Szpiedzy CIA świetnie się kamuflowali. Nie wiedzieli jednak, że za ich plecami podążają jeszcze lepiej zakamuflowane funkcjonariuszki polskich służb specjalnych.
Aleksandra, Ewa, Agnieszka, Elwira i Anna. Weteranki jednej z najtajniejszych jednostek polskich służb specjalnych. Jak trafiły do legendarnego Biura „B”? Dlaczego werbowały do współpracy prostytutki i cinkciarzy? W jaki sposób przechytrzały mężczyzn ze słynnej „szkoły szpiegów”? Jak wyglądały pościgi za śledzonymi?
Awłasewiczowi udaje się namówić je na rozmowę o rzeczach, które latami obejmowała klauzula „tajne specjalnego znaczenia”. Dzięki nim tak niepozorny gracz jak Polska stał się trudnym do zignorowania przeciwnikiem w zimnowojennej rozgrywce z CIA.
Takiego reportażu o kobietach w polskim kontrwywiadzie jeszcze nie było!
(...) Lubicie literaturę faktu w formie reportażu?
"Łowczynie szpiegów" to książka petarda i prawdziwa gratka dla fascynatów szpiegostwa. Kobiety kontrwywiadu jest tematem, którego jeszcze chyba nikt wcześniej nie podejmował. Autor przeprowadził rozmowy z pięcioma kobietami, które podzieliły się swoim doświadczeniem pracy w służbach specjalnych. Ale żeby było ciekawiej, to również dotarł do tych, którzy stanowili obiekt obserwacji, amerykańskich oficerów służb. Tak profesjonalne podejście do tematu, czerpanie wiedzy u samych źródeł, sprawia, że książkę można uznać za perełkę i kompendium wiedzy z pierwszej ręki.
Rozmówczynie autora odkrywają przed czytelnikiem wiele ciekawych historii, czasem zabawnych, czasem przyprawiających o gęsią skórkę. I aż trudno uwierzyć, że ta rzeczywistość toczyła się tuż obok, i nadal toczy. Napewno trzeba im przyznać, że to niesamowicie odważne kobiety. Czytając książkę można poczuć jakby brało się udział w każdej z tych rozmów. A już napewno jak w dobrym kinie akcji. Ciężko się oderwać!
Nie jest to pierwsza publikacja autora na temat służb specjalnych, ma więc już wyrobioną markę w tej dziedzinie. Dlatego zapewne pięć łowczyń szpiegów - jak je Tomasz Awłasewicz nazywa - zgodziło się zostać bohaterkami obecnego reportażu. Wszystkie służyły w pionie B, popularnie zwanym Betką, peerelowskiego MSW, w wydziałach zajmujących się amerykańskimi szpiegami. Trzy pracowały w Warszawie, dwie w Krakowie, występują w książce pod przybranymi imionami. Po transformacji ustrojowej pozostały w służbie lecz dwie przeszły do policji.
Zadaniem funkcjonariuszy Betki była obserwacja figurantów wskazanych przez inny, specjalistyczny wydział kontrwywiadu. Jak łatwo się domyślić, Amerykanie należeli wówczas do priorytetów polskich działań kontrwywiadowczych, a zatem obserwacja ambasady, konsulatów, mieszkań, miejsc spotkań i tras przemieszczania się figurantów wymagała od polskich funkcjonariuszy służby na trzy zmiany i to na ogół, każdorazowo w dość licznej ekipie. Zwłaszcza że pod względem, nazwijmy to, udogodnień komunikacyjno-technologicznych była to inna epoka.
Procedury, specyfika konkretnych akcji, rozmaite środowiskowe i lokalne uwarunkowania, utrudnienia, wpadki i sukcesy, a także wewnętrzne, hierarchiczne uzależnienia - o wszystkim opowiadają bohaterki ciekawie, ze swadą a miejscami nawet z humorem. W role rozmówców wciela się troje lektorów audiobooka: Małgorzata Dzięciołowska, Katarzyna Traczyńska i Grzegorz Krzyżanowski.
