W sercu dusznej Luizjany, gdzie magiczne koty są czymś więcej niż zwykłymi towarzyszami, prawdziwa magia budzi się wraz z duchową więzią. Animalsi żyją według własnych praw – jedno z nich stanowi, że raz zaciągnięty dług nie znika, tylko prędzej czy później domaga się spłaty, a jego lekceważenie może mieć poważne konsekwencje.
Akademia Maoil to miejsce, gdzie młode wiedźmy i wieduni uczą się panować nad magią i tworzyć więzi z kotami. Alec, Nina, Mia i Susannah trafiają tam z różnych powodów, ale szybko przekonują się, że sama znajomość zaklęć nie wystarczy – potrzebne jest zaufanie. Magia Kowenu Kota działa tylko w grupie, a przyjaźnie nawiązane w akademii to coś więcej niż zwykła współpraca. To sojusz, który potrafi przetrwać wszystko.
Ninę czeka konfrontacja z długiem, z kolei Alec próbuje odkryć prawdę o śmierci ojca i trafia na ślady czegoś znacznie większego. Razem będą musieli zmierzyć się z tym, co celowo przemilczane. Niewypowiedziane tajemnice nie lubią jednak ciszy – wcześniej czy później wychodzą na powierzchnię.
Dłuższa recenzja będzie później, na razie jednak muszę z przykrością stwierdzić, że książka nie jest wiele lepsza od debiutu autorki. Styl wciąż jest poprawny, ale bardzo podstawowy i przezroczysty, styl wypowiedzi i narracji postaci nie jest zróżnicowany, styl nie jest w stanie zbudować żadnej atmosfery. Z czwórki głównych bohaterów, dwie mniej ważne (te bez PoV) mają po dwie cechy charakteru na krzyż. Nina i Alec zaś mają oprócz dwóch cech jeszcze i trzecią, czyli oboje są bardzo nieprzyjemnymi, oceniającymi innych osobami. W fabule aż do finału praktycznie nic się nie dzieje. Mamy cztery wątki - dług Niny, tajemnicę śmierci ojca Aleca, naukę w akademii i nawiązywanie przez bohaterów przyjaźni. Wątek Niny rozwiązuje się w połowie powieści. Wątek Aleca posuwa się do przodu w ślimaczym tempie i polega na tym, że od czasu do czasu Alec idzie do biblioteki i znajduje jakieś ślady, albo pyta się ludzi i w końcu ktoś udziela mu odpowiedzi. Nauka w akademii przedstawiona jest tylko na początku, sama magia jest średnio określona i średnio interesująca. Książka bardzo próbuje mi wmówić, że główni bohaterowie powoli nawiązują przyjaźń, ale jest to bardziej deklaratywne. Z innych spraw: orientacja seksualna jednej postaci wykorzystana została jako plot twist, wielką i ponurą tajemnicą drugiej postaci jest to, że ma depresję i jest na lekach; postaci ciemnoskóre nagminnie określane są epitetami "czekoladowy"; Akademia znajduje się na dawnej plantacji i z jakiegoś powodu nikt sobie nic z tego nie robi; voodoo wykorzystane jako jeden z wielu rodzajów magii, w dodatku dość szemrany. Nazwa "animalsi" jest wyjątkowo niefortunna. A, i jak na kogoś, kto często chwali się w social mediach, że nie pisze "sztampowego fantasy ze smokami", autorce udało się mnie zaskoczyć (pejoratywnie) wyskakującym jak z podziemi smokiem w finale.
“Sabat kocich wiedźm” jest co najwyżej poprawną książką.
Największa zaleta to sam koncept na system magicznym; całe te sabaty, łączenie się ze zwierzętami i tak dalej. Największa wada to z kolei to, że gdyby ten element usunąć, to zbytnio nic więcej tu nie ma. (“No ale gdyby usunąć ten element, to byłaby to zupełnie inna książka” tak, ale nie o to mi chodzi.)
Główni bohaterowie (Nina i Alec) są niesamowicie antypatyczni w swoich głowach (a cała książka jest napisana w narracji pierwszoosobowej), a reszta bohaterów ma po jedną cechę charakteru na głowę, która wybija ich na tle postaci, które nie mają żadnego charakteru. Alec momentami sprawia wrażenie, jakby został napisany przez mężczyznę (co nie jest w tym przypadku komplementem), z kolei Nina jest chodzącą definicją “nie jestem jak wszystkie inne”. A przyjaźń głównych bohaterów (jest ich tam czwórka) opiera się głównie na mieszkaniu ze sobą i trauma bondingu (i tak, oglądanie filmów z wampirami się do tego zalicza).
Styl pisarski jest poprawny, ale też pełny zbyt oczywistych zdań, które opisują to, co wynika z kontekstu lub też jest powtórzeniem tego, co bohaterowie już mówili (jedno takie zdanie zginęłoby w tłumie innych, ale to jest coś, co się powtarza).
Wiele wydarzeń ma też miejsce, bo siła wyższa (autor) tego potrzebuje, a nie, bo to naturalnie wynika z fabuły. Jako czytelnik nie wierzę w to, że część z tych wydarzeń miała miejsce "przypadkiem". Oczywiście, że nie miała, ale książka powinna dawać iluzje, że tak jest. (Jako przykład z brzegu: główni bohaterowie idą na imprezę, a tu nagle znikąd pojawia się postacie z "ej, bo chcecie wróżbę, bo próbuje ćwiczyć". I ta wróżba okazuje się być tak ważna, że dosłownie opisuje finał książki.)
A do tego jest to festiwal odhaczania wszystkich możliwych motywów i nie robienie z nimi nic ponad samo uwzględnienie ich w fabule. Magiczna szkoła, główni bohaterowie sieroty i/lub z trudną przeszłością. Główny love interest jest z początku antypatyczny, ale ma swoje powody, które również są schematyczne, bo ma również trudną przeszłości i siostrę, którą musi się opiekować, bo ich rodzice są takimi sobie ludźmi. Oczywiście, że główna bohaterka nie potrafi zrozumieć, że czasami nie można się zbuntować wobec własnych rodziców (bo chłop jej wytłumaczy w końcu, czemu tak a nie inaczej się zachowuje (bo siostra), a do tego oni znają się ledwie parę tygodni). Oczywiście że czwórka głównych bohaterów jest zmuszona razem mieszkać, bo tak, bo magia i oczywiście, że są tymi najpotężniejszymi (bez żadnej większej argumentacji czemu). Oczywiście że główna bohaterka będzie tą, która pierwsza połączy się kotem (bo tak). Oczywiście, że jest impreza Halloweenowa (w której tylko połowicznie ma znaczenia, że to jest Halloween) i oczywiście, że później jest bal zimowy (który też trochę nie wiadomo po co jest), i oczywiście, że jest on początkiem wydarzeń, które zwieńczają finał książki. Oczywiście że wszystkie te rady i osoby, które stoją na czele, są podejrzane. I z jakiegoś powodu nagle pojawia się smok, ale ogólnie to finał rozrywa się tak szybko, że można do przegapić. I też, oczywiście żeby bohaterowie zaczęli ze sobą rozmawiać, ktoś z boku musi powiedzieć, że uuu bo wy wszyscy coś ukrywajcie, musicie się lepiej poznać (ledwo co zaczęli ze sobą mieszkać), żeby wasza magia działa, zamiast opisać podejrzane zachowania między wierszami, jako pokazanie, że wszyscy coś ukrywają. I parę innych.
