Z pewnością każdy z Was wie, a przynajmniej kojarzy, jak funkcjonował Sherlock Holmes, a wraz z nim i jego wierny towarzysz, doktor Watson. Uznajmy, że nie zmarli gdzieś w pierwszej połowie XX wieku, tylko poszli z duchem czasu i nieśmiertelni, jedynie lekko ewoluując, dożyli lat dwutysięcznych, a konkretniej mniej więcej 16 listopada roku 2004. W przeciągu stu pięćdziesięciu (stu pięćdziesięciu dwóch jeśli chodzi o Watsona) wiele się w ich życiu zmieniło, podobnie jak oni sami. Co zaś z tego wynikło?
16 listopada roku 2004 wyszedł pierwszy odcinek amerykańskiego serialu "Doctor House", opowiadający o "przygodach", tak można je określić, doktora Grega House'a i jego zespołu diagnostów. Powracając do naszego wyobrażenia z początku tej recenzji łatwo możemy dopasować role. Nasz ekscentryczny, cyniczny i pełen nietaktu (och, łagodnie powiedziane...) House w istocie może być Holmesem, który jedynie na przestrzeni lat zmienił się wraz z ludźmi i nabrał nowych cech, nawet nieświadomie (podobnie jak coraz popularniejsze jest wplatanie angielskiego słownictwa w polskie wypowiedzi – zmiana mody, która nastąpiła poza naszą świadomością). Stał się bardziej chamski, a czas sprawił, że i kryminalne zagadki przestały być już tak interesujące jak były. Pozostała kolejna nieodgadniona dziedzina – medycyna, dająca równie szerokie pole. Zwłaszcza jej niebanalni pacjenci. A i Holmes, i House specjalizują się w niebanalnych i beznadziejnych przypadkach, będąc ostatnią deską ratunku dla potrzebujących.
Mianem Watsona w duecie z serialu można określić Jamesa Wilsona. Inicjały, zawód i przyjaźń z genialnym w swym "szaleństwie" ekscentrykiem to część wspólna obu tych zbiorów. Cechy dżentelmena zanikły z czasem, ale co było ponad wiek temu, zostało w okresie ponad wiek temu. Teraz jest teraz, a zmian nie da się uniknąć.
Ale, ale, od porównywania House'a i Wilsona do Holmesa i Watsona nie jestem ja (chyba, że amatorsko), tylko poważni twórcy, którzy zarabiają z pisania takich książek.
Ekscentrycy będący socjopatami, genialnymi i socjopatami są pociągający. Tak tak, są w swym dziwactwie sexy. House nie jest? A Sherlock z BBC? Jeśli ci dwaj panowie nie budzą w Was w żaden sposób podziwu i nie pociągają swoim sposobem bycia, to jestem mocno zdziwiona. Sama absurdalność zachowań tych postaci i świadomość, że taki człowiek nie mógłby żyć w społeczeństwie innym niż serialowe jest już intrygujący. Inteligencja, cynizm, arogancja i w przypadku House'a dowcip dla "kumatych" robią resztę. Z wyglądu mogą być bardziej niż przeciętni, ale ich umysł i zachowania sprawiają, że nie sposób nie interesować się nimi jako postaciąmi.
I House, i Sherlock, i Holmes są skomplikowani. Na temat ich "filozofii" można by prowadzić studia całe lata i nie być nawet w połowie. Różne interpretacje ich postaw, niejednogłośne stanowiska wobec ich prowadzenia życia, długie dywagacje na temat ich uczuć i wiele więcej to coś, co sprawia, że nigdy nie dojdzie się do jednej teorii w całości ich definiujących. Zawsze ktoś znajdzie jedną ze scen w serialu i jeden fragment z książki, które obalą ją i trzeba będzie szukać rozwiązania na nowo.
"Dr. House i filozofia – wszyscy kłamią" to książka w stylu "Myśl jak Sherlock Holmes". Autorzy podrozdziałów rozpisali każdą część umysłu House'a tak wyczerpująco, że bardziej się nie dało, poczynając od jego grubiaństwa i kończąc na tak poważnych tematach jak miłość i przyjaźń, ucząc jednocześnie (nawet niespecjalnie) myśleć po części, jak ten doktor.
