Brawurowa opowieść o polskich chłopskich emigrantach w dziewiętnastowiecznej Ameryce i ich potomkach. O wygnaniu i powrocie. O życiu na wsi i w mieście. O dziedziczeniu traum i poszukiwaniu ziemi obiecanej. Żyjący współcześnie bohater o biblijnym imieniu Set nie potrafi się odnaleźć w rzeczywistości. Czy wpłynęła na to tragiczna śmierć jego brata Abla, którego miał zastąpić rodzicom? A może niepewność własnego statusu społecznego? Set próbuje wybudzić się z koszmaru, jakim jest historia jego rodziny, cierpi na niemoc seksualną, wikła się w nieudany związek. Wreszcie przestaje uciekać i zaczyna rozumieć, że los jest mu dany, ale też zadany. Powieść Czarnika czerpie z najlepszych dokonań dokonań nurtu chłopskiego w polskiej prozie, a zarazem jest bardzo bliska naszej teraźniejszości.
To sprawnie napisana, dynamiczna powieść, która jednak jest nieco za krótka. Wprowadzona biblijna rama swoim ciężarem przytłacza, tak, że aż prosi się o rozpisanie na większym formacie. Los głównego bohatera, dość banalny, naturalnie z nią kontrastuje i rozumiem ten zabieg, ale dla mnie nie był jakkolwiek w lekturze uderzający - bardziej mnie ten narrator zmęczył, niż stanowił przedmiot empatii, czy choćby refleksji. Trochę mi nawet tego kontrastu szkoda, wbrew deklaracji wydawcy nie miałem poczucia obciążenia narratora losem przeszłym, narracją o przodkach. Miejscami bardzo fajne zabiegi formalne z mieszaniem dyskursów pokazują, że autor ma duże językowe poczucie humoru.
“Trzy dni, trzy noce” Czarnika to mikropowieść zbudowana na podwójnym fundamencie: rodzinnej i biblijnej genealogia. Parafraza starotestamentowej historii, napisana dosadnym językiem, powraca w kolejnych wcieleniach, jednak z każdym kolejnym traci moc sprawczą.
Część pierwsza - Abel - cofa czytelnika do starotestamentowych i apokryficznych początków człowieka. Adam, Ewa, Kain, Abel, Set splatają się z historią galicyjskiej rodziny. Biblia jest jak negatyw tej historii.
Pokolenie prapradziadków wypchnięte przez biedę z podkarpackiej wsi emigruje do Ameryki i Brazylii. Obie drogi okazują się ślepe: choroba i szarańcza zmuszają do powrotu. Dalej historia toczy się znanym rytmem: zmiany na wsi, wojna, PRL, erozja dawnych sensów. Każde pokoleni ma jednak cel: przetrwać, utrzymać rodzinę, wypracować choćby minimalny awans.
Set z drugiej części nie jest jednak kontynuatorem, nie zapewnia ciągłości, to raczej figura końca, nie tylko genealogii chłopskiej ale i rodu ludzkiego. Bezwładny, jałowy psychicznie i fizycznie w kontakcie z dziewczyną prowadzi go do tytułowej izolacji. Pokój niczym brzuch wieloryba dla Jonasza jest miejscem śmierci, ale nie zmartwychwstania, wyjścia, odnowy. To co Set robi po wyjściu, to gest ucieczki od odpowiedzialności, sprawczości, obowiązku.
“Trzy dni trzy noce” to opowieść o wyczerpaniu biblijnego paradygmatu, który stał się archiwum znaczeń. Wiedza jaką posiada Set nie wnosi nic do jego życia, staje się ciężarem, którego nie potrafi ani unieść ani w pełni odrzucić.