Jako motywy, czy pojedyncze elementy, to byłyby po prostu elementy książki, ale poza tymi kotami, trochę w “Sabacie” nic nie wyróżnia się na tle innych książek, wliczając w to sam styl pisarski autorki.
No może to (nie)radzenie sobie z traumą po śmierci bliskich, ale to też trochę ginie w morzu całości.
Bo tak, to też jest przypadek książki, która cierpi na bycie prologiem serii. Nie jestem przekonana, czy stoi ona o własnych siłach.
PROBLEMATYCZNE RZECZY A więc co najmniej z 3 razy padają dziwne komentarze odnośnie do romansów z profesorami. To nie ma miejsca w fabule, ale też niczemu nie służą wzmianki o tym, że obaj męscy profesorowie są przystojni, a jeden z nich wygląda jakby zdradzał swoją hipotetyczną żonę ze studentką.
Wielkimi plot twistami głównych bohaterek (których POV jest dopiero w epilogu) jest to, że ta jedna, Mia, najbardziej wesoła i skora do podrywu, cierpi na depresję, a druga, Susannah, która wychowała się w bardzo konserwatywnej rodzinie, a do tego jest adoptowana, "lubi dziewczyny" (co ma to sens, że nie nazywa siebie lesbijką, patrząc z perspektywy postaci i tego w jakim domu się wychowała. Nawet jeśli dane słowo nas w teorii opisuje, to możemy się nie czuć gotowi, żeby używać go do opisywania własnej osoby).
Jednak z poziomu konstrukcji książki, w przypadku Susannah jest trochę dziwne, żeby traktować orientację seksualną, jako wielki plot twist i tajemnicę, bo uważam można było zrobić coś więcej (np. że orientacja jest częścią, co ukrywała do tej pory przed światem i że dopiero przy nowych przyjaciołach zaczyna być w pełni sobą). Tak w przypadku Mii, to cóż. Do ostatniego rozdziału jako czytelnik, nie czułam, żeby Mia coś ukrywała (poza tym, że książka próbuje to wmówić, ale tego zbytnio po niej samej nie widać), co w normalnym życiu może i by przeszło, ale w książce jest plot twistem wziętym znikąd.
Ale też czy robienie z choroby i orientacji seksualnej wielkiego plot twistu, jest dobrym pomysłem? Bo zrozumiałe, czemu to były tajemnice, ale szczególnie w przypadku Mii jest to pozostawione jako cliff hanger. Jako odbiorca czuję się z tym dziwnie.
Akcja ma miejsce w Nowym Orleanie, a większość bohaterów jest biała (spośród czterech głównych bohaterów tylko jedna jest czarnoskóra). Słowem wprowadzenia: Opisywanie rzeczywistości, która drastycznie kulturowo różni się od tego, w jakiej kulturze się wychowało, nie jest proste. Wręcz nie jest możliwe oddanie tego sprawiedliwie, tak żeby każdy był zadowolony. Kultura USA, a co za tym idzie, problemy, które są bardzo często uwarunkowane wydarzeniami historycznymi, są czymś, czego my, jako (zapewne w większości, jak to czytacie) biali Europejczycy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć, bo nasze postrzeganie rzeczywistości jest inne. Nie lepsze/gorsze, po prostu inne.
"Sabat" próbuje zagłębiać się w historię Luizjany, nakreślić co i jak oraz oddać szacunek kulturze, ale że nie znam się na tyle, żeby oceniać, czy poprawnie wszystko zostało przedstawione, to nie zamierzam fact checkować, żeby nie palnąć głupoty ALE. Jest to już drugi przypadek z rzędu, kiedy autorka postanawia, że główną bohaterką jej książki będzie biała dziewczyna o białych włosach, co ma się nijak do rzeczywistości, w której żyje.
W przypadku "Serca pochowanego na drzewie", który jest reklamowany jako retelling “Pocahontas” mamy białą protagonistkę o białych włosach, a tu mamy Ninę, białą bohaterkę o białych włosach (które nie wiem/nie pamiętam, czy są farbowane)(Nina od strony matki jest z pochodzenia cajun, ale to nie tłumaczy koloru włosów). W wielu książkach (jako że naturalne białe/platynowe włosy są czymś niezwykle rzadkim, tak samo jak albinizm) można by ten element przemilczeć, ot fikcja literacka, ale zarówno "Sabat", jak i "Serce" są książkami, które nawiązują do bardzo konkretnych, nie-białych kultur.
I rozumiem, że Nowy Orlean jest ciekawym miejscem do osadzenia fabuły książki (oraz wszystko, co nie Polskie) oraz że jeśli wychowało się w głównie białym społeczeństwie, to przez ten pryzmat będzie się postrzegać świat… Ale to jest już jest dziwne, że miało miejsca dwa razy. (nie mówiąc nawet o tym, że to że akcja rozgrywa się w Luizjanie, nie ma jakiegoś większego znaczenia).
No i ja słuchałam audiobooka, który sam w sobie nie jest najlepszej jakości.
“Sabat kocich wiedźm” to istna gratka dla osób kochających koty, wiedźmy i dark academie. Akcja toczy się w Akademii Maoil, gdzie magiczne koty, wiedzmy i wieduni żyją w bardzo bliskiej więzi. System magiczny, który poznajmy jest bardzo intrygujący, ponieważ to koty i ludzie łączą się w jedność, by wzajemnie się wspierać. Główni bohaterowie Alec, Nina, Mia i Susannah, po tym jak trafiają do akademii, zaczynają budować sojusze i wzajemną więź.
