O świecie, który kryje się w rzeczach. I o rzeczach, które kryją się w nas.
Marcin Wicha obserwuje świat przez pryzmat rzeczy – tych, które nas otaczają, kształtują, uwierają i czasem bronią przed chaosem. W pisanych z czułością, humorem i melancholią felietonach osobista codzienność splata się z opowieścią o społeczeństwie, dizajnie, który zaraża paranoją, i rzeczywistości, w której kabel staje się symbolem prywatności.
W świecie, który uwielbia nowe gadżety, Wicha broni tego, co niepraktyczne, ciężkie i trwałe. Potrafi znaleźć sens w drobiazgach i połączyć estetykę z etyką. Pokazuje, że rzeczy są świadkami czasów – dokumentują przemiany społeczne, język, politykę i prozę życia. W Prostych rzeczach odbija się portret pokolenia, które dorastało między radiem na korbkę a chmurą danych.
To książka dla tych, którzy lubią myśleć, ale też dla tych, którzy po prostu lubią patrzeć na świat z ukosa. Bo – jak pisze Wicha – Nowe rzeczy się zestarzały. Za to na rondach błyszczą świeżutkie tablice na cześć żołnierzy wyklętych. One też zblakną.
to pewnie powtarzający się frazes, ale Wicha był świetnym obserwatorem i komentatorem rzeczywistości. Zwracał uwagę na detale, był cudnie ironiczny, ale też miejscami melancholijny. Słuchało się tego bardzo przyjemnie. Polecanko
Sceptycznie podchodzę do zbiorów felietonów, a może zwłaszcza do zbiorów wydanych po śmierci autorów. Tym razem jednak odkryłam nowe oblicze Marcina Wichy, równie wnikliwe, ale jednak inne niż w "Jak przestałem kochać design", "Rzeczach, których nie wyrzuciłem" czy "Kierunku zwiedzania". Chciałabym kiedyś jeszcze wrócić do tej książki i niesamowicie żałuję, że nie dane było mu żyć dłużej i napisać więcej.
Bardzo zaczęłam sobie cenić ironiczność Wichy, choć jednoczenie czuję, że zdecydowanie inaczej patrzymy na świat. Niemniej, podobały mi się niektóre teksty i spojrzenia.
Przyjemnie napisane. Ciekawe bardzo myśli, komentarze na temat rzeczywistości i opinie. Szkoda że to taka lektura z której nie zapamiętam wszystkiego, zapamiętam bardzo mało tego co było w tej książce.
„Proste rzeczy” są moim drugim spotkaniem z Marcinem Wichą. Od czasu wydania „Jak przestałem kochać design”, który czytałam jako pierwszy, minęło 11 lat. W tym czasie (conajmniej rok pomiędzy pisaniem dzieł) Wicha rozwinął swój warsztat, co myślę, że widać właśnie w „Prostych rzeczach” - każdy z rozdziałów jest krótką anegdotą z życia opatrzoną żartobliwym komentarzem, czasami nawet trochę zgryźliwym w stosunku do znieczulicy społecznej lub obecnie władających naszym krajem.
Na pierwszy rzut oka jest to antologia niepołączonych ze sobą wydarzeń, jednak po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że tytuł idealnie oddaje istotę tego zbioru - opisuje on codzienne, „proste rzeczy” z żyć wszystkich ludzi: a to przypadkowy przechodzeń w złym humorze, też zdarza się każdemu z nas napotkać ścinanie drzew, również nieobce jest nam wspominanie czasów podstawówki.
Jest tutaj dużo wtrąceń, dygresji, ale jednak układających się w spójną całość, w ciąg, za którym można posądzać myślami. Jedynie brakowało mi zapisków o dizajnie - przebijają się gdzieś rozważania na ten temat, jednak przeważającą częścią było życie codziennie i nawiązania polityczne z nim związane. Pomimo że dizajn jest nieodłączną częścią naszego otoczenia, nie wybrzmiewał on tak bardzo na kartkach - gra drugie skrzypce.
Dodatkowym akcentem jest oprawa graficzna - minimalistyczna okładka i wnętrze, jednak pomiędzy kartkami widnieją żółte przebitki, na których dodano graficzne, nawet designerskie wstawki, dodające charakteru książce.
„Proste rzeczy” Marcina Wichy to jedna z tych książek, które udowadniają, że zwyczajność może być zachwycająca. To zbiór felietonów, które były pisane dla gazety wyborczej i całe szczęście, że zostały wydane w formie tej książki. Czytając je, ma się wrażenie obcowania z czymś znacznie bardziej osobistym, jakby autor szeptem opowiadał o świecie, który mijamy na co dzień, nie zauważając, jak jest pełen znaczeń. Ta książka to zbiór krótkich tekstów o rzeczach przyziemnych, na które nieraz nie zwracamy uwagi. Wicha ma dar pisania o drobiazgach tak, że stają się czymś wielkim. O książkach, elektronice, budowlach i nagle czujesz, że w tym wszystkim jest coś ważnego. Jego język jest lekki, delikatnie ironiczny, a jednocześnie przenikliwy. Każdy felieton to mała perełka: mądra, czuła i zaskakująco prawdziwa. Wicha pokazuje, że to właśnie „proste rzeczy” budują sens życia, że codzienność nie jest nudna, tylko wymaga uważności. „Proste rzeczy" wprowadzają w stn zamyślenia, ale zostawiają w człowieku coś ciepłego i spokojnego. To książka, którą się smakuje powoli, po trochu, żeby nie skończyła się za szybko. Ja sam czytałem po kilka felietnów pomiędzy innymi lekturami, czasem nawet po jednym. Czuje po przeczytaniu, że co jakiś czas będę zaglądał nawet, żeby przeczytać kilka zdań.
