Die Herrenfriseurin Wera hat ein Ihr Mann, Jockey, ist tot. Jetzt muss sie sich um die Beerdigung kümmern. Es fehlt ihr an allem, doch besonders das Wichtigste muss sie Schuhe für den Sarg. Also macht Wera sich auf den Weg zu alten Kunden und Bekannten, zu Weg- gefährten und verflossenen Liebschaften. Sie durchstreift die ganze Halbwelt der Stadt – und damit ihr vergangenes Leben. So wie sie sich all die Jahre durchgeschlagen hat, kommt sie auch jetzt an ihr mit Friseurinnenschläue und einem losen Mundwerk. Wir begegnen einer Frau, die alles gesehen hat. Und unter deren Schlagfertigkeit sich die Trauer versteckt.
Mit Wera hat Zyta Rudzka eine trotzige Lebenskünstlerin Weder Armut noch Schicksalsschlag brechen ihren Willen. Dem Unglück begegnet sie mit scharfer Zunge, und auch in der Liebe fehlen ihr nie die Worte. Ihr Sprachwitz schöpft aus dem Erfindungsreichtum derer, die von der Hand in den Mund leben müssen – und der Kunst der Literatur. In ihrer meisterhaften Übersetzung zieht Lisa Palmes alle Register.
Polska dramatopisarka, pisarka, poetka, publicystka, autorka scenariuszy filmów dokumentalnych, psychoterapeutka wyspecjalizowana w poradnictwie z zakresu seksuologii. Zaczynała jako poetka. W r. 1989 ogłosiła tomik wierszy Ruchoma rzeczywistość, z czasem objawiła się jako prozatorka, wydając – bardzo dobrze przyjętą przez krytykę – powieść Białe klisze (1993). Już wówczas doszedł do głosu charakterystyczny dla Rudzkiej styl narracji powieściowej – silnie zmetaforyzowany, zorganizowany wokół archetypów i symboli, zrodzony zapewne z inspiracji psychoanalitycznych. Pisarka chętnie umieszcza swej opowieści w umownych realiach, lubi wszelkiego typu uniwersalizacje, zwłaszcza te, które mówią o spotkaniu kobiety i mężczyzny, do jakiego dochodzi jak gdyby poza czasem i uwarunkowaniami kulturowymi. Jej druga powieść (Uczty i głody; 1995) rozgrywa się w kilku planach przestrzennych i czasowych: we współczesnym Rzymie w środowisku polskich emigrantów i jednocześnie w starożytnym Egipcie. Olga, główna bohaterka utworu, na równi bierze udział w zdarzeniach osadzonych w czasie środowiska, jak i funkcjonuje w przestrzeni retrospektywnej. Nadrzędnym tematem tej mocno rozerotyzowanej powieści jest głód ciała, którego niepodobna nasycić. Fenomenem ludzkiej seksualności pisarka zajęła się również w swej trzeciej powieści – Pałac Cezarów (1997). Tym razem akcja utworu rozgrywa się w RPA, a za bohaterkę ma przybyłą z Europy prostytutkę, Józefinę de la Pologne. Pytania o rolę popędów w życiu człowieka splatają się tutaj drażliwymi kwestiami dotyczącymi segregacji rasowej, choć najważniejsze w tej książce są z pewnością wątki egzotyczno-romansowe. Równie zaskakująca i nieoczywista jest czwarta powieść Zyty Rudzkiej. Mykwa (1999) przedstawia historię dwu pokoleń żydowskiej rodziny, jakkolwiek zasadniczym tematem tego utworu są dzieje mistycznej miłości, jaka połączyła – oddalonych od siebie nie z własnej winy – kochanków. Tak jak we wcześniejszych utworach tej autorki, również i tu realia są niedookreślone, raptem naszkicowane kilkoma kreskami. Rudzka nie jest bowiem realistką; tak naprawdę pozostała poetką głęboko przekonaną co do tego, że tak w poezji, jak i w prozie najważniejszy jest nastrój, skrót i metafora.
To dla mnie duże zaskoczenie. Pierwsza powieść Rudzkiej, po jaką sięgnąłem i już mam ochotę na więcej. Świetny, wyrazisty i nieszablonowy styl to pierwszy godny wskazania walor tej książki.
Nasza bohaterka traci męża, zatem od początku do końca obcujemy z żałobą, ale to historia nie tylko o tym. W postaci Wery i jej przeżyciach znalazłem wielką siłę wyrażania siebie, bez względu na bycie ocenianą. To bohaterka twardo stąpająca po ziemi. Jak kocha, to do końca. Jak nie lubi, to mówi wprost. Jak się bierze za robotę, to na sto procent i jest pewna, że wykona ją dobrze. Budził się we mnie podziw, gdy czytałem o jej przeżyciach. Ale też smutek, bo mimo że ból jej nie straszny, to przejawia się w jej sercu i otoczeniu cały czas.