To, co najbardziej mnie w tej książce kupiło to te relacje przyjacielskie. Każdy z bohaterów był na swój własny sposób wykreowany, każdy był inny, a i tak znaleźli u swojego boku ogromne wsparcie i prawdziwą przyjaźń. Niezmiernie doceniam takie relacje i emocje jakie za nimi idą. Bohaterowie muszą stawić czoła wielu przeciwnościom, ale kiedy mają ze sobą takich cudownych ludzi, to idą w to razem. ❤️🩹 (kocham ten found family trope)
Poza tym, ten system magiczny i koty, które także mają duszę. Uwielbiam, że wszystkie były wykreowane tak różnorodnie, przez co dodawało to głębi historii. Każdy z nich, wpłynął na moje doznania inaczej, ale jako miłośniczka tych stworzeń lepiej nie mogłam trafić niż do tego świata. Z kolei świat ten, jest niezwykle tajemniczy i mroczny, ale przy tym da się znaleść też ciepło i humor.
Fabularnie także, naprawdę mi się podobało. Od razu byłam wciągnięta w każdą tajemnicę i konfrontacje. Książka jest pełna czarów, ale przede wszystkim jest wypełniona próbami odnalezienia siebie i tego gdzie chce się podążać. Naprawdę cudownie podążało się za bohaterami.
Doceniam ją także za lekkość i prostotę w stylu pisania. Jestem pewna, że każdy odnalazłby się w niej bez żadnego problemu. Jeśli tylko zainteresowała was ta historia naprawdę musicie po nią sięgnąć i zagłębić się w tą magię wiedźm i przecudownych kotów 🖤🐈⬛ Polecam! [ współpraca reklamowa | patronat medialny Wydawnictwo Excalibur ]
Plusy: — family found — kocham ten motyw i tu się bardzo sprawdził, cieszę się, że autorka postawiła na rozwój relacji bohaterów — ciekawy system magiczny, spodobał mi się pomysł z animalsami — wątek romantyczny będący w tle, kinda nieoczywisty (myślałam, że będzie z inną osobą) jestem ciekawa, w którą stronę on pójdzie
Minusy: — trochę mi nie pasował wiek bohaterów do tego, że zaczynają w tak stosunkowo późnym wieku poznawać PODSTAWY magii — chciałabym trochę dłuższe rozdziały, bo były naprawdę krótkę (SZACUJĘ że mają długość ~1000 słów; ja wolę jednak dłuższe + to mnie rozpraszało podczas czytania) — ekspozycja świata: trochę mi brakowało historii każdego kowenu i przez to, że główni bohaterowie trochę siedzieli jednak w tym magicznym świecie to wychodziło to trochę sztucznie — perspektywa tylko dwóch bohaterów przez większość książki (chciałabym w kolejnym tomie więcej mii i susannah) — początek był trochę chaotyczny
Jak na razie daje 4.5 ale muszę pozbierać myśli co do tej książki. Początek wydawał mi się troche za mało angażujący, jednak zakończenie zrobiło swoje ✨❤️
Edit: Zacznijmy od pozytywów. Książka miała piękną okładkę, świetne pierwsze zdanie i naprawdę ciekawy pomysł na świat – łączenie sił ze zwierzętami, koncept sabatu, magia spleciona z naturą. To zdecydowanie coś, co zasługuje na pochwałę.
Niestety… wykonanie już nie do końca. Styl jest poprawny, ale bardzo podstawowy, dialogi chwilami brzmiały tak sztywno, jakby bohaterowie połknęli kija...
Wątki? ~ dług Niny rozwiązany w połowie i… po sprawie, ~ wątek Aleca ciągnął się w żółwim tempie i ciągle kręcił się wokół tego samego, ~ nauka w Akademii niby była, ale jakby jej nie było – magia istniała “bo musi”.
Do tego akcja przeciągnięta prawie do finału, a atmosfera zupełnie się przez to nie budowała. Raz(!) poczułam jakąś więź z Niną – kiedy wybrał ją kot – i nawet ta scena okazała się mniejsza, niż powinna być.
Mimo tych wszystkich moich litanii… ostatecznie oceniam książkę całkiem wysoko, bo miała w sobie coś, co jednak sprawiło mi przyjemność – większą lub mniejszą, ale jednak. A świat i sam koncept? Super!
Ohhhhh jaki miałam problem żeby się wkręcić. Dosłownie na jakieś 250 stronie dopiero się zaangażowałam. Później już chwyciło i ciężko było się oderwać.
Super klimat, idealna na jesień i halloween. Sabat wiedźm w nowoczesnej Luizjanie, duchowa więź ze zwierzętami… I love it <3
Naprawdę nie sądziłam, że tak bardzo mi się podoba cały zamysł Animasów. Jako naczelna kociara przepadłam i nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Idealna dla fanów akademii dla nadnaturalnych nastolatków.
No miałam nadzieję, że za drugim razem się nie zawiodę, naprawdę, ale ta książka jest po prostu nudna. Fabuła praktycznie nie istnieje. Alec niby szuka informacji o ojcu i mamy przybitki na romans Niny, ale poza tym nie dzieje się nic ciekawego. Inne postaci ledwo istnieją, nawet Susannah i Mia są średnio opisane, a przecież z nimi czytelnik najwięcej przebywa, prócz głównych bohaterów. A Nina i Alec są do tego straszliwie oceniający, a ich pov nieprzyjemnie się czyta. Bywały dobre momenty, gdy się zaprzyjaźniali, ale zostawały one od razu wykreślone przez to, że narracja musiała nam WYJAŚNIĆ, że się zaprzyjaźniali. Poza tym ci 18-latkowie, zachowują się jakby mieli po 15 lat i zastanawiam się, dlaczego w ogóle mają te 18 lat. Tylko po to by pić alkohol? Aż ciężko powiedzieć, bo nie zachowują się przez to doroślej.
Jest to opisywane jako dark academia, ale tak jak się zgodzę z tym, że jest to academia to w ogóle nie ma tu elementu dark. I nie, nie wystarczy, że wujostwo głównej bohaterki jest bogate, skoro ona sama nie cierpi na brak pieniędzy i nie ma żadnej dyskusji na ten temat.
Autorka w socialach ogłasza, że nie jest to standardowa fantastyka ze smokami, ale niestety jest to standardowe fantasy ze smokami. Próba forshadowingu plot twistu na koniec książku wali czytelnika prosto w twarz, bo jeszcze ktoś nie zrozumie, co się ma wydarzyć.
