Brooke Ward, studentka Uniwersytetu Columbia, podejmuje decyzję, by zmienić uczelnię. Odtąd będzie się uczyć w Bostonie, co bardzo nie podoba się jej ojcu Zachary'em u. Dziewczyna zwykle mu się nie sprzeciwia, jednak tym razem stawia na swoim - nie chce zostać w Nowym Jorku i patrzeć, jak jej matka powoli stacza się w otchłań alkoholizmu. Nie chce też wciąż wracać wspomnieniami do wydarzeń sprzed trzech lat, w wyniku których życie stracił Caleb Black - jej bratnia dusza.
Wbrew sobie Brooklyn zgadza się odwiedzić ojca i jego narzeczoną. Naprzeciw ich domu mieszkał Caleb. Jego matka, Valerie, założyła fundację, która finansuje stypendia sportowe dla zdolnych uczniów. Takie stypendium hokejowe otrzymał kiedyś zmarły syn Valerie. Lepszy z jej synów. Doprawdy to ironia losu, że jej i Brooke odebrano właśnie Caleba, podczas gdy jego starszy brat, Colton, pozostał wśród żywych...
On sam nie wie, dlaczego jeszcze żyje. Może po to, by wraz z Brooke wypełnić ostatnią wolę Caleba?
Książka dla czytelników powyżej szesnastego roku życia.
mam lekki mętlik w głowie.. dawno nie miałam takiej sytuacji, że nie wiedziałam jak ocenić książkę 😭🙏🏻
świetne pióro jak na debiut! - bardzo przyjemnie czytało mi się tą książkę, ale wydaje mi się, że jest ona z kategorii tych, które nie zostaną na długo w mojej pamięci..
sama fabuła niesamowicie wciągająca 🤭 do samego końca byłam ciekawa co tak naprawdę wydarzyło się z Calebem! jego postać była jak taka „wielka niewiadoma”? co tym bardziej mnie intrygowało 🤍 jednak tego samego nie mogę powiedzieć o Coltonie - bracie Caleba, który niesamowicie działał mi na nerwy.. to samo z jego podejściem do Brooke i wielokrotnie powtarzanie, że na nią nie zasługuje lub, że mógłby ją „zbrukać” 🫠
Weronika Krzempek „Dziewczyna Caleba” to książka, która od pierwszych stron próbowała dobrać mi się do serca (swoją drogą zaczęłam ją kiedyś na Wattpadzie i jakie było moje zdziwienie, że ja już to czytałam, nie całość ale jednak 🤭). I przez chwilę naprawdę jej się to udawało. Było delikatnie, było smutno, było to poczucie straty, które wisi w powietrzu i nie daje oddychać pełną piersią. Przyznam szczerze, na samym początku miałam mocne skojarzenie z Promyczkiem i Gusem od Kim Holden. Klimat żałoby, pustki po kimś, kto był całym światem, i to uczucie, że wszystko po nim boli bardziej. Nie mówię, że to ta sama historia, bo absolutnie nie, ale ten vibe gdzieś mi mignął i nie chciał odpuścić.
Brooke to bohaterka, którą łatwo polubić. Taka dziewczyna z krwi i kości, poobijana przez życie, próbująca jakoś się pozbierać po stracie bratniej duszy. Ucieczka z Nowego Jorku, zmiana uczelni, próba odcięcia się od toksycznych sytuacji rodzinnych i wspomnień, które ciągle wracają. Rozumiałam ją. Czułam jej zmęczenie i tę potrzebę, żeby w końcu zacząć oddychać po swojemu.
Motyw listy Caleba bardzo mnie kupił. Serio. Jest w tym coś pięknego i jednocześnie cholernie bolesnego. Spełnianie marzeń kogoś, kogo już nie ma, to przecież rozdrapywanie ran, ale też próba domknięcia czegoś, co zostało brutalnie przerwane. I właśnie tutaj widziałam ogromny potencjał na emocjonalne bum! No i tu dochodzimy do momentu, w którym muszę być szczera. Tych emocjonalnych ciosów brakowało mi po drodze. Chciałam głębszych wejść w emocje bohaterów, większego zanurzenia w żałobie, w poczuciu winy, w relacjach, które aż się proszą o rozłożenie na czynniki pierwsze. Momentami miałam wrażenie, że historia przechodzi obok najboleśniejszych tematów trochę za szybko, jakby bała się przycisnąć czytelnika mocniej. Szczególnie jeśli chodzi o Caleba. On jest osią całej tej opowieści, a mimo to bardziej go czułam jako ideę niż realną postać. Brakowało mi go. Jego głosu, wspomnień, obecności, czegokolwiek, co sprawiłoby, że jego strata naprawdę rozłoży mnie na łopatki.
