mnie trafi. Myślałam, że dostanę klasyczną opowieść o miłości w rytmie rocka z lat sześćdziesiątych, a dostałam coś znacznie głębszego. Książkę, która porusza, wzrusza i przypomina, że czasem nawet najpiękniejsze uczucia potrafią być ciężarem. Były momenty, w których uśmiechałam się do tych bohaterów, ale też takie, przy których oko naprawdę potrafiło się zaszklić.
"Ballada o miłości” to historia o tym, jak łatwo zgubić siebie w blasku reflektorów i jak trudno potem odnaleźć drogę powrotną. O cenie sławy, o marzeniach, które potrafią zniszczyć to, co w człowieku najczystsze, i o miłości, która mimo wszystko nie pozwala się złamać. Cena sławy stanowi w moim odczuciu główną klamrę tej powieści. Wszystkie wydarzenia, te piękne, te trudne i te bolesne - prowadzą do punktu, który potrafi złamać życie. Do momentu, po którym nic już nie jest takie samo. Riley pokazuje to z ogromnym wyczuciem, bez przesady, bez wielkich słów. Po prostu pozwala, by emocje mówiły same, ale dla mnie ta książka to przede wszystkim ballada o miłości, o uczuciu, które narodziło się na irlandzkich plażach i przetrwało czas, złość, zawiść i pierwsze dorosłe rozczarowania. Keira i Con dojrzewają razem, potykają się, gubią siebie, ale mimo wszystko - trwają. I właśnie w tym tkwi siła tej opowieści.
"Ballada o miłości” to także historia o zawiści, obsesji i ludzkiej słabości. O tym, jak szybko zachwyt potrafi zmienić się w zazdrość, a podziw - w pragnienie zniszczenia. W tle tych emocji Riley buduje portret ludzi, którzy wciąż próbują utrzymać równowagę między sercem a ambicją. To również powieść o rodzącej się kobiecości, o tym, jak Keira dojrzewa do bycia sobą, jak uczy się stawiać granice i odnajdywać własny głos w świecie, który często ją ucisza. Ale nie tylko ona. Także Helen, która z przysłowiowej szarej myszki przechodzi długą drogę do kobiety pewnej siebie, świadomej i silnej. Jej przemiana, podszyta bólem i doświadczeniem straty, ma w sobie coś niesamowicie ludzkiego. Helen to kobieta, która po tragicznej historii miłosnej zbudowała siebie od nowa: poświęcona pracy, zamknięta emocjonalnie, a jednocześnie wciąż tęskniąca za czymś, co kiedyś naprawdę ją poruszało.
I to właśnie te kobiety - Keira i Helen - niosą w sobie sedno tej historii. Są różne, ale obie pokazują, że siła kobiecości nie polega na idealności, lecz na wrażliwości i umiejętności przetrwania. Dla jednych to będzie po prostu książka o miłości. Dla mnie? Coś znacznie więcej. Historia o pasji, stracie, zawiści, o dojrzewaniu do prawdy o sobie. Historia, która wzrusza, koi, ale też trochę boli. I taka właśnie jest proza Lucindy Riley: delikatna, emocjonalna, a przy tym prawdziwa. Tej ballady nie da się po prostu przeczytać. Ją się czuje,gdzieś głęboko, w środku.