I niestety, muszę zrobić listę rzeczy, które bardzo mi się nie podobały: -- opisywanie osób o ciemnej skórze przez jedzenie (3 sekundy, czy wpis w google pozwala nam znaleźć informację, że takich przymiotników nie powinniśmy używać - serio w 2025?), -- jedną z wielkich tajemnic jednej z postaci jest to, że jest lesbijką (i tak jak to słowo nie pada od bohaterki, która nią jest, to nie rozumiem, dlaczego inne postaci nawet w myślach go nie używają), --najwyraźniej potomkowie niewolników mieszkają w postkolonialnej architekturze, bo... zbudowali miasto na bazie Nowego Orleanu (????), -- jeden z drugich plot twistów, to to, że bohaterka ma depresję i przyjmuje leki (robienie z tak poważnego problemu tajemnicy do odkrycia... po prostu brak mi słów), -- Maoil to skrót od "Magia animalsów, odwaga i lojalność" i poza tym, że to trochę bzdurna nazwa, dlaczego akademia położona w Luizjanie ma skrót od polskiej nazwy?? -- jak się nazywają pozostałe akademie, skoro ta jest tylko dla Kowenu Kota?? -- 18-latkowie w USA piją alkohol, gdzie jest to zakazane do 21 roku życia (tak, niby to jest wytłumaczone zasadami kowenu, ale niezbyt rozumiem w takim razie fakt osadzenia tego w USA).
Cóż więcej mogę powiedzieć? Fajnie by było, gdyby do takich książek był robiony choć minimalny research także względem problematycznych wątków, nie tylko tego, że Nowy Orlean ładnie wygląda, więc tam osadzam książkę.
Niestety nie polecam, są znacznie lepsze serie dark academia niż ta książka z lepiej opisaną magią i faktycznie interesującymi głównymi bohaterkami, które nie są typowymi bohaterkami fantasy z białymi włosami - także polecam Scholomance.
„Sabat kocich wiedźm” autorstwa Iwony Serej to książka, która sprawiła, że moje serce zabiło szybciej już na sam widok pierwszych stron. Miałam poczucie, jakbym ktoś otworzył przede mną portal do świata, w którym magia nie jest tylko kaprysem losu, lecz czymś żywym, dzikim i niezwykle osobistym. Akcja zabiera nas do dusznej Luizjany, przesiąkniętej legendami, zapachem mokrych lasów i tajemnych rytuałów, a w jej sercu mieści się Akademia Maoil - miejsce, gdzie młode wiedźmy oraz wieduni uczą się współistnieć z Animalis, wyjątkowymi kotami, które nie są jedynie towarzyszami, ale równorzędnymi partnerami w magii. Tutaj każdy mruk, błysk w kocim oku czy wygięcie ogona może coś znaczyć. A długi… czekają na spłatę, nawet jeśli próbujemy o nich zapomnieć.
Historia Aleca, Niny, Mii i Susannah dotyka tego, co w dojrzewaniu najtrudniejsze: strachu przed nieznanym, walki o własne miejsce i prób zrozumienia, kim się jest i kim można się stać. Autorka nie boi się pokazywać emocjonalnych ran, samotności, presji i odpowiedzialności, która potrafi przytłoczyć. Jednocześnie w tej opowieści jest coś niezwykle kojącego - ta świadomość, że gdzieś tam czeka na ciebie ktoś, kto cię zrozumie, nawet jeśli nie mówi ludzkim językiem. „Magia potrzebuje dwóch serc, by przetrwać.” - to zdanie rozłożyło mnie na łopatki.
Uwielbiam sposób, w jaki Iwona Serej buduje atmosferę: chwilami mamy wrażenie, że w powietrzu naprawdę iskrzą się zaklęcia, a koty czają się tuż za rogiem, gotowe wskoczyć na parapet i przejąć kontrolę nad twoim losem. Mamma mia, jakie tu są koty! Każdy z nich to oddzielna osobowość - zadziorna, wierna, humorzasta, mądra… i jak to koty, absolutnie świadoma swojej wyjątkowości. 😸
Wszystko to sprawia, że w trakcie lektury czułam się, jakbym po raz kolejny miała naście lat i po raz pierwszy odkrywała świat magicznych akademii - pełen obietnic, sekretów, przyjaźni i adrenaliny. Ale jednocześnie „Sabat kocich wiedźm” to historia głęboka, dojrzała i poruszająca. Bohaterowie przeżywają tutaj chwile triumfu, lecz też momenty, kiedy świat wali im się na głowę, a ziemia usuwa spod stóp.
To książka o odwadze, o znalezieniu własnego głosu i o akceptacji tego, że czasem to właśnie nasze słabości są źródłem największej siły. O magii, która rodzi się z miłości, lojalności i zaufania. O tym, że nikt nie powinien żyć samotnie - nawet jeśli ma pazury i ogon.
„Nie każdy koci sznyt to przypadek. Niektóre blizny to znaki przynależności.” - ten fragment zapamiętam na długo, podobnie jak przeszywającą atmosferę nadchodzącego zagrożenia, która trzymała mnie w napięciu do ostatniego zdania.
To nie jest po prostu książka, to przygoda, która zostaje z czytelnikiem na długo. Kiedy skończyłam czytać, jedyne czego pragnęłam to wrócić do Akademii i zostać tam jeszcze choć jedną noc. Moja ocena? 10/5 - perché questa storia è pura magia! ✨🐈⬛
‼️W recenzji nie ma dosłownych cytatów z książki - są to moje myśli inspirowane książką. ‼️
🐈⬛W dusznej, gorącej Luizjanie magia ma pazury … i potrafi podrapać. W Akademii Maoil młode wiedźmy i wieduni uczą się panować nad swoimi mocami, odkrywać ich źródło i budować więź z kotami, które są czymś znacznie więcej niż zwykłymi zwierzętami. To właśnie tam spotykają się Nina, Alec, Mia i Susannah. Czwórka, której losy splatają się w jeden sabat. Każde z nich trafia do akademii z innego powodu, każde nosi w sobie coś, o czym nie chce mówić głośno. I każde szybko przekonuje się, że magia nie zadziała bez zaufania. A tajemnice, które próbuje się przemilczeć, mają to do siebie, że prędzej czy później i tak wychodzą na jaw. 🐈⬛Już po kilku rozdziałach wiedziałam, że to będzie moja książka. Iwona Serej ma to coś, co sprawia, że jej historie są nie tylko wciągające, ale też przemyślane. Tu naprawdę wszystko ma sens. Nie ma zbędnych scen, nie ma przypadkowych wydarzeń, a każdy dialog, każde spotkanie i każda decyzja prowadzi do czegoś większego. Czuć, że autorka miała pomysł na całość i doprowadziła go do końca z pełną konsekwencją. 