Byłem wzruszony zaprezentowaniem niejednoznacznej seksualności narratorki. Miałem poczucie, że Wera daje głos kobietom, które są nieco starsze, nie mają nastu lat, a wciąż przecież posiadają prawo do sięgania po czułość czy miłość, bliskość, nie tylko ze strony mężczyzn. Była tu pokazana więź i kobieca siła, choć naznaczona cieniem trudnych emocji i doświadczeń. Doceniam eksplorowanie tego, co wydaje się oczywiste, przeciwstawienie się heteronormie i dlatego oceniam „Ten się śmieje, kto ma zęby” bardzo wysoko. Wydaje mi się, że nagroda Nikę, którą autorka otrzymała za tę powieść, nie mogła trafić w tym roku w lepsze ręce.
„Fryzjerka męska jak dobra, na obecność panów nie narzeka. Z racji zawodu wykonywanego nie musiałam się specjalnie rozglądać. Gdybym chciała, mieliłabym jęzorem z kim popadnie, dzień za dniem. Popyt miałam. Co zrobisz, stosunkiem wzgardzisz. Byłam wysoką poprzeczką. Dżokej nie chciał tego spieprzyć. Dopiero za szóstym podejściem dałam się przelecieć, to prawda. Nie jestem wycieruchem. Nie podpadam pod baby wersalki, co się szybko rozkładają. Nikt z rąk do rąk mnie nie przerzuca. Ale też nie z tych, co się cackają z cnotą, same się wypieszczą i po robocie. Na piczę trzech majtek nie zakładam. Komu chcę, daję”. Główna bohaterka Wera, była fryzjerka męska musi pochować swojego właśnie zmarłego męża dżokeja. Nie ma dla niego odpowiednich butów do trumny, a jak mowi narratorka w pierwszym zdaniu „trudno o dobre buty dla nieboszczyka”. Szczególnie jak nie ma się na nie pieniędzy. Wera próbuje więc to tu to tam sprzedać pamiątki po mężu, a to sąsiadce, a to lekarzowi, a to byłemu kochankowi czy kochance. A w trakcie tego jej chodzenia od jednego do drugiej opowiada czytelniczce więcej o swoim życiu. No pokochałam tę babkę od pierwszych zdań! I chyba tylko Zyta Rudzka potrafi tak bezkompromisowo, przewrotnie, ale pięknie pisać o starości (polecam ogromnie jej „Ślicznotkę doktora Josefa”). A tu oprócz starości, znów pięknie i bardzo na opak opowiada o żałobie. Uwielbiam ją za jej swobodne podejście do pisania i języka, za prostotę zdań i ich szybkość, rytmiczność. Uwielbiam za to, że nie boi się naturalizmu, wulgaryzmów, niesympatycznej i cynicznej bohaterki i opisywania seksu starszych osób. I to jak jej się to wszystko udaje i uchodzi płazem. Wyborne to było, czytajcie.
Matko jedyna cóż to był za chaos w książkowej postaci. Niczym by się ta książka nie różniła gdybym rozbryzgała na niej kawałek pizzy z pięcioma serami i wszystkimi możliwymi dodatkami. Byłaby tak samo dziwna, specyficzna i… „brudna”, bo ta książka właśnie taka się wydawala. Główna bohaterka… nie powiem, że nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Bo ona dosłownie sama by Wam tę kaszę przyprawiła i w oczy włożyła i właściwie we wszystkie możliwe miejsca do których by znalazła dostęp. I by wystarczyło gdybyście tylko zapytali o godzinę. Nie poruszajmy tematu zegarka😂 A nożyczki na okładce mają dla mnie dwa znaczenia w tym wypadku, chyba tak miałam je wyczuć czytając, jedno brzydkie, drugie zwykłe. To strasznie brzydka literatura… piękna. Pierwszą połowę czytało się tak ciężko, w sensie te zdania były tak posklejane jak każde z innej epoki, innego tematu i od innej osoby, a właściwie brzmiały jakby pisał je bot i to jeszcze po % 😂 Ja serio nie wiem jak mam odebrać tę książkę. To było tak śmiesznie złe. Czuję, że bym nie umiała napisać czegoś takiego nawet po wszystkim do czego tylko ludzkość kiedykolwiek miała dostęp, hahahahahaha (to tak oczywiście w żartach). I wiem, że czasami to co „złe” ciągnie podwójnie, dlatego mam nadzieje ze zachecilam Was żeby przeżyć tę zdecydowanie degustującą, dziwną, specyficzną, wariacką, gorzką i przygodę… jakkolwiek bardziej bym już zrozumiała gdybym się sturlała ze schodów będąc na parterze😂
