Złoczyn, wbrew nadanej w średniowieczu nazwie, to jedno z najspokojniejszych miasteczek leżących na styku Górnego Śląska i Zagłębia. Najczęstszą przyczyną nienaturalnych zgonów w tej okolicy są wypadki drogowe. Zabójstwa, tyleż trywialne co bezsensowne, zdarzają się raz na kilka lat, a ich sprawcy – przemocowi mężowie albo uczestnicy libacji – szybko trafiają za kratki.
Nikt nie przypuszczał, że właśnie tutaj, w tym urokliwym miasteczku, może działać jeden z najokrutniejszych i najbezwzględniejszych seryjnych morderców, jakich znała Polska, a nawet świat. Przypadkowe odkrycie poczynione przez stróżów porządku w miejscu, gdzie doszło do zgonu po przedawkowaniu narkotyków, sprawia, że Złoczyn trafia na usta wszystkich. Choć sprawa, zdaniem prowadzących ją policjantów, wydaje się banalnie prosta, pojawia się coraz więcej wątpliwości, a kolejne tropy prowadzą w najmniej spodziewanym kierunku…
Robert J. Szmidt is a writer, translator, publisher and editor in chief of a number of magazines, including “Science Fiction” monthly magazine. He created a couple of literary and film awards, and the second largest digital library of science fiction texts in the world (www.fantastykapolska.pl). He is best known for his eleven best-selling SF novels and almost twenty short stories. His books appeared in Poland, USA and Russia.
Powieść „Wiem, kiedy umrzesz” Roberta J. Szmidta była moim pierwszym spotkaniem z twórczością autora. Sięgnęłam po nią głównie ze względu na mroczną, niepokojącą okładkę oraz intrygujący opis fabuły, zapowiadający kryminał osadzony w spokojnym, prowincjonalnym miasteczku. A ponieważ bardzo lubię poznawać nowych autorów, szczególnie polskich, nie zastanawiałam się zbyt długo nad lekturą.
Złoczyn, wbrew nadanej mu jeszcze w średniowieczu nazwie, uchodzi za jedno z najspokojniejszych miasteczek leżących na styku Górnego Śląska i Zagłębia. Życie toczy się tu powoli, a nienaturalne zgony są rzadkością – jeśli już się zdarzają, to najczęściej w wyniku wypadków drogowych. Zabójstwa pojawiają się sporadycznie i zazwyczaj mają banalne, wręcz prozaiczne przyczyny: przemoc domowa, alkoholowe awantury czy nagłe wybuchy agresji. Sprawcy takich czynów szybko zostają ujęci, a sprawy trafiają na policyjne półki jako zamknięte. Nic więc dziwnego, że nikt nie przypuszcza, iż właśnie w Złoczynie może działać jeden z najokrutniejszych i najbardziej bezwzględnych seryjnych morderców, jakich znała Polska, a być może nawet świat. Wszystko zmienia się w chwili, gdy policjanci dokonują przypadkowego odkrycia na miejscu zgonu, który początkowo wygląda na zwyczajne przedawkowanie narkotyków. To, co miało być rutynową interwencją, zaczyna budzić coraz więcej wątpliwości. Sprawa, która z pozoru wydaje się prosta i szybko do rozwiązania, stopniowo odsłania kolejne warstwy tajemnicy. Pojawiają się niepokojące tropy, a dochodzenie zaczyna prowadzić śledczych w najmniej spodziewanym kierunku. Złoczyn trafia na usta całej Polski, a spokój mieszkańców zostaje brutalnie zachwiany.
Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, a początek zapowiadał niezwykle intrygującą, mroczną historię. Autor bardzo sprawnie buduje atmosferę niepokoju, kontrastując sielski obraz prowincjonalnego miasteczka z narastającym poczuciem zagrożenia. Jednak im dalej zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej miałam wrażenie, że początkowy mrok zaczyna się rozmywać. Napięcie stopniowo opada, a tempo akcji wyraźnie zwalnia, co momentami odbiera historii dynamikę, jakiej oczekiwałam po tak obiecującym wstępie. Bardzo podobał mi się natomiast klimat stworzony przez autora. Szmidt świetnie oddaje duszną atmosferę małego miasteczka, w którym wszyscy się znają, plotki rozchodzą się błyskawicznie, a pozory normalności kryją niejedną tajemnicę. Czuć tu specyficzny ciężar prowincji – poczucie, że coś jest nie tak, choć trudno to jednoznacznie nazwać. To właśnie klimat uważam za jeden z najmocniejszych punktów tej powieści. Finalnie książka okazała się po prostu dobra. Nie jest to najlepsza powieść kryminalna, jaką przeczytałam, ale zdecydowanie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze. Było to udane, choć niepozbawione niedosytu, pierwsze spotkanie z twórczością Roberta J. Szmidta i myślę, że w przyszłości jeszcze sięgnę po inne jego książki.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś spojrzeć na pozornie zwyczajne miasteczko i pomyśleć: „Tu naprawdę nic złego nie może się wydarzyć”… a potem odkryć, że właśnie tam kryje się największy koszmar?
Przyznam, że jak tak miałam całkiem niedawno, bo w miejscowości niedaleko mnie w krótkim odstępie czasu znaleziono zwłoki 4 osób… Miałam też tak, gdy weszłam w świat „Wiem kiedy umrzesz” Roberta J. Szmidta. I uwierz mi – Złoczyn tylko udaje, że śpi.
Na pierwszy rzut oka Złoczyn to miejsce jak setki innych na styku Górnego Śląska i Zagłębia. Miasteczko, w którym częściej słyszysz o stłuczce pod marketem niż o zabójstwie. Policjanci wykonują rutynowe czynności, mieszkańcy powtarzają swoje codzienne rytuały, a zło… cóż, zło najwyraźniej nauczyło się doskonałej kamuflażu. I właśnie dlatego jego obecność uderza mocniej niż zwykle.
Wszystko zaczyna się od zgonu po przedawkowaniu. Brzmi banalnie, prawda? Ale to właśnie ta banalność okazuje się zaproszeniem do koszmaru. Jeden ślad, jeden drobiazg znalezony przypadkiem – i nagle ktoś zauważa pęknięcie w murze normalności. Od tego momentu nic już nie jest oczywiste.
Szmidt robi to, co uwielbiam w kryminałach: sprawia, że czuję się jak policjant, który wierzy w proste rozwiązanie… a jednak gdzieś głęboko, instynkt podpowiada mi, że ta układanka aż za dobrze się składa. Bo kiedy wszystkie puzzle pasują idealnie, to ja wiem, że ktoś manipuluje obrazem. I dokładnie tak jest tutaj.
Im dalej idę śladami bohaterów, tym mocniej rośnie we mnie niepokój. Autor nie tylko buduje napięcie – on je dawkuje jak truciznę. Najpierw łagodnie, ledwo wyczuwalnie, potem coraz mocniej, aż czuję, że moje własne tętno przyspiesza. Historie ofiar wdzierają się pod skórę, lokalne smaczki i gwara budują atmosferę, a Złoczyn zaczyna żyć przede mną jak realne miejsce, które mogłabym odwiedzić… i w którym, szczerze mówiąc, chyba nie chciałabym zostać po zmroku.
Ogromnym plusem jest to, jak Szmidt odmalowuje środowisko policyjne. Nie idealizuje go, nie tworzy superbohaterów, a jednak daje nam postać aspiranta Damięckiego, dzięki któremu czuję, że w tym całym chaosie istnieje jakaś iskra profesjonalizmu i zdrowego rozsądku. To takie światełko, za którym chce się iść – nawet jeśli droga prowadzi w stronę bardzo ciemnych zakamarków.
A kiedy już wydaje Ci się, że znasz prawdę… autor jednym ruchem przewraca planszę. Końcówka? No cóż – nazwijmy to uczciwie: Szmidt odpala dynamit i odchodzi od stołu. Tak po prostu. Zostawiając mnie z szeroko otwartymi oczami i pytaniem „gdzie jest reszta?!”. Czytałam finał dwa razy. Za drugim nadal nie czułam się przygotowana.
