Jeśli można sobie wyobrazić zbiór opowiadań nie tyle straszący, co wtaczający niepokój w czytelnicze tyłu to właśnie jest to pozycja „Fantasmagorie”, ponieważ działa niepozornie, absolutnie nie wprost. Działa spokojnie, metodycznie budząc się z melancholii, skrytego leku i tęsknoty.
Opowiadania zataczają kręgi wokół klasyki grozy, czyli duchów. nawiedzonych pokoi, przeklętych portretów i miejsc, które same w sobie skrywają tajemnice i lepiej się tam nie zapuszczać samemu. Książka nie jest jednak efekciarska, tutaj wszystko rodzi się stopniowo, a atmosfera i gra cisza moja spore znacznie. Kluczowe są tutaj niedopowiedzenia i same postaci nieumarłych, które nie straszą w agresywny sposób, a bardziej przypominają o żalu winie, czy poczuciu niespełnienia.
Start antologii to ponury wieczór w roku 1816 nad Jeziorem Genewskim, gdzie spotkanie Byrona, Shelleya, Mary Shelley, Polidoriego i Claire Clairmont ma samo w sobie więcej mistycyzmu niż niejedna powieść, bo granica między światem żywych i umarłych znajduje ujście. „Fantasmagorie” znakomicie to wykorzystują i stopniowo pozwalają historiom wyrastać będącymi karmionymi niepokojem, fascynacja śmierci i przekraczaniu granic poznania.
Książka jest gęsta pod względem klimatu, a przy tym ma sporo romantycznej wrażliwości, bo ta cała groza romansuje z filozofią i psychologią i co najważniejsze zadaje pytania, czy zródło strachu to duchy, czy bardziej ludzkie sumienie. Ta nieostrość granic między wyobraźnia, a tym co nadnaturalne wypada dla mnie imponująco.
Fani klasyki będą pewnie zachwyceni, bo tu strach nie wyskakuje nagle, tutaj jesteśmy świadkami jego dojrzewania, co ma w sobie sporo z hołdu dla klasyki grozy. To książka z tych, które nie straszą wprost, a bardziej oswajają czytelnika z faktem, że świat po drugiej stronie jest znacznie bliżej, niż byśmy tego chcieli.