Colton to z kolei postać, z którą miałam relacje hate-love. Rozumiem jego uzależnienia, jego wewnętrzny chaos i poczucie, że nie zasługuje na nic dobrego, ale momentami miałam wrażenie, że to właśnie ten wątek za bardzo przejmuje stery całej historii. Trochę kosztem emocji, na które czekałam gdzie indziej.
Styl autorki jednak bardzo mi się podobał. Książkę czyta się szybko, płynnie, bez zgrzytów. Dialogi brzmią naturalnie, a całość nie nuży. To jedna z tych historii, które po prostu się pochłania, nawet jeśli w głowie co jakiś czas pojawia się myśl, że można było pójść głębiej.
I teraz najważniejsze. Bo kiedy już myślałam, że ten emocjonalny cios jednak mnie ominie, przyszła końcówka… No zakończenie mnie zszokowało i szczerze ta historia, az się prosi o come back po 10 latach. Jestem ciekawa czy jest może taki plan…
Ale wracając do meritum jak na debiut jest naprawdę dobrze. Widać, że Weronika Krzempek ma wrażliwość, pomysł i potrafi budować klimat. Widzę tu ogromną przestrzeń do rozwoju i jeśli kolejne książki pójdą jeszcze głębiej emocjonalnie, to ja w to wchodzę bez wahania.
„Dziewczyna Caleba” to opowieść o stracie, żałobie i próbie posklejania siebie na nowo. Nie idealna, momentami zachowawcza, ale szczera. A zakończenie? Ono zostaje w głowie.
„Dziewczyna Caleba” to książka, co do której nie miałam żadnych oczekiwań. Mogę nawet przyznać, że miałam do niej lekkie obawy. Nawet nie wiecie jak ogromnie się cieszę, iż mogę dziś z czystym sumieniem napisać, że były zupełnie bezpodstawne. Ba, powiem więcej. Ta książka jest tak cholernie niesamowita.
„Dziewczyna Caleba” zrobiła z moim sercem coś, co ciężko jest mi opisać. Ja jej nie czytałam. Ja ją przeżywałam. Czułam każdą cząstkę bólu bohaterów, słyszałam wszystkie niewypowiedziane słowa. Przeżywałam każdy moment, który ich do siebie zbliżał, czułam bicie własnego serca kiedy Colton wyznawał kim jest dla niego Brook.
To książka, która zaczynasz czytać i nagle okazuje się, że zupełnie niepostrzeżenie, coś osiada na dnie twojego serca. To jak ciepły ślad po czyjejś dłoni — delikatny, prawie niewyczuwalny, a jednak niemożliwy do strząśnięcia. A potem historia dobiega końca i okazuje się, że zupełnie nie wiesz co masz ze sobą zrobić. Tak jakby zabrała część Twojej duszy. A potem ją oddała. Ale ta część jest jakby niepełna, naznaczona ciszą i tęsknotą za czymś, czego nie da się już nazwać. Mijają dni a ty cały czas myślami błądzisz pomiędzy jej stronami. Czujesz jakby czegoś ci brakowało.
Przysięgam tak właśnie się czułam i czuję nadal.
„Dziewczyna Caleba” zaserwowała mi huragan emocji, których nadal nie umiem okiełznać, a minęło już tyle dni. I to jest tak cholernie piękne bo zdałam sobie sprawę, że jest to książka, która przypomniała mi za co pokochałam czytanie.
Relacja między głównymi bohaterami jest pełna emocji nieidealna, momentami trudna, ale właśnie przez to autentyczna. Caleb to postać skomplikowana, pełna sprzeczności, a jednocześnie niezwykle magnetyczna. Z kolei narracja prowadzona z perspektywy bohaterki pozwala naprawdę wczuć się w jej emocje, rozterki i wybory. Czułam jej ból, niepewność, ale też nadzieję.
Kocham styl pisania autorki. Dialogi brzmią naturalnie, a emocje nie są przerysowane. Weronika świetnie balansuje między romansem a trudniejszymi tematami, nie popadając w banał. To nie jest kolejna przewidywalna historia miłosna tutaj uczucia mają ciężar, a decyzje bohaterów naprawdę coś znaczą.
Podsumowując „Dziewczyna Caleba” pokazuje, że miłość nie zawsze jest prosta, że czasem rani, komplikuje życie i zmusza do konfrontacji z samą sobą. Jeśli lubicie książki, które zostają w waszej głowie, zmuszają do refleksji i poruszają, nie tylko emocjonalnie ale i psychicznie to myślę iż ta pozycja będzie idealnym wyborem.