Melduję, że przeczytałem "Proste rzeczy" Marcina Wichy, czyli zbiór felietonów zmarłego w 2025 roku pisarza. O Wisze powiedziano już wiele i jeszcze więcej powiedziane zostanie, bo będzie to jeden z tych twórców, którzy w historii literatury znajdą swoje stałe miejsce. Był mistrzem szczegółu, ironii, skrótu i smutku. Uśmiechał się zawsze, gdy chciał, żebyśmy się w efekcie zasmucili. To w końcu śmiać się czy płakać? Życie przepływa pomiędzy śmiechem i rozpaczą. Między sprawami najważniejszymi a pozornie nieistotnymi, które dopiero pod okiem filozofa, jakim był przecież Wicha, ujawniają swoją decydującą o naszym życiu moc.
Zatem czytałem zachwycony i poruszony, ale ciekawiło mnie, czy felietony Wichy, pisane przecież z okazji doraźnych wydarzeń (kolejne reformy szkolne, Strajk Kobiet i poczynania prawicy), są wciąż czytelne. Okazuje się, że — poza kilkoma wyjątkami — doskonale możemy obejść się bez kontekstu politycznego, by zrozumieć, jaki problem zajmuje felietonistę. Jest jednak fragment, w którym okazuje się, że Wicha był jednak pesymistą, nieoceniającym polskiego pędu modernizacyjnego.
We wspaniałym felietonie "Papiery i ludzie", będącym peanem ku czci papieru i książek, Wicha zauważa, że nawet jeśli zginą tradycyjne książki, wyparują zeszyty, a czasopisma przeniosą się do internetu, "zostanie ostatnia linia obrony. Nad spustoszonym światem rozlegnie się głos: »Nasza księgowa wolałaby mieć tę fakturę na papierze«". Nawet Wicha nie przewidział Krajowego Systemu e-Faktur!
Na pocieszenie pozostaje nam fakt, że dalej podpisanie umowy-zlecenia za pomocą elektronicznego podpisu jest awykonalne.
To zbiór krótkich, celnych obserwacji o codzienności – tej szkolnej, społecznej, konsumpcyjnej.
Autor przygląda się temu, jak projektujemy świat i jak świat próbuje projektować nas: od krat w szkolnych szatniach, przez absurd kiermaszów świątecznych, po paranoję designu przedmiotów, który potrafi pokonać człowieka gdy sięga po źle wyprofilowany czajnik, czy starannie zaprojektowane pudełko proszku, którego otwarcie przychodzi z trudem.
Są tu refleksje o polskiej mentalności, o tym, jak rzeczy znikają z naszego życia szybciej niż półki na płyty CD, i o tym, kim właściwie jest „statystyczny obywatel”.
Całość tych obserwacji podszyta jest mieszanką, którą bardzo lubię w tego typu lekturach skoncentrowanych na analizie codzienności: ironią, czułością i niepokojem, który rodzi się, gdy patrzymy na świat niby znajomy, a jednak pełen pęknięć.
Książka bardzo mi się podobała przede wszystkim za błyskotliwość i trafność obserwacji.
Jest w niej humor, ale też sporo gorzkiej prawdy, która zostaje w głowie na długo. Lubię ten rodzaj pisania: lekki w formie, a jednocześnie boleśnie celny.
Spędziłam z nią dobry czas, z przyjemnością w wersji audio poznawałam kolejne myśli i chętnie wracałam do niej po chwilach przerwy.
To lektura, która momentami przywołuje uśmiech na twarzy, ale też zmusza do myślenia o tym, jak żyjemy, co akceptujemy i jaką rolę w naszej „prostej” codzienności pełnią rzeczy, za którymi czasem stoi głębszy kontekst, gdy tylko przyjrzymy się im chwile dłużej i o rzeczach, które wcale nie są „proste”.
„Za to potrzeba zdobienia jest rozrzutna i skora do działania. To ona atakuje każdą wolną ścianę - jeśli nie muralem to przynajmniej kompozycją kolorowych rombów, do elewacji przykleja gipsowe sfinksy, w ogrodach rozstawia krasnale, a przy wjeździe do miasta buduje trzymetrowy witacz.”
Bardzo to było ciekawe wejść do czyjejś głowy, ale także sposób w jaki wątki - na pierwszy rzut oka tak różne - łączyły się ze sobą w zgrabnej, błyskotliwej puencie. Była to też podróż nostalgiczna-sentymentalna, w okresie 2015-2017 byłam już świadomą nastolatką i buntowałam się przeciwko rzeczywistości tak jak autor - ta książka te emocje mi przypomniała.
Marcin Wicha był w wieku mojego ojca, bardzo mnie to uderzyło. Choć ta książka to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, to wyobrażam sobie jaką pustkę zostawił po sobie tym, którzy dobrze go znali.
Lubię książki, w których autor spogląda na rzecz, którą widzimy niemal codziennie, czyniąc ją przezroczystą, a autor