🐈⬛Ogromnym plusem są bohaterowie. Serio, każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nina i Alec prowadzą narrację, więc poznajemy ich najbliżej. Ich emocje, wątpliwości, przeszłość. Ale to nie znaczy, że reszta zostaje w cieniu. Mia i Susannah są równie ważne, choć na pierwszy rzut oka mogą wydawać się „drugoplanowe”. W rzeczywistości to właśnie one często nadają tej historii głębi i równowagi. Ich wątki były dla mnie momentami tak dobre, że łapałam się na tym, że czekam, aż znowu się gdzieś pojawią. 🐈⬛Autorka naprawdę potrafi tworzyć relacje między bohaterami. Nie ma tu sztucznego dramatu ani relacji na siłę. Wszystko rozwija się naturalnie. Od nieufności, przez stopniowe otwieranie się, aż po prawdziwą więź. I to jest najpiękniejsze w tej historii: magia nie jest tu tylko o zaklęciach, kotach i rytuałach. Magia to emocje, zaufanie i wsparcie, które bohaterowie dają sobie nawzajem. To opowieść o tym, jak z obcych sobie ludzi można stworzyć coś na kształt rodziny, nawet jeśli każdy z nich nosi własne rany. 🐈⬛No i muszę wspomnieć o klimacie, bo to właśnie on mnie totalnie oczarował. Gorąca, duszna Luizjana, z zapachem wilgoci, przypraw i czegoś tajemniczego w powietrzu. Mardi Gras, sabaty, koweny. To wszystko to brzmi jak mieszanka chaosu i magii, a jednak tworzy spójną całość. Autorka świetnie oddała to uczucie, takie trochę lepkie, intensywne, pełne emocji i energii. Po prostu czuć to miejsce. Czuć Luizjanę. A pomysł z różnymi kowenami: kocim, wilczym, sowim, czy kruczym to dla mnie strzał w dziesiątkę. Każdy z nich ma swój charakter i klimat, a także umiejętności co tylko pogłębia świat przedstawiony i daje wrażenie, że ta magia naprawdę ma swoje zasady i historię. 🐈⬛Koty to z kolei zupełnie osobny temat. Shiba, Oberon, Tristan są nie tylko magicznymi towarzyszami, ale też postaciami z własnymi osobowościami i wpływem na fabułę. Mają charakter, mają głos (dosłownie), a ich relacje z bohaterami pokazują, że więź między człowiekiem a zwierzęciem może być naprawdę wyjątkowa. Bardzo lubię, jak autorka nadaje im głębi, nie robiąc z nich tylko „magicznych gadżetów”. 🐈⬛Choć w książce dzieje się naprawdę sporo, to nie ma tu przesytu. Fabuła płynie spokojnie, ale cały czas trzyma uwagę. Są momenty napięcia, wzruszenia, zaskoczenia, a wszystko zrównoważone i dopracowane. I to, co szczególnie mnie urzekło, to emocjonalna szczerość tej historii. Każde z bohaterów mierzy się z czymś bolesnym, ale to, jak wspólnie uczą się zaufania i otwartości, sprawia, że książka zostaje w głowie jeszcze długo po przeczytaniu. 🐈⬛Nie będę ukrywać, że “Sabat kocich wiedźm” to jedna z tych historii, które idealnie wpisują się w jesienny klimat. Jest trochę magii, trochę melancholii, sporo emocji i cudownie zarysowany świat. I co najważniejsze, widać, że autorka nie pisze „na szybko”. Wszystko tu jest przemyślane, dopracowane i naprawdę dopieszczone. Dla mnie: 5/5⭐ bez dwóch zdań. Jeśli lubicie klimaty magicznych akademii, silnych więzi, emocji, które nie są wymuszone, i historii, w których koty mają więcej charyzmy niż niejeden człowiek czytajcie! I ostrzegam! Po tej książce zapragniecie kota i własnego sabatu !
Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów magii i kotów!
Od samych zapowiedzi wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać i tym bardziej się ucieszyłam, kiedy dostałam się do grona recenzentów tej historii.
I wiecie co? Nie żałuję ani jednej minuty poświęconej na przeczytanie!
Rany jaka ta książka była wciągająca.
Te sączące się sekrety, tajemnice, podchody naszych bohaterów i narastające napięcie sprawiły, że chłonęłam litery niczym gąbka wodę.
Trafiamy do akademii czarownic Kowenu Kotów ale mamy również ukazane inne koweny, między innymi Wilki, Kruki czy Sowy.
Książka jest pisana głównie z perspektywy dwóch bohaterów, czyli Niny i Aleca. Każde z nich trafia do Akademii Maoil z inną misją i zupełnie przeciwnym nastawieniem.
Kreacja zarówno bohaterów jak i świata jest wprost wyborna, tu każda nitka splata każdy najdrobniejszy szczegół w jedną, spójną całość.
Podoba mi się cała akademia, jej zamysł jak i sposób działania - wiecie, nauka jest bezpłatna a kowen pomaga nawet rodzinom uczniów. Taki ciut Hogwart z kotami w roli głównej.
Autorka wprowadza także różne elementy, jakich nie było nigdzie indziej, chociażby nie spotkałam się dotąd z tym, by czyjaś magia była zależna zarówno od połączonego zwierzęcia jak i od tego, że trzeba czarować czwórką przydzieloną na początku rozpoczęcia nauki by moc zadziałała.
Magia czwórek ma tu różne oblicza i to było powiewem świeżości w świecie fantastyki.
Zakochałam się po prostu w tej lekturze, urzekły mnie mówiące, magiczne koty. Pragnę rozwiązać wszystkie tajemnice i chociaż wielu rzeczy sama się domyśliłam szybciej niż bohaterowie to czasami zostałam zaskoczona i to jest ogromny plus za umiejętności pisarskie autorki.
Z pozoru na początku fabuła się rozkręca wolno ale to tylko pozory, bo tak wsysa do świata magii, że nie zdajecie sobie sprawy kiedy akcja przyspiesza a Wy zaraz czytacie ostatnie strony.
I jest pustka, czegoś Wam brakuje bo chodzicie i szukacie, chcecie poznać dalsze losy, odkryć powody tego, co się stało tak a nie inaczej, czemu akurat teraz i z czym się to wiąże.
Chcemy dowiedzieć się, jakich wyborów dokonają Alec i inne dziewczyny.
Czy zdecydują się połączyć z kotami, które ich wybrały? Jakie będą konsekwencje tych wyborów? Czy Nina musi przyspieszyć swoje szkolenie?
A nie wspomniałam, że jeśli szukacie romansu to tutaj jest na ostatnim miejscu. Nie mówię, że nie ma wcale bo jednak coś tam slow burn się pojawia ale także jest mezalians i jestem ciekawa czy tutaj nastąpi jakiś większy zwrot akcji, czy pewien osobnik innego Kowenu znajdzie siłę przeciwstawić się reszcie rodziny i tradycjom?
Polubiłam się z wieloma postaciami, niektóre rzeczy nadal są dla mnie osnute aurą tajemnicy i dlatego mam nadzieję, że na drugi tom nie będziemy musieli długo czekać.