To książka, która nie tylko budzi niepokój – ona go pielęgnuje. Wciąga, zwodzi, udowadnia, że mrok nigdy nie jest pusty, tylko cierpliwie czeka. A jeśli lubisz kryminały, które zaczynają się od rutyny, a kończą jak uderzenie młotem w szkło… ta historia jest zdecydowanie dla Ciebie.
Ocena: 9/10. I Szmidt, dlaczego zostawiłeś mnie z takim zakończeniem?!
Robert J. Szmidt był jednym z pierwszych autorów fantastyki, po których książki sięgnąłem, gdy dopiero zaczynałem swoją przygodę z tym gatunkiem. Pamiętam doskonale, jak ogromne wrażenie robiły na mnie jego umiejętności budowania świata, kreowania bohaterów i konstruowania fabuł. Dziś, po kilkunastu latach i wielu przeczytanych powieściach, w moje ręce trafia coś zupełnie innego - pełnokrwisty kryminał z elementami thrillera. Z dużą ciekawością rozpocząłem więc lekturę.
Powieść otwiera się niezwykle mocnym akcentem: poznajemy kobiety uwięzione w czymś na kształt podziemnego lochu, pozbawione dostępu do światła, kontaktu z ludźmi, a co za tym idzie jakiejkolwiek nadziei. Następnie akcja przenosi się na tor policyjnego dochodzenia dotyczącego lokalnego złodzieja i narkomana. W tym momencie książka przybiera formę klasycznej kryminalnej układanki: śledzimy pracę policjantów, obserwujemy zbieranie dowodów, zatrzymywanie (i wypuszczanie) podejrzanych, a nad wszystkim czuwa komendantka będąca jednocześnie córką wpływowego polityka. Mieszanka iście wybuchowa.
Nietrudno się domyślić, że oba wątki stopniowo zaczynają się przeplatać, by ostatecznie połączyć się pod koniec. Niestety - muszę to przyznać z lekkim rozczarowaniem finał wypada mniej satysfakcjonująco, niż się spodziewałem. Nie rekompensuje tego nawet fakt, że historia prawdopodobnie nie dobiegła końca i całkiem możliwe, iż autor planuje kontynuację.
Lekturę pochłania się szybko i całkiem przyjemnie. To solidnie napisana książka, choć bez szczególnego błysku. Gdyby nie słabsze zakończenie, moja ocena byłaby zapewne wyższa. Mimo to, jeśli pojawi się druga część, z pewnością po nią sięgnę.
"Wiem, kiedy umrzesz" Roberta J. Szmidta, autora znanego zapewne szerzej w kręgach fantasy, jest moim pierwszym spotkaniem z jego twórczością. Czy było to spotkanie udane? Niestety, nie do końca.
Anita to dziewczyna na gigancie, uwięziona w ciemnej, cuchnącej piwnicy. Jej jedynym towarzystwem jest znękany głos innej dziewczyny zza ściany. Niedługo później i on cichnie. Daria - ćpunka gotowa zrobić wszystko za chwilę zapomnienia - trafia do tego samego piekła. Gdy jej miejsce zostaje zwolnione, pojawia się Aśka.
Wszystkie dziewczyny mają mniej niż szesnaście lat. Wszystkie uciekły z domu i żyły na marginesie społeczeństwa. Ktoś na nie poluje, więzi je w absolutnych ciemnościach, by po pół roku się ich pozbyć.
Złoczyn to adekwatna nazwa dla odkryć, które wstrząsają tym z pozoru spokojnym miasteczkiem. Wezwani do "złotego strzelca" miejscowi policjanci odnajdują fanty należące do seryjnego mordercy, a rozpoczęte dochodzenie szybko przestaje być oczywiste. Nowe tropy, pojawiające się jeden po drugim, rodzą kontrowersje i podważają wcześniejsze ustalenia.