Zawsze z dużą ciekawością sięgam po debiuty. Lubię obserwować, jak autorzy stawiają pierwsze kroki, jak szukają własnego głosu i sprawdzają, dokąd mogą z nim dojść.
„Dziewczyna Caleba” to historia osadzona w cieniu straty. Brooke próbuje uciec – od Nowego Jorku, od rodzinnych problemów, od wspomnień sprzed trzech lat, kiedy zginął Caleb. Zmiana uczelni nie jest więc kaprysem, lecz próbą odzyskania kontroli nad własnym życiem. Powrót w okolice domu ojca sprawia jednak, że przeszłość szybko ją dogania.
Autorka od początku jasno sygnalizuje, że nie będzie to prosta historia romantyczna. To raczej opowieść o żałobie, poczuciu odpowiedzialności i potrzebie wybaczenia – sobie i innym. Motyw realizowania listy Caleba stanowi oś fabularną i naturalnie angażuje czytelnika. Niewątpliwie jest w tym pomyśle potencjał.
Jednocześnie miałam poczucie, że książka nie zawsze wykorzystuje wszystkie swoje możliwości. Tematy, po które sięga autorka, są trudne i wymagające, tu jednak nie do końca czuć ich głębię, ponieważ zostały bardziej opisane niż pokazane (mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Brakowało mi pogłębienia, szczególnie w odniesieniu do Caleba, który jest osią całej historii, a mimo to pozostaje raczej ideą niż w pełni zarysowaną postacią. Podobnie relacja Brooke i Coltona – teoretycznie naznaczona bólem i napięciem – emocjonalnie nie zawsze wybrzmiewała tak mocno, jak bym tego oczekiwała. Nie oznacza to jednak, że lektura była nieprzyjemna. Wręcz przeciwnie – czyta się ją szybko i płynnie, a styl autorki jest przystępny i klarowny. Nie mogę też powiedzieć, że dokuczała mi przy czytaniu nuda, bo jako czytelnik czuję się usatysfakcjonowana biegiem fabuły.
„Dziewczyna Caleba” to debiut, który pokazuje, że autorka ma coś do powiedzenia i potrafi zbudować spójną historię, nawet jeśli jeszcze nie zawsze trafia w pełnię emocjonalnej głębi. Widzę tu duży potencjał i przestrzeń do rozwoju. Dlatego z ciekawością spojrzę na kolejne projekty Weroniki. Początki rzadko bywają perfekcyjne, ale często można po nich poznać dobrze zapowiadającego się autora, a tak właśnie jest w tym przypadku.
W takich recenzjach nigdy nie wiem, od czego zacząć. Podczas ich pisania towarzyszy mi tak niesamowite uczucie, że nie potrafię ubrać moich myśli w słowa. Dlatego na początku chciałabym po prostu podziękować Weronice, bo to dzięki niej dostałam tego zaszczytu i patronuje motylki. Jestem niesamowicie wdzięczna za daną mi szansę i dumna, że mogę być tego częścią.
Ale za co pokochałam tę historię? Ojj zdecydowanie za wzruszające momenty. Bo było ich naprawdę wiele. Ale najpierw od początku. Główna bohaterka Brooke, jak najbardziej stała się moją ulubioną postacią. To, ile potrafiła poświęcić dla swojego zmarłego przyjaciela jest niesamowite. To dziewczyna pełna gracji i ambicji, ale kiedy trzeba to potrafi stawić czoła zadaniom. Natomiast Colton to bardzo przebojowy chłopak zmagający się z ogromem problemów i przeszkód w życiu. Niesamowicie zżyłam się z ich historią, jest ona dla mnie pewnego rodzaju odskocznią od rzeczywistości i zapewniam Was, że to rollercoaster emocjonalny.
Książka nie jest długa i moim zdaniem idealna na jeden, w porywach do dwóch wieczorów. Na pewno możecie wkręcić się w fabułę na tyle, że nie będziecie chcieli oderwać się od czytania. Zawdzięczamy to przede wszystkim cudownemu i lekkiemu stylowi pisania Weroniki. Przysięgam, że tę opowieść można pochłonąć na raz i dosłownie przez nią popłynąć. Natomiast zakończenie to ból, ból i jeszcze raz ból. Oj teraz to warto wyczekiwać drugiej części!
Już na koniec chciałabym zwrócić uwagę na jej cudowne wydanie! Nadal pamiętam swoją reakcję, gdy zobaczyłam przedpremierowo tę okładkę. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia! W środku dodatkowo mamy przepiękną wyklejkę w motylki oraz śliczne, a przede wszystkim z nawiązaniem do motywu podróży, zdobienia przy rozpoczęciu rozdziałów! Jeszcze raz dziękuję Werce za daną mi szansę!