Jeśli lubicie fantastykę ale taką ubraną w lekkie i przyjemne słowa, które są zrozumiałe dla każdego i nie połamiecie sobie na nich języka a także nie zobaczycie stałego wymachiwania mieczami - ta książka jest dla Was!
Bardzo średni tytuł. Zabrałem się za nią dlatego, że obserwuje autorke na Instagramie i wspomina ona cały czas, że nie pisze sztampowego fantasy. Już od pierwszych stron (choć w moim przypadku minut, gdyż słuchalem audiobooka) czułem, że jest to przerobiona wersja Harrego Pottera, jest mnóstwo podobieństw i nawet sama autorka nas o tym uświadamia "przyszedł list z magicznej szkoły, z tą różnicą, że w wieku lat 17 zamiast 11". Poza tym też wiele podobieństw do innych romantasy typu "Czwarte skrzydło".
Bohaterowie są na pozór wyraziści, jednak po dłuższym zastanowieniu się można spostrzec, że to jeden schemat - człowiek w jakiś sposób skrzywdzony przez życie. Mają swoje humory i typowe dla siebie zachowania, lecz na dłuższą metę to ten sam typ. Na duży plus były dla mnie dwie sprawy - dług Niny i zagadka zaginięcia ojca Aleca, jednak i tutaj przyszedł zawód ponieważ dług Niny (który miał olbrzymi potencjał na bycie ciekawym), został w błahy sposób spłacony już w połowie książki, co uważam za straszne marnotrawstwo, biorąc pod uwagę pozycję ojca Jaspera. Jeśli zaś przyjrzymy się Alecowi, to jego zagadka też jest ciągnięta na siłę gdyż nikt nie chce mu powiedzieć niczego konkretnego i cały czas musi szukać sam w bibliotece. Nie miałbym nic do tego gdyby w jakiś sposób odkrywał wiadomości stopniowo. Natomiast tutaj on nie odkrywa nic, a na koniec tak po prostu dowiaduje się prawdy o tym kto zabił jego ojca, jednak nic z tym nie może zrobić, bo ów zbrodniaż jest zbyt silny, oraz nawet gdyby jakimś cudem Alec znalazł sposób na pokonanie go, to nic by nie wskórał, gdyż zabójca ofiarował własne życie wielkiemu smokowi (choć napomnę tu, że autorka mówiła iż w jej książkach smoków nie będzie). W naszym sabacie mamy jeszcze Susannah i Mie, ale można je pominąć gdyż one nic nie wnoszą poza tym, że jedna ukrywała swoją orientację, a druga jest super pogodna, choć skrycie obwinia się za śmierć brata.
Z minusów nie mogę jeszcze przemilczeć beznadziejnej korekty lub raczej jej braku... W tekście niejednokrotnie Alec mówi w formie damskiej zamiast męskiej, pojawiają się również błędy typu "Nina podążała wzrokiem za Niną która wzniosła się w górę" lub "Alec rozglądał się po sali (...) spojrzał na bladą twarz Aleca". Koszmar. Jeśli chodzi o błędy, to jest to jedna z gorzej napisanych książek z jakimi miałem styczność.
Niemniej mimo tej całej krytyki, muszę przyznać, że ten tytuł mnie pochłonął, więc nie mogę powiedzieć, że był słaby, a jedynie średni. Autorka jest stosunkowo "świeża" na rynku książkowym, więc ma jeszcze czas na poprawę i pewnie dam jej jeszcze szansę gdy wyda coś nowego.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Genialny pomysł na magię - ludzie połączeni z magicznymi zwierzętami. Tutaj nacisk głównie na koty, bo z nimi są związani główni bohaterowie. Cała reszta niestety jest wspomniana po łebkach. A już jakakolwiek geneza tej magii czy inne magiczne zwierzęta są wspomniane tylko jako wymarłe. A jest to o tyle problematyczne, że koty, wilki, węże, kruki i sowy to "normalne" zwierzęta, więc jak się pojawiła wzmianka o smoku to myślałam że to metafora czy czyjaś ksywka... A więc finał mnie solidnie zaskoczył... A te kilka zdań wyjaśnień wtedy to o wiele za mało - mam tysiące pytań.
Wątek miłosny jest trochę znikąd. Nagle się pojawia, argumentacja bohaterki mnie absolutnie nie przekonuje. Ale przynajmniej się uśmiałam - chwilę po tym jak pomyślałam "skąd Ci się to wzięło" bohaterka pomyślała to samo. Niestety też ogólnie wydaje się być wymuszony. Pozbycie się tej pseudodramy nastoletniej miłości wyszłoby historii na plus.
Sama narracja jest bardzo rwana - mamy dwa punkty widzenia i bardzo krótkie rozdziały co powoduje dziwne skoki. Kilka razy miałam wręcz wrażenie, że brakło kawałka sceny.
Czepię się, ale aż sobie to googlowałam. Prezenty na 6 grudnia to europejska tradycja, więc wrzucenie uzgodnienia, że nie robimy sobie prezentów, ale jakiś się pojawił, a jest wprost zaznaczone że jest 6 grudnia jest dziwne w Luizjanie. I nie, nie jest to uzasadnione, skąd nagle takie coś w USA, a przynajmniej kraju odpowiadającemu USA.
I ostatnia rzecz - lektorzy. Przykro mi, ale nie robią tutaj dobrej roboty. Nie wiem jak Wy ale ja nie lubię jak mi w uszach ktoś ciamka, zipie i robi przerwy na "obrócenie kartki" wraz ze zmiana intonacji jasno sugerującą, że lektor nie wie co tam jest dalej. Ja słucham na predości x3 i wyłapałam to wszytko, więc jak musi się rzucać w uszy na wolniejszym?! Szczególnie te momenty ciszy.
Ogólnie książka z dużym potencjałem - bo jest tu bardzo fajny pomysł, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że całkowicie zmarnowany. Po zapoznaniu się z całością stwierdzam, że do posłuchania może być, ale ma wady.
Lubicie czytać książki, których akcja rozgrywa się w szkole?
Z uwagi na to, że bardzo podobał się debiut Iwony Serej, bez wahania sięgnęłam po jej nową, drugą książkę 📖
🎒 AKCJA W SZKOLE - niemal cała akcja tej książki rozgrywa się w magicznej szkole dla animalsów, w której uczą się potomkowie Kowenu Kota. Bohaterowie zabierają nas na lekcje historii, zielarstwa, magii etc. - jeśli ktoś lubi takie tematy, to powinien być zachwycony 🤭
👫 FOUND FAMILY - magia Kowenu Kota działa na zasadzie czwórek, więc do jednego apartamentu trafia czwórka nieznanych sobie osób - Nina, Mia, Susannah i Alec. Stwierdzono, że ich magia jest kompatybilna i razem mają największy możliwy magiczny potencjał - choć charakternie bardzo wszyscy od siebie odbiegają. Lubię, gdy nieznajomi sobie ludzie nagle muszą współpracować, więc byłam ciekawa, co wyniknie z tej znajomości. Nie podobało mi się z kolei to, że każda z postaci została wykreowana nieco stereotypowo... Rozumiem, że trzeba było pokazać liczne różnice między nimi, ale nie potrafiłam na przykład polubić Aleca, który choć był głównym bohaterem, był kompletnie nijaki...
🐈⬛ KOTY, KTÓRE MÓWIĄ - podobała mi się natomiast kreacja kotów, które nie zostały sprowadzone tylko do roli kogoś na kształt chowańca. Tutaj koty są równe wiedźmom i skrywają w sobie więcej inteligencji niż niejeden bohater 👀 Szczególnie mocno zaintrygowała mnie historia Tristana, o którym nawet inne koty nie chcą plotkować...
Ciężko mi ocenić tę książkę, bo niemal od początku czułam, że nie jest ona dla mnie. Zauważyłam, że nie podobają mi się już historie, które rozgrywają się w szkole i które mają nastoletnich bohaterów. W przypadku "Sabatu.." nie mogłam utożsamić się z bohaterami ani się z nimi zżyć - ta książka po prostu nie wpasowała się w moje gusta 💔
Nie twierdzę, że była zła, ani że czytanie jej było stratą czasu - bo tak nie było. Mimo wszystko bardzo szybko przeczytałam całą książkę i nie męczyłam się przy niej. Była na swój sposób wciągająca i cosy. Problem tylko w tym, że nie potrafiłam zżyć się z bohaterami 😥🙈
"Czułam, ze znajdowałam się we właściwym miejscu, być może po raz pierwszy od lat."
[Współpraca reklamowa: @wydawnictwoexcalibur]
Jak jest u Was team koty czy raczej team psy?
Jako dumna matka całego zwierzyńca (trzech kotów, psa i piranii potocznie zwanej szczeniakiem goldena) nie umiem wybrać ulubieńca, jednak kiedy zobaczyłam książkę, w której koty miały być przewodnikami duchowymi, nie mogłam przejść obok niej obojętnie.
Akademia Maoil skrywa wiele tajemnic – podobnie jak jej uczniowie. Alec, Nina, Mia i Susannah początkowo nie wyobrażają sobie współpracy, ale szybko odkrywają, że siła Kowenu Kota tkwi w zaufaniu i jedności - nie mają wyjścia, muszą spróbować sobie zaufać.
Uwielbiam świeże podejście do wiedźm – każdy kowen ma własne zasady i magię, a cały system został opisany zaskakująco szczegółowo. Duszny klimat, niepokój i czające się w cieniu sekrety tworzą idealną atmosferę dark akademii.
Każdy z bohaterów przekracza mury Maoil z bagażem nieprzyjemnych doświadczeń, ale dopiero z biegiem historii dowiemy się, jak ogromny miały one na nich wpływ. Historia prowadzona z perspektywy Aleca i Niny wciąga, ale bardzo liczę, że w kontynuacji usłyszymy też głosy Mii i Susannah 👀
Cały motyw łączenia się z kotami, jako bratnimi duszami, uzyskiwania dzięki nim nowych umiejętności w zależności od pełnionej funkcji jest cudowny. Podziwiam za pomysł ❤️
Te gadające futrzaki są dokładnie tak ironiczne i wyniosłe, jak można by się spodziewać – Iwona uchwyciła to perfekcyjnie 😻
Nie spodziewałam się takiego zakończenia, podejrzewałam, co może odkryć Nina, i kogo dotyczyć będzie przepowiednia, jednak nie sądziłam, że zadzieje się aż tyle rzeczy.
Bardzo czekam na kontynuację, mam tyle pytań! I zero cierpliwości 😅
No i powiedzcie, jak nie kochać książki, która zaczyna się od zdania "Pierwsza z moich śmierci była naprawdę głupia, ale z perspektywy czasu – niezbędna."
Naprawdę miło spędziłam czas przy czytaniu! Nie czułam najmniejszego zagubienia pomimo mnogości bohaterów i ich odrębnych wątków ani świata magii, który stopniowo przedstawiała autorka. Bohaterowie są oryginalni, ale nie przerysowani, podobało mi się, jak zmieniały się relacje między nimi, że nie zawsze myśleli o sobie dobrze, co wprowadzało naturalność do ich zachowań. Dodatkowo nie byli idealni, każde z tej czwórki zmaga się z własnymi demonami. Ich przyjaźń nie była nagła i sztuczna, tylko rozwinęła się stopniowo i nie była pozbawiona upadków, uprzedzeń czy nieufności.
Kotki w tej historii skradły moje serce! Czasem były oschłe i bezpośrednie, a czasem były do rany przyłóż. Najbardziej polubiłam Shibę, a wątek Tristana i (jak sam uważa) klątwy, która zmieniła go w kota bardzo, bardzo mnie zainteresował! Koty w tym świecie mówią, bywają ogromne, mogą mieć skrzydła - są naprawdę różnorodne. Rytuał połączenia się wiedźmy z jej kotem był bardzo klimatyczny, podobał mi się. Tak, jak nie przepadam za upersonifikowanymi zwierzętami, tak tutaj naprawdę mnie do siebie przekonały.
Rozdziały pisane są z perspektywy Niny i Aleca na przemian, a bardzo lubię ten zabieg - czasem uzupełniali wspólnie spędzone momenty o swoją perspektywę, a czasem podążaliśmy za ich odrębnymi wątkami. Autorka sprawnie wyważyła humor i powagę, zaciekawiła bohaterami, historią akademii i kowenu, a w końcu - zachęciła, by wyczekiwać drugiego tomu! Drobne zgrzyty pod koniec książki wybaczam, bo historia mnie wciągnęła i dostarczyła miłych wrażeń. A liczę na rozwinięcie tych wątków w kontynuacji!
Wnętrze zdobią śliczne ilustracje, które wyszły spod ręki człowieka, a nie AI, co mnie ogromnie cieszy! A jeszcze ta okładka... To wydanie jest po prostu magiczne!
Z czystym sumieniem - polecam!
Recenzja pochodzi z instagrama @ofeti_fetio - tam możesz przeczytać ją w całości i zobaczyć zdjęcia oraz cytaty z powieści! :)
Uff. Cieszę się, że ta książka o wiedźmach mnie nie zawiodła. Akademia, system magiczny, zaczarowane stworzenia i grupka przyjaciół, to była naprawdę ciekawa przygoda. Nie obyło się bez małych minusów, ale w ogólnym rozrachunku jestem bardzo zadowolona.