Powieść epatuje ekstremalnymi opisami, wulgarnym językiem i wyczuwalnym złem czającym się gdzieś w tle. Autor sięga również po gwarę śląską -akcja rozgrywa się na Śląsku - co momentami dodatkowo utrudnia lekturę. Największym problemem książki jest jednak chaos narracyjny. Duża liczba postaci oraz brak jednego wyraźnego bohatera sprawiają, że trudno nawiązać z kimkolwiek emocjonalną więź, a to znacząco osłabia siłę historii. Czytałam z lekkim zaciekawieniem, ale bez większej przyjemności.
Książka okazała się dużym rozczarowaniem. Elementy kryminału pojawiają się właściwie tylko na kilku pierwszych stronach oraz w samej końcówce — przez pozostałe około 80% fabuły czytelnik dostaje mdłą, nużącą historię z życia posterunku. Dominują jałowe kłótnie górali ze Ślązakami oraz długie dialogi prowadzone gwarą, którą rozumiałam jedynie częściowo, co dodatkowo utrudniało lekturę.
Całość dopełnia wulgarny język — ciągłe wyzwiska, obrażanie i przekleństwa, które nie tylko niczego nie wnoszą, ale wręcz odbierają przyjemność z czytania. Trudno też mówić o wyraźnym głównym bohaterze. Postaci jest bardzo dużo, każda z nich ma imię, nazwisko i często więcej niż jedną ksywkę, co sprawia, że łatwo się pogubić i trudno kogokolwiek zapamiętać.
Dodatkowo rażą uproszczone i stereotypowe przedstawienie bohaterów — szefowa posterunku sugerowana jest jako osoba, która zawdzięcza stanowisko ojcu, a informatyk zostaje sportretowany jako osoba z nadwagą i zaniedbaną higieną. Trudno zaakceptować takie schematy.
To jedna z najsłabszych książek, jakie miałam okazję czytać. Zmarnowany czas.
jestem okrutnie ZAWIEDZIONA było dobrze! ale... JAK MOŻNA zostawić książkę bez zakończenia... nie no to są jakieś żarty + irytuje mnie gwara śląska, więc ciężkie to były momenty ocenę zaniżam przez brak wyjaśnień i urwanie z du*yyy
To było moje pierwsze spotkanie z piórem pana Roberta, jednak po skończeniu tego tytułu, wiem że nie jedyne!
𝐖𝐈𝐄𝐌 𝐊𝐈𝐄𝐃𝐘 𝐔𝐌𝐑𝐙𝐄𝐒𝐙 opowiada o porywanych dziewczynach, które wegetują zamknięte w pomieszczeniu, tylko raz widzą je oświetlone. Po ciemku dostają jedzenie, muszą się załatwiać… wegetują, aż w końcu umrą. Rozdziały z ich punktu widzenia były mroczne, niepokojące i najbardziej intrygujące. Poznajemy o czym myślą w totalnej pustce. W piekle na ziemi.
Większość książki jednak składa się z pov policji, która odkrywa pewien trop związany z tą sprawą, chociaż oni na początku nie wiedzą, że morderca znany na całą Polskę osadzony jest u nich w miasteczku. Większość książki jest z próby rozwikłania zagadki. Rozdziału to są dni, podczas których próbują rozwikłać, kto za tym stoi.
Z początku nie mogłam się wkręcić w pov policjantów, bo wątek porwanych, od których zaczyna się książka za bardzo mnie pochłoną. Ale im dalej tym lepiej, co raz bardziej sama wkręcałam się, aby obmyślić kto stoi za tymi porwaniami. Tym bardziej, że my wiemy, że kobiety były więzione, aż przez pół roku, a potem znikały. W książce pojawiają się od czasu do czasu perspektywy podawanych dziewczyn, chociaż przyznam się szczerze, że myślałam, że będzie ich więcej.
Mimo to książka była genialna. Na końcu czytałam jedno zdanie z pięć razy, poznaliśmy kto stoi za morderstwami. Mam nadzieję, że będzie drugi tom, bo poznanie mordercy to jedno, a schwytanie go? Zwłaszcza, że tylko czytelnicy wiedzą, policja jeszcze do tego nie doszła!