Oczywiście trudno w tego typu reportażu liczyć na pogłębione refleksje motywacyjne, o wewnętrznych rozterkach - jakie towarzyszą postaciom w dobrej beletrystyce szpiegowskiej - nawet nie wspominając. O tym, że profesjonalna osłona kontrwywiadowcza niepotrzebnie została w RP zdeprecjonowana, co rozmówczynie autora delikatnie wypominają - mnie akurat przekonywać nie trzeba. Jednak gdy jedna z bohaterek wspomniała, że jej pierwszy zarobek w Betce wynosił 6600 zł, a ja mniej więcej w tym samym czasie na uczelni miałam przeżyć za 1200 zł, nie wiedziałam, czy śmiać się czy …
„Łowczynie szpiegów” Tomasza Awłasewicza to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i taką tematyką w formie literatury faktu. Z reguły nie sięgam po sensację czy historie szpiegowskie, ale sięgam po wszelkiego rodzaju książki w których mogę się przenieść do czasów PRL-u. Dlatego bez zastanowienia zgodziłam się zrecenzować „Łowczynie szpiegów” i była to bardzo dobra decyzja, ponieważ opowiedziane historie oddają wyraziście ducha tamtych czasów. Dziewczyny Z Warszawy Ewa i Agnieszka oraz z Krakowa Ola i Ania opowiadają o swojej pracy jako funkcjonariuszek służb specjalnych PRL-u. Akta sprzed roku 1990 zostały odtajnione dzięki czemu możemy dowiedzieć się kogo obserwowały i jak ta obserwacja wyglądała. To były czasy zupełnie inne niż mamy obecnie, przede wszystkim inaczej wyglądała sytuacja polityczna na świecie, ale też technika nie była tak rozwinięta jak ma to miejsce dzisiaj. Dla mnie takim najbardziej interesującym zagadnieniem tamtych czasów jest komunikacja. Nie było telefonów dostępnych tak jak dzisiaj, nie dysponowali takimi przekaźnikami jakie są obecnie dostępne, a potrafili w mig przekazać i otrzymać informację. Każdy wiedział co i jak ma zrobić, w którym miejscu ma się znaleźć i o której godzinie. Wśród opowieści naszych bohaterek znajdziemy także zdjęcia figurantów oraz sprzętów jakimi w ówczesnym świecie dysponowały polskie służby. Ważna w tamtych czasach była pomysłowości i umiejętność kamuflażu czasem dość dużego sprzętu szpiegowskiego, który też nie należał do lekkich, a wszystko musiało z wyglądać naturalnie. „Łowczynie szpiegów” to obraz pracy funkcjonariuszek służb specjalnych, myślę że opowiedziany bez upiększeń i najdokładniej jak tylko Panie mogły to zrobić. Dowiemy się też kilku faktów z ich życia prywatnego, przede wszystkim tego jak wyglądały ich relacje z rodzicami i partnerami oraz czy udało im się zachować w tajemnicy przed bliskimi miejsce w którym pracują. Tomasz Awłasewicz oddał w nasze ręce książkę, która może nie zainteresuje każdego, ale na pewno zadowoli każdego kto po nią sięgnie. Polecam.
„Łowczynie szpiegów” to reportaż wyjątkowy, ponieważ przesuwa on środek ciężkości realiów wywiadowczych, tutaj pierwszych skrzypiec nie grają CIA, KGB, ponieważ tutaj kluczowe są kobiety z polskiego Biura „B”, dla wielu nieznane, a będące kluczowe i śmiertelnie skuteczne.
Mnie tajemniczo tej lektury pochłonęła od samego początku, a ciekawość tylko narastała. Bohaterki to nie postaci z pierwszego szeregu, to niezwykle skuteczne profesjonalistki, które najlepiej się czuły, będąc w cieniu. Jak nikt inny potrafiły wtopić się w tłum, przyjąć nową tożsamość, wejść w rolę konkretnej osoby i siać spustoszenie. Autorowi udało się świetnie uchwycić kontrast między CIA, gdzie jedna z ważniejszych zasad to teoria, że największe zagrożenie może Stanowić inny mężczyzna i właśnie to błędne założenie polskie agentki zdołały wykorzystywać, ponieważ były lekceważone i to dało im kolosalną przewagę, którą bez skrupułów wykorzystały.
Awłasewicz zyskał w moich oczach tym, że zupełnie oddał głos kobietom, nie tworząc z nich symboli, czy dodatków do męskich opowieści, bo to one były tutaj kluczowe, one stanowiły fundament sukcesu, który zmieniał układ sił w wywiadowczych szachach. Drugi aspekt, który mi się podobał to fakty, tutaj nie ma sztucznego kolorowania, czy idealizowania. Autor czarno na białym pokazał, że to brudna, wątpliwa moralnie praca, gdzie emocje mogą niszczyć, a i sama praca nie przynosi chwały, tylko stres, strach, nieustanna presja i dojmująca samotność gdy operacja się toczy.
„Łowczynie szpiegów” to reportaż, który mnie wchłonął i otwarł oczy na wiele aspektów szpiegostwa, pokazując przy tym, jak ważne nie są siła, czy przewaga fizyczna, a zwyczajna niewidzialność i umiejętność adaptacji. Bardzo pozytywne zaskoczenie. Anihilacyjna polecajka.
To bardzo intrygująca lektura. Chwyciłam po nią nie mając zielonego pojęcia o służbach specjalnych w Polsce, a tym bardziej o kobietach tam pracujących. Nie spodziewałam się, że książka tak mnie wciągnie, a sam temat tak bardzo zainteresuje. Narracja prowadzona w formie wywiadu była całkiem przystępna w przyswajaniu. Ogrom nowych informacji, ale po ukończeniu książki jestem bogatsza w wiedzę i z chęcią sięgnę po inne książki dotyczące podobnej tematyki. No i kto by się spodziewał, że te polski "betki" były lepsze niż agenci CIA;))
O szpiegach z CIA, wbrew opisowi, to się w tej książce za wiele nie naczytamy - nie oni są tu najważniejsi, a ludzie z pionu "B" (obserwacji) Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czy to z Biura "B" w Warszawie, czy odnośnego Wydziału w Krakowie. Awłasewicz po raz kolejny serwuje hit, po prostu pozwalając swoim rozmówczyniom mówić (bo - co wspaniałe - to właśnie z kobiecej perspektywy oglądamy tu pracę i życie ludzi z obserwacji). Trzecia książka, trzecia świetna, niecierpliwie czekam na kolejne - bo potencjalni rozmówcy nie młodnieją...