Od kilku lat wynajmuje mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Tak małe, że wystarczą trzy kroki, aby je przemierzyć wzdłuż i wszerz. A chciałby przecież mieć większy rozmach: oglądać mgły wstające nad kanałami Wenecji, jeść lody na piazza del Campo w Sienie, pozować do zdjęć z rozpiętym w tle światowym krajobrazem. Tymczasem większość czasu spędza w magazynie bez okien, rozkłada towar, kasuje zakupy. Wieczorami w czterech ścianach kawalerki czyta i toczy znaną nam walkę o siły na kolejny dzień. W końcu wyrusza w dłuższą drogę, być może najdłuższą w życiu – na ostatnie piętro swojego wieżowca. Dopóki będzie tam szedł, będzie do nas mówił. Spróbuje powrócić pamięcią do dzieciństwa, by przywołać wydarzenie, które od zawsze budzi w nim poczucie wstydu i lęk. Opowie nam, jak się walczy o miłość, gdy brakuje ku temu narzędzi. Przenikliwie i z humorem opisze pracę w dyskoncie. Czy zanim spojrzy z dachu wieżowca w otchłań, a jego słowa osuną się po spiralnej poręczy w ciszę, uda mu się nazwać nienazwane, uporządkować chaotyczne fragmenty swojego życia i nadać im sens?
Klatka to powieść dyskretna i mocna zarazem. Dotyka kwestii uniwersalnych, takich jak śmierć, przemijanie, radzenie sobie z traumą i utratą, ale także problemów typowych dla naszego miejsca i czasu: prekariackiego statusu wykształconych ludzi, losu uchodźców z Ukrainy, kryzysu męskości czy wszechobecnej depresji. Nikt w Polsce nie pisze tak jak Michał Cierzniak. Subtelność obserwacji i siła metafory są w jego powieści wyjątkowe. Niezwykle mocny debiut.
Pierwszy DNF tego roku to książka, gdzie kilka osób już pisało, że to polski debiut roku. Mnie irytowała, na poziomie języka metaforami „to ogień schwytany w masywny korpus pieca wyrzuca przez szczeliny swój rozchybotany nadmiar”, jeżu, serio?, na poziomie fabuły, mamy tu smutek, małe mieszkanie w bloku, kiepska praca, alkohol, smutne dzieciństwo, trudne życie, czy polska literatura naprawdę nie potrafi już poruszać innych tematów? Bez oceny.
Michał Cierzniak w “Klatce” konstruuje świat pozornie wyglądający jak zwykła codzienność: bohater pracuje w dyskoncie, wynajmuje ciasną kawalerkę. Jednak to tylko się punktem wyjścia do introspekcyjnego monologu narratora, który rozlewa się jak rzeka na kartach książki, meandruje, wydobywając na światło dzienne: luki w pamięci, lęki, obrazy dzieciństwa, nieustanne poczucie niespełnienia, depresję i chwilowe radości.
Tytułowa klatka, to nie tylko droga na 10 piętro wieżowca, to również bezpieczna przestrzeń czterech ścian, rutyny, ale też klatka pamięci - więzienie myśli, w którym krążą one wokół ciągle tych samych wspomnień i lęków. Świat poza nią, dosłownie i metaforycznie, nie budzi poczucia bezpieczeństwa, nie daje nadziei na zmianę.
Mam wrażenie, że to nie jest opowieść o jednym człowieku, ale uniwersalny portret ostatnich roczników Milenialsów - jeszcze mają przeczucie, że życie powinno znaczyć coś więcej niż tylko egzystencja, ale już doświadczają świata, w którym brak stabilnych wartości (wynajęte mieszkanie, umowa śmieciowa), stabilizacji. Balansują między potrzebą intymności a lękiem przed odrzuceniem, samotnością a bliskością.
Narracja książki na granicy prozy i poezji, skupiona na emocjach, wrażeniach pokazuje, że w tym debiucie literackim autor potrafi nie tylko uchwycić świat, ale uczynić z jego detali coś interesującego, stworzyć mapę myśli człowieka, którego życie jest areną walki o sens istnienia.
czasem trafiasz na książkę, która wydaje się napisana przez Ciebie. czuję tu każdy rozdział, każdą historię, cały ten smutek, wypływający ze stron. bardzo dobra rzecz, bardzo dobry styl.