Mamy tutaj czwórkę obcych, z pozoru całkiem różnych ludzi, który muszą stworzyć sabat, by ich magia w pełni rozkwitła. Każdy z nich ma swoje tajemnice i problemy, co z początku wydaje się murem nie do przebycia, jednak ostatecznie okazuje się, że to co miało dzielić - łączy. Cieszę się, że dostaliśmy perspektywę tylko dwójki z nich. Dzięki temu widzimy więcej, a jednocześnie nie za wiele. Tak, by tajemnica nie została zbyt szybko odkryta. Uważam, ze bohaterowie są mocną stroną tej opowieści i z chęcią poznam ich lepiej 😊
To, co według mnie nie do końca zagrało, to wątek romantyczny i sposób poprowadzenia zakończenia. W romansie nie czułam chemii. Myślę, że o wiele lepszym aspektem byłaby przyjaźń w pierwszym tomie, a miłość w kolejnym. Uczucie pojawiło się tutaj zbyt szybko przez co nie byłam w stanie w nie uwierzyć.
Finał - odniosłam wrażenie, że nie został przemyślany, a na pewno działo się tutaj zbyt wiele i zbyt szybko. Wyglądało to tak jakbym trafiła na huragan. Miał nieść ze sobą wyjaśnienia, emocje, zwrot akcji, ale był tak chaotyczny, że minął i pozostawił po sobie jedynie bałagan.
Liczę, że kolejna część będzie równie dobra, bo mimo uwag uważam, że książka jest naprawdę dobra, a koty mówiące ludzkim głosem wspaniałe .
Aż żal kończyć i czekać na kolejny tom, który jeszcze nie został napisany… 💔
Bardzo spodobał mi się motyw kowenów, w których magia opiera się na duchowych partnerach pod postacią zwierząt, a także sam wątek akademii magii. To zdecydowanie moje klimaty, choć początkowo obawiałam się, że nie wsiąknę w tę historię. A jednak – stało się zupełnie inaczej.
Zarys fabuły był naprawdę ciekawy, jednak momentami brakowało mi głębszego rozwinięcia niektórych elementów. Być może to kwestia stylu pisania autorki – książka bardzo sprawnie posuwa fabułę do przodu, ale są aspekty, które chciałabym poznać bardziej dogłębnie. Szczególnie motyw duchowego połączenia, emocje głównych bohaterów w momentach kulminacyjnych oraz postać syna kowenu Wilka, który wydaje się dość istotny dla głównej bohaterki, a mimo to pozostaje nieco w cieniu.
Nie jest to jednak absolutnie zarzut wobec jakości książki – wręcz przeciwnie. Powieść jest świetnie napisana, a pani Iwona po raz kolejny mnie nie zawiodła, podobnie jak przy swoim debiucie Serce pochowane na drzewie. Po prostu chciałam więcej. Chciałam mocniej zanurzyć się w ten świat i jeszcze głębiej wejść w psychikę postaci. A to, paradoksalnie, jest najlepszym dowodem na to, jak dobra jest ta historia.
Zdecydowanie polecam tę pozycję, zwłaszcza osobom początkującym w świecie fantastyki. ✨
Cóż.. Nie jest to najlepsza książka fantasy, jaką w życiu przeczytałam. Mam wrażenie, że była mocno inspirowana Harrym Potterem i jest dosłownie wyciągnięta z wattpada. Momentami miałam wrażenie, że jest napisana naprawdę infantylnie, wiele wątków nie jest rozwiniętych, albo jest tylko muśnięte, a mogłby być materiałem na dobrych kilka rozdziałów. Dosłownie jakby autorka pisała je „po łebkach”. Dodatkowo szczególnie irytowała mnie Nina, jedna z głównych bohaterek, która miałam wrażenie jest napisana jako ta jedna baddie wannabe z którą chce się utożsamić autorka. Tymczasem drugi główny bohater - Alec, zdecydowanie sprawił, że nie odłożyłam tej książki na półkę w połowie, bo jego historia mocno mnie zaintrygowała. Sceny walki pisane są naprawdę ciekawie, choć jak pisałam wcześniej, mogłyby być trochę bardziej pociągnięte. I szczerze jestem w szoku, widząc napis 16+ na okładce, bo zarówno fabuła jak i język, którym jest pisana brzmią, jakby książka była pisana przez trzynastolatkę dla innych trzynastolatek. Ma naprawdę duży potencjał, ale zdecydowanie trzeba jeszcze sporo nad tym popracować, bo pomysł jest szczerze genialny, ale zwyczajnie niedopracowany.
Najstarsze rody, sabaty, długi krwi, magiczna szkoła, strata, koty, wilki, węże, Sowy oraz niewyjaśnione zaginięcia ukrywane przez władze. To wszystko tworzy niesamowicie magiczną fabułę. Ciekawy system magiczny sprawił, że - na równi z bohaterami - starałam się rozgryźć rodzaj magii, którym włada główną bohaterką oraz przypisany do niej sabat. Ten tytuł, to bardzo komfortowa fantastyka i z wielką przyjemnością śledziłam zapisane w niej losy przedstawionych postaci. Każdy bohater jest „jakiś” i posiada własne sekrety. Duuuży plus!
Pomysł na fabułę spoko. Niestety warsztat pisarski taki średni. Nie czułam emocji bohaterów w ogóle ani nie rozumiałam rozwijających się relacji, którew moim odczuciu były raczej płaskie. Coś nie zadziałało. Niektóre sceny bardziej by się sprawdziły w filmie niż w książce. A gadające koty za bardzo przypominały ludzi, co niestety odebrało im ich cudowną kotowatość. Trochę się zawiodłam na tej książce, ale trzymam kciuki za autorkę, żeby kolejne były tylko lepsze.
Bardzo interesujący świat przedstawiony, zwłaszcza ze względu na jego magiczne aspekty, które, niestety, wydają się nie do końca wykorzystane i liczę, że w kolejnych tomach będzie pod tym względem lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o kocio-ludzkie połączenia i interakcje. Sądzę, że fani młodzieżowego fantasy pokochają to, co stworzyła tu Autorka, i będą niecierpliwie wyczekiwać kolejnych tomów przygód Niny, Aleca i pozostałych postaci.
Myślałam, że już nigdy tej książki nie skończę. Niby historia jest przyjemna, ale nie było w niej nic co by mnie przyciągało. Wątki zostały rozwleczone tak bardzo, jak tylko się dało i jak zaczęło się wszystko sklejać to nie mogłam się doczekać aż dotrwam do epilogu.