Nie trudno się domyślić, że moim ulubionym podrozdziałem został ten przyrównujący House'a do Holmesa. Ci panowie różnią się i są do siebie podobni na naprawdę szerokiej gamie przeróżnych kwestii. Wspólne zamiłowanie do muzyki i jej odtwarzania, brania substancji stymulujących oraz niebanalnych przypadków, ale całkowicie różne radzenie sobie z emocjami, zasady moralności oraz zachowanie taktu. To tylko kilka z podobieństw i różnic, których jest od groma. W podrozdziale tego dotyczącym znajdziecie sporo nawiązań do spraw Holmesa, tylko uważajcie na przypisy tłumacza – wspomniane opowiadania zaliczane są do niewłaściwych zbiorów. Nikogo to nie zaboli, ale jeśli jest się fanem, potrafi to ukłuć w oczy. Na szczęście nie jest to aż tak nieznośny ból, by brać Vicodin i spożywać go w hurtowych ilościach.
Książka kapitalna, jeśli chce poznać się dokładniejszy portret psychologiczny House'a. Liczne nawiązana do odcinków, umieszczane dialogi i konteksty ze starożytności w oparciu o twierdzenia i postawy filozofów z tamtego okresu jedynie wyostrzają bardziej ten osobliwy obraz doktora i jego funkcjonowania. Jedyne, co muszę zarzucić autorom, to błyskawiczne i nagłe przejście z wątku eros (pragnienia) w kontekście relacji House – kobiety do jego przyjaźni z Wilsonem, podczas gdy następny rozdział jest właśnie o przyjaźni. Jaki związek z miłością Cameron do House'a i House'a do Stacy (a tym bardziej z eros, pragnieniem) ma przyjacielska relacja tych dwóch lekarzy? To tak, jakby napisać książkę "Sherlock Holmes i filozofia – moim zadaniem jest wiedzieć więcej niż inni" i stworzyć rozdział w całości poświęcony stosunkom Holmesa wobec kobiet (Irene Adler i nieszczęsnej pokojówki Charlesa Augusta Milvertona), po czym na sam jego koniec wrzucić wątek przyjaźni detektywa z Watsonem (PRZYJAŹNI, to należy podkreślić).
Oczywiście, ten motyw eros może nie oznaczać jedynie pragnienia cielesnego. Warto zauważyć, jak to zrobili autorzy, że House dąży do bycia tym "dominującym" w przyjaźni z Wilsonem i to może być to jego "eros"; podobnie Holmes pragnie, a raczej potrzebuje kogoś, z kim mógłby się podzielić swoimi przemyśleniami i którego błędy mogłyby go stymulować – Watsona. Ale umieszczanie tego chwilę po tyradzie o miłości jest wyjściem przed szereg – coś jak wyłączenie rosołu przed czasem. Nie dopuściliśmy do zagotowania go, bo nie można, ale też nie przetrzymaliśmy go odpowiednio długo. Chcieliśmy dobrze, a wyszło gorzej niż gdybyśmy ściągnęli za wodze naszego galopującego i niecierpliwego rumaka i dali rosołkowi czas.
Także nie, nie łączymy pragnienia i miłości z przyjaźnią :D Oddzielamy te rzeczy od siebie i wszyscy będziemy szczęśliwi, bez znaczenia, jakie nowoczesne poglądy nie panują i co to jest już możliwe. Przyjaciel = przyjaciel, miłość = miłość i nie mylmy tych dwóch rzeczy, bo wyjdzie jak z rosołem – nie śpieszmy się zbytnio z takim nawiązaniem pierwszego do drugiego ;)
Ale, oczywiście, wszyscy kłamią! Jak paskudnym jesteśmy gatunkiem – nieszczerym, obłudnym, fałszywym... Skąd więc pewność, że i ja jestem z Wami szczera? Ha?
Dobra, dobra, tak naprawdę ma to największy sens kontekście pacjentów/klientów, którzy kłamią z przeróżnych powodów :D Lecz taka już nasza ludzka natura – wolimy skłamać i zachować dla siebie najbardziej skryte sekrety, niż wydać je komuś obcemu (zwłaszcza House'owi, który ani trochę nie dba o tajemnicę lekarską).
Ale przynajmniej autorzy "Dr House'a i filozofii" nie skłamali, a ja serdecznie, bez kpiny w głosie i sarkastycznego uśmieszku polecam tę książkę, jeśli chce się zapoznać bliżej z umysłem doktora :D