we współczesnym literaturoznawstwie liczą się ramki i łatki dość konkretne. zdyscyplinowane. a ta książka, jak jej główna bohaterka, zdyscyplinowana i zgodna ze schematami ustalonymi z góry, przez siły wyższe (instytucjonalne, abstrakcyjne, przyziemne, każde), nie jest, do cna. robi tak, jak chce, i tak, jak ją doświadczenie wyrzeźbiło. rudzka nie boi się materii żywej i ludzkiej strugać na wzór "literatury pięknej", która jako powieść, fabuła, epicki tekst literacki, powinna być subtelna, napisana z gracją i finezją. jest jednak na przekór konwenansom życiowa, gruboskórna i bezczelna w swej bezpośredniości. siedzi w głowie, mierzi językiem i prawdą o tych sferach i przestrzeniach społecznych, do których uprzywilejowani, biali smakosze literatury zaglądać nie chcą. no bo jaki snob z chęcią i zapartym tchem będzie rozczulać się nad losem fryzjerki, która klnie, do piachu będzie męża wsadzać? do tej lektury potrzeba nieco szerszych, mniej romantycznych i utopijnych perspektyw empatii. przyziemnej ironii, która pozwoli przetłumaczyć wulgarność i formę na język serca, co pozwala docenić naprawdę niebagatelny kunszt, zamysł i przekaz, tego co zyta stworzyła. wleźć w te stare, białe trumieniaki i zrozumieć coś, z czym w gruncie rzeczy stykamy się rzadko.
bardzo doceniam tę pozycję, za oddanie głosu tym, o których mówi się niewiele, na których patrzy się niechętnie. to ważne!
Uwielbiam książki poruszające trudną tematykę, skłaniające do refleksji, poruszające i pozostawiające po sobie ślad. "Ten się śmieje, kto ma zęby" przedstawia perspektywę Wery - starszej kobiety, której umiera mąż. Radzenie sobie ze stratą bliskiej osoby i przejście żałoby to bardzo delikatny, niełatwy czas, ale Zyta Rudzka robi coś, na co nie każdego stać - podejściem swojej bohaterki pokazuje, że śmierć nie zawsze przynosi rozpacz i zgryzotę, a czasami ulgę i radość.
To bardzo specyficzna książka, przez jaką na pewno wiele osób nie przebrnie. Autorka nie stroni od zabawy językiem, słów ogólnie przyjętych jako wulgaryzmy czy mocniejszych scen, które dla niektórych mogą wydać się zbyt obsceniczne. Ja nie poczułam się zgorszona, a samą książkę czytało mi się szybko i dość przyjemnie, natomiast ubolewam nad tym, że zostawiła mnie ona tak naprawdę z niczym. Spłynęła po mnie ta historia - przyswoiłam ją, ale jednocześnie, pomimo niełatwego wątku, nie poczułam żadnych emocji, a do tego nie wyniosłam z niej niczego konstruktywnego.
Takie opowieści też są potrzebne, aczkolwiek nie przekonało mnie jej przedstawienie, bo cała akcja opiera się na przygotowaniach do pogrzebu męża, w których brakuje większych refleksji ze strony samej wdowy. Zabrakło mi jakiejś klamry, podsumowania, kilku zdań skupiających się na przeżywaniu żałoby i radzeniu sobie z nią, zamiast opisów kolejnych wybryków czy wspomnień seksualnych głównej bohaterki. Na pewno jest to coś oryginalnego, ale do mnie nie trafiło.
Ovo je jedna izluđujuća knjiga. Roman provokacija, u koju je uložen nesvakidašnji leksički napor, skoro pa ravan sa zamršenošću dela Radovana Belog Markovića. Tragikomični, šašavi vrtlog, koji se ruga, parodira, preuveličava, izokreće, koji izaziva gađenje, otpor i kolutanje očima, ali koji je začinjen i iščašenim humorom. Priča o frizerki Veri koja sahranjuje svog muža Džokeja, sve je samo ne realistička povest, ali ona, paradoksalno, ima (pro)življeni osnov, te je ova knjiga šamar poljskom društvu, katoličanstvu, heteronormativnosti, malograđanštini i izrabljivanju. Ona je ujedno i sama sebi negacija, jer ne nudi nikakvo izbavljenje ili borbu, već sumanuto tapkanje u mestu, koje se rascvetava u začudnom jeziku. I tu nema mesta nikakvoj psihologizaciji, čak ne ni alegoriji; često je sasvim nejasno koji momenat u delu je izmišljen, koji zamišljen, a koji umišljen. Ovde su vulgarnosti bodeži, ali ne na način ispovedne ili crnotalasne proze, već kroz preuzimanje rizika koji u pisanju uvek cenim i koji je redak. Rezultat je da je ova knjiga nagrađena nagradom Nike, inače, najvećim poljskim književnim priznanjem za 2023. godinu.
A sad, ko bude i hteo da uđe u koštac sa ovim, neka bude upozoren na nazupčene rečenice, krajnje specifičnu, crnohumornu atmosferu, neudobnost i provokacije. A oni koji u književnosti traže nešto drugo, neka slobodno preskoče ovaj izazov.
Jedna gwiazdka więcej jest za sam język, inne podejście do tematu pogrzebu, niektóre cytaty z którymi się zgadzałam i mniej więcej temat poszukiwania butów. Wszystko inne absolutnie mi się nie podobało. Wera to karykatura „silnej” kobiety napisanej przez warszawiaczkę, która myśli, że biseksualne kobiety ruchają się z każdą napotkaną kobietą, nie zważając, czy uważają ją za piękną lub nie. To, że Wera lubi seks i myśli o nim 24/7 to jej sprawa i nie mi oceniać, chociaż absolutnie nie podobało mi się czytanie o tym, to jednak opisy kobiet są dla mnie obrzydliwe. Warto wspomnieć, że piękne są tylko kobiety z którymi ona sypia, bo ona sama też jest piękna (baba w podeszłym wieku z ubytkiem w zębach przy tuszy, która pali o wiele więcej niż ja, ALE KAŻDY JĄ CHCE 🥺), a inne kobiety to brzydkie dziwki. Czułam się jakbym czytała coś co incel by napisał o kobiecie, która dała mu kosza. W Werze nie ma nic z silnej i zaradnej kobiety. Jest po prostu zgorzkniałą kobietą, która myśli, że jak chuchnie komuś papierosem w mordę to jest szefem szefów. NIE. Czy nie daje sobie w kaszę dmuchać? Nie daje, ale problem jest tutaj, że prawie żadna z sytuacji nie wymagała od niej chamstwa. Zaradność? Nie mylcie proszę zaradności z umiejętnością kręcenia na własne potrzeby i sprytem (chociaż tutaj też bym polemizowała). Dodatkowo, czemu tutaj nie ma TW? Jest to fragment na 5 linijek i mało co mnie uderza, ale gdy główna bohaterka przyznaje się do molestowania seksualnego i jest to napisane w sposób, gdzie jakby to nie był problem, bo chciała się ruchać z kobietą, KTÓRA TEGO NIE CHCIAŁA? Obrzydliwe i okropne. Jako osoba z „nizin społecznych”, do których czuje, że Zyta Rudzka zaliczyła bohaterkę i bi kobieta czuję duży zawód.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Przeintelektualizowana. Narratorka to prostaczka paplająca o wódce, fajkach, seksie, miłości i śmierci. I w tej prostocie chamskich wypowiedzi ma tkwić życiowa prawda. Tyle że język jest po prostu sztuczny. Cała ta opowieść jest zwyczajnie nienaturalna w swoim „chamstwie”.
Przyszedł listopad i na sam początek zaserwowałam sobie najgorsze co mogłam. To było moje drugie podejście. Przy pierwszym po przeczytaniu dwóch rozdziałów chciałam strzelić sobie w łeb. Jednak zobowiązanie jak to zobowiązanie, wykonane musi być.
Powiem jedno, gdyby nie fakt, że spędziłam ba badaniach kilka h i albo do wyboru miałam czytać, albo słuchać kłótni ludzi (chociaż momentami nawet one były ciekawsze) to zdecydowanie tej książki bym nie przeczytała.
Już od samego początku główna bohaterka - Wera - tak działała mi na nerwy, że nie chciało mi się czytać tego co stara się przekazać.
Książka bardzo chaotyczna, cała historia zakręcona, dla mnie bez logicznego sensu. Taka ot do zapomnienia. Przeczytałam, skończyłam i dalej myśle jaki sens miała ta książka?
Język jakim ta książka jest napisana, niby ma być inny, zabawny, nowoczesny? Mimo, że lubię siarczysty język w książkach, dla mnie tutaj w całym przekazie miałam wrażenie, że nasza główna bohaterka stoi na podwórku, pod trzepakiem i opowiada tą cała historie swojej koleżance. Przekaz taki, że czytając czułam zażenowanie, czułam w jakiś sposób „brud”. Chęć szybkiego przeczytania i zmycia tej książki z siebie, ze swojej głowy, świadomości.
Dla mnie ta książka to po prostu zmarnowany czas. Śledziłam zdania, bo ciężko to nazwać czytaniem, gdy zaangażowania brak.
niesamowite objawienie, nagroda najki, a mi się nie chce po raz kolejny mocować z zastojem polskiej literatury współczesnej, bo wszystkie książki są takie same, wszystkie łączy już nudny do bólu motyw śmierci i próby pogodzenia się ze śmiercią, przepracowania jej, pogodzenia się, bla bla bla. to jeszcze miałoby dobrą rację bytu, gdyby ten stracony polski nurt próbowałby mi powiedzieć coś nowego w tym bezsilnym, fanatycznym impasie, ale nie: polscy autorzy nie potrafią dotknąć śmierci inaczej niż tak, że ona zawsze przynosi stratę i zmianę, pustkę, którą staramy się wypełnić - jak gdyby to nie był jakiś koszmarny banał od kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset lat. tutaj są dwa super nowe ficzery - narratorką i bohaterką powieści jest nie kobieta, ale baba - figura konkretnej baby, co wie jakie życie jest ciężkie, że ona ogarnia, ale się nie da, mocna kobita jest, w nogach i we łbie, mówi miejskim żargonem i w ogóle taki jest świat. w takim nieschludnym, wulgarnym stylu oczywiście przeplatają się w niej złote myśli, prawdziwe mądrości życiowe, które będą świętować plusami na portalu lubimyczytac i profilach na mediach społecznościowych jaka to wspaniała metafora bez dna. i rozumiem, że to ma być "baba nie do zdarcia", co straciła swój własny biznes (wątek transformacyjny jest obligatoryjny dla wszystkich pisarzy) i męża, że żyje własnym życiem jak chce, nie wpada w żałobę, ale to jest zupełnie nieprzekonywujące. to samo śmiertelne, śmiertelnie nudne bagno, inna, nieprzekonująca, płytka, jednowymiarowa charakterologicznie bohaterka, którą próbuje się wciskając butem zniuansować. drugi ficzer - baba lubi i mężczyzn i kobiety, lubi uprawiać seks, miała dużo kochanków, jest wyuzdana i kompletnie otwarta seksualnie, rozbiera oczami każdą osobę którą spotka i poza tym, że ocenia jaką ma fryzurę to szacuje znakomicie jaką ktoś ma seksualną moc. brawa za przetarcie szlaków, bo literatura nie zna przecież od kilkudziesięciu lat pisarstwa wulgarnego i wyuzdanego; tylko tak jak u przykładowo Geneta ma to konkrente, transgresywne, może i rewolucyjne zastosowanie, ma nawet swoją funkcję u tego nieszczęsnego Witkowskiego w nieszczęsnym Lubiewie, to tutaj to jest z czapy, od taka pikantna ozdoba. głupia, powtarzalna droga donikąd, która nic w życiu nie daje ani nic nie pokaże. ktoś tutaj w recenzjach strawestował przepięknie dzieło o Pawle co jedzie do biedronki na lody i dokładnie tak widzę tę książkę. ale chyba wystarczy napisać coś o śmierci i biedzie dostanie się Mateusze, Fryderyki, paszporty polityki. błagam, napiszcie coś innego.
Podoba mi się sięgnięcie przez Zytę Rudzką do tak mało ogranych w literaturze tematów i perspektyw. W "Ten się śmieje, kto ma zęby" jest wszystko to, czego nie ma nigdzie indziej.
3.5. " Z przeszłości jak z grobu nie wyleziesz" Cóż to była za karuzela. Znajdziemy tu refleksje uderzające mocno i celnie, gdzie człowiek nawet nie wie jak i kiedy pieką oczy. Doceniam też dosadność i bezpośredniość autorki, która nie bawi się w subtelności. Jednak tego wszystkiego było mi za mało, nie równoważyło w pełni wulgarności, od której mi więdły nie raz uszy . Zabraklo mi więcej tych mocnych refleksji, a mniej przedziwnych sytuacji, dla których nie widziałam często celu. Na pewno nie można jej odmówić oryginalności i wywoływania emocji.
Wyprawiłem się z Werą z „Wera. Zakład fryzjerski męski” po sprawunki funeralne dla Dżokeja i przez całą wędrówkę czułem, jakbym słyszał za sobą chichot Gombrowicza. Nizinom społecznym, z których wywodzi się główna bohaterka Zyta Rudzka przyprawiła gębę prostactwa i prymitywizmu. Odwaga została pomylona z arogancją, hardość została utożsamiona z wulgarnością, wolność zidentyfikowano z promiskuityzmem, między siłą a chamstwem postawiono znak równości, a zaradności nie odróżniono od cwaniactwa. Pisarka niejednokrotnie w wywiadach żachnęła się, że zna wiele takich kobiet jak Wera i jeśli to prawda, to pozostaje mi jej serdecznie współczuć. Jeżeli zamiarem autorki było stworzenie bezkompromisowej i zahartowanej życiem na bardzo niewygórowanej stopie starszej bohaterki, to jej starania noszą wszelkie znamiona usiłowania nieudolnego. Zamiast tego zaserwowała bowiem portret grubiańskiej i butnej przekupy, taplającej się we własnym chamstwie i prymitywizmie. Wera to przykład knajackiej postaci stworzonej dla inteligencji i klasy średniej. Sublimacja wszelkich stereotypów i projekcja wyobrażeń na temat tego, jak powinna zachowywać się i o czym myśleć kobieta nie śmierdząca groszem według literackich salonów Warszawy. Mam nieodparte wrażenie, że inna Wera niż roszczeniowa baba z gębą okraszoną rubasznościami nie zostałaby tak owacyjnie przyjęta przez polską krytykę literacką, gdyż odbiegałaby od fantazmatu, jakie stołeczne salony posiadają na temat spauperyzowanych nizin. Tak, jak większość beneficjentów programu rządowego „Rodzina 800+” salony chcą postrzegać jako dzieciorobów parających się nieróbstwem, tak wykluczonych przez przemianę ustrojową chcą widzieć jako cwaniaków zajmujących się cinkciarstwem, by móc na rautach i galach literackich z prosecco w jednej ręce i koreczkiem z krewetką w drugiej kiwać głowami z faryzejskim współczuciem nad plebejskim losem.
Wyprawiłem się z Werą na pogrzeb Dżokeja, a czułem, jakbym uczestniczył w pogrzebie Literatury Polskiej. Żywię przekonanie graniczące z pewnością, że pozytywny odbiór i sukces tej powieści bierze się wyłącznie z tego, że nie mamy – poza reporterskimi próbami – dobrze przepracowanego literacko okresu transformacji ustrojowej, stąd wszelka proza z bohaterem (a zwłaszcza z bohaterką) przetrąconą przez dziki kapitalizm i do tego najlepiej z elementem LGBT skutkuje co najmniej nominacją do wszelkich Najczy, Adików, Riboków, Orłów, Maupek, Fryderyków, Januszy i Grażyn. Główna bohaterka pod płaszczykiem pozałatwiania spraw związanych z pogrzebem męża wyprawia się przez swoje dotychczasowe życie, a dla mnie jako czytelnika cel tej wycieczki pozostaje enigmą. Po lekturze nie wiem, czy mam tej Werze współczuć, litować się, klepać ją po plecach czy gratulować? Bo ten tekst w swoim finale zmierza donikąd. Jeśli takie jest clou całej powieści, to chciałbym nieśmiało zaważyć, że moda na egzystencjalizm minęła jakieś 40 lat temu.
Jednego nie mogę bohaterce odmówić, mianowicie sprawczości i efektywności. Mimo znikomych zasobów udaje jej się wyekwipować męża nieboszczyka na tamten świat. Zarazem jednak jest to postać dla mnie skrajnie niewiarygodna. Ciąg myślowy bohaterki to nieustanne wulgarne ujadanie przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Jej mizantropia przekracza granice wyobrażalności i wiarygodności. Jeśli bowiem na przestrzeni krótkiego tekstu jestem bombardowany monologiem przypominającym szczekanie, tyradą przeciw całemu światu, to prędko taki wywód zaczyna cuchnąć wymuszoną sztucznością.
Pod względem warsztatowym powieści nie mogę niczego zarzucić. Jest ona bardzo readable, ale na tym moje komplementy się kończą. Poza niewiarygodną bohaterką moim największym zarzutem są również poważne dysonanse stylistyczne, którymi ta powieść wręcz przesiąka. Bardzo chwytliwe, poruszające i działające na wrażliwość czytelniczą momenty (i.a. o uporczywości codziennej egzystencji czy zmarłych jako nieproszonych gości pomieszkujących w pamięci żywych) są natychmiast smagane ustępami o cipie głównej bohaterki. Ustępów o pipie Wery jako głównej bohaterce jest tak wiele, że w trakcie lektury z uporem maniaka wracała do mnie scena z SATC: Wera ma cyce jak bochny chleba i dupę jak globus, braki w uzębieniu i szluga jako stałego gościa w ustach, a mimo to niemal każdy w tej książce chce ją zaliczyć. Sporo myśli głównej bohaterki koncentruje się wokół ruchania. Obrzydliwą sceną ruchania niemal kończy się ta powieść. Nie miałbym nic przeciwko przeczytaniu czegoś dobrze napisanego ze scenami seksu osób dojrzałych. Mimo że zgodnie z deklaracjami pisarki, takie kobiety jak Wera spotyka ona nieustannie, to chyba nigdy nie spotkała dotąd osoby biseksualnej. Wera jako postać literacka bowiem została tak skonstruowana, że w jednym momencie potrafi dać kobiecie do wylizania, by w następnym wypiąć się w poszukiwaniu męskiego bolca. Być może autorka chciała być jak Proust i napisać W cieniu przekwitających dziewcząt jako pierwszy tom cyklu W poszukiwaniu minionego czasu… Rudzka Zyto! Ktokolwiek doradził ci, że biseksualizm = żeby życie miało smaczek raz dziewczyna, raz chłopaczek, jest wyjątkowo złym doradcą!!!
Z Gombrowicza powieść Zyty Rudzkiej czerpie również wątek pojedynku, przy tym Wera pojedynkuje się na wyślepianie się. Warunki tych potyczek są następujące: przeciwnicy wyślepiają się na siebie nawzajem, czasem ślepiąc naprzeciwko siebie, czasem z ukosa i oddają serię wyślepień kolejnych, przy czym na każde wyślepianie się Wera odpowiada burzącą i zadziorną kontślepą. Ślepnięcia – jak najbardziej osobiste, swoiste i wsobne, jak najbardziej raniące i miażdżące – stosowane są bez tłumika aż do skutku, przy czym królowa wyślepnięć może być tylko jedna. Serio – ilość wyślepniań czy odślepiań jest wprost proporcjonalna do fragmentów o Wery pipce. Bez cienia przesady można rzec, że cała okolica jara się jej pipką.
Marcin Świetlicki rzekł był, że nie czyta niczego, co uzyskało nominację do Nike. Kiedyś myślałem, że to efekt zbyt dużej ilości wierszy o wódce i papierosach. Ale po tym, co zaserwowała Rudzka Zyta i kapituła Nike zaczynam faceta rozumieć.
Małżeństwo Wery i Karola trwa od lat. Jednak nadchodzi moment, kiedy jedno z nich odchodzi, a drugie musi mu wyprawić pogrzeb. Na Werę spada śmierć męża, pogrzeb kosztuje, praca jako fryzjerka męska nie daje finansowych kokosów, a Karol nie ma odpowiednich butów do trumny.
To moja pierwsza książka, gdzie głównym motywem jest wyprawienie pogrzebu najbliższej osobie. To czas bólu, żalu, refleksji nad swoim życiem, wspomnień o tej drugiej osobie. Wera jest postacią, która wybija się z tego schematu. Nie płacze całymi dniami, myśląc o zmarłym, tylko stawia sobie za cel wyprawienie tego pogrzebu i mimo, że myślami wybiega w swoją przeszłość, to każda komórka ciała myśli o pogrzebowych niuansach.
Nie polubiłam tej postaci. Przesadnie wulgarna, a swoje niepowodzenia czy rozczarowanie życiem przerzuca na inne osoby, byleby się wybielić. Jej podejście do życia jest specyficzne, bo mówi ostentacyjnie, że to ma w nosie, tamto ma w głębokim poważaniu, a w ogóle to będzie robić wyłącznie to co jej się podoba, a reszta niech spada na drzewo i się dostosuje. Takie zgrywanie twardej na siłę.
Nie podobała mi się również konstrukcja tej książki, ponieważ w moim odczuciu to jeden wielki chaos. Przemyślenia Wery płyną przez całą książkę jak chcą, nie ma żadnego uporządkowania i chyba ich zamiarem jest koniec końców zszokować czytelnika, że o takich rzeczach (na przykład przygody seksualne z innymi mężczyznami) można myśleć po śmierci swojego męża.
Najgorsze chyba jest to, że tematyka jest trudna, refleksyjna, delikatnej natury, ale po lekturze tej książki pozostałam obojętna i więcej skupiałam się na głównej bohaterce oraz tym jak bardzo mnie irytuje niż na clue tej pozycji. Pomysł dobry, wykonanie jest jakie jest, a ja czuję się zawiedziona. Zostawiam ocenę i uciekam.
Mocna rzecz. Rudzka zwykle polaryzuje swą prozą, bo pisze niegrzecznie, brawurowo, używa brzydkich wyrazów i pokazuje, że ludzie, nawet ci starzy i biedni, mają uczucia, ba, seksualne pragnienia i w dodatku je realizują. I jeszcze mówią o nich, tfu. Tutaj autorka genialnie wprost operuje językiem, takiego idiolektu, sposobu opowiadania świata nie znajdziecie nigdzie indziej. Nie wiem, jak ona to zrobiła, jak oswoiła język, jak przysposobiła te wszystkie słówka, wyrażonka, jak wykreowała tę opowiadającą osobę - ale jej wyczucie słowa jest mistrzowskie. Czytajcie, a jeśli zwykle czytacie książeczki z romątycznymi dziewojami na tle dworków na okładkach, oburzajcie się. Ja tu znalazłam niezwykłą opowieść o miłości, o stracie i jej oswajaniu, i o stawianiu czoła biedzie.
Wspaniale napisana opowieść o silnej kobiecie. Bez owijania w bawełnę. Prosty język, bo kobieta też prosta. Ale. Jak to jest napisane. Wulgarnie, ale z polotem. Nie można się oderwać. Smutna to opowieść, ale śmiałem się też podczas czytania. Jak to w życiu. Warto, choć nie dla każdego - wulgarność i bezpośredniość nie cieszy się estymą. A szkoda, bo wszystko zależy od podania. Tu podane jest wybitnie.
Wspaniałą proza, którą się pochłania niemal na raz. Ale nie warto się spieszyć, bo może nam umknąć wspaniałość frazy i języka Zyty Rudzkiej. Ta fraza ma rytm, aż chce się czytać na głos. Styl Zyty Rudzkiej charakteryzuje zabawa słowami, rozbijanie związków frazeologicznych, nadawanie im nowych sensów. Język jest skondensowany, bez zbędnych ozdobników, doskonale oddający świat powieści - świat utraty, śmierci, końców. Świat żyjącej na skraju ubóstwa kobiety, która ma godność królowej.
Wera, główna bohaterka powieści, jest znakomicie napisana. Wdowa od czwartku, fryzjerka męska od kilkudziesięciu lat. Od tej pierwszej tożsamości ucieka, tą drugą pozostanie do końca życia, choć jej zakład już nie istnieje. Zawsze ma nożyczki w kieszeni, bo nie wiadomo, kiedy się przydadzą. Niezależna, silna, złośliwa, odważnie mówiąca o swoich pragnieniach seksualnych i o swojej seksualnej przeszłości, w której byli i mężczyźni, i kobiety Posługująca się przy tym językiem bezpruderyjnym, surowym, ostrym. Niewiele ma - dorobek życia wyprzedaje powoli na bazarze, ale wydaje się, że bogata jest w to, co najważniejsze - niespotykaną wolę życia i odwagę, by żyć tak jak ma ochotę. Porywająca, odważna, bezkompromisowa proza. Mistrzostwo.
Jeszcze gdy pracowałam w zakładzie fryzjerskim, to był tam taki Dżokej, i ja jechałam na rowerze, i go spotkałam, i potem jeszcze pojechałam do biedronki po buty, i po drodze do domu wtedy jeszcze, już do domu pojechałam.
1,5 gwiazdki tylko za pomysł żeby napisac książkę o kobiecie , ktora straciła męża i szuka dla niego butów do trumny. Poza tym to dramat. Po pierwsze nie da się absolutnie lubić głównej bohaterki -jest chamska, wulgarna , niemoralna i ma właściwie pretensje do wszystkich o wszystko. Taka antybohaterka. Trudno uwierzyć że autorka stwierdza, że ciągle spotyka takie kobiety jak Wera. Po drugie język, którym operuje autorka jest ciężki do strawienia. Chaotyczne przemyślenia Wery, pełne wulgaryzmów wypowiedzi sprawiają że ma się dość po kilku pierwszych stronach czytania. I jeszcze jedno autorka stwierdza ,że Wera „ kocha kogo chce i żyje jak chce, stąd jej siła”. Ja niestety nie zauważyłam siły w tej kobiecie - bunt przeciw wszystkiemu, rozkładanie nóg przed każdym i każdą, brak ludzi na których możesz liczyć to akt desperacji nie siły . Wera to kobieta, wyzuta z uczuć i nie mająca w życiu żadnych zasad . Nie podobała mi się książka i nie będę jej polecać. Stracony mój czas, który mogłam spędzić nad wartosciowszą literaturą.
„honey don’t!” – powinni powiedzieć przedstawiciele wydawnictwa wab po tym jak zyta rudzka poinformowała że chce wydać „ten się śmieje kto ma zęby”. popularny reżyser ethan coen jest tego samego zdania i na pamiątkę wydarzenia wypuścił film o tym samym tytule inspirowany wymarzoną odmową. „pierdolę ją!” – powiedział zapytany o zytę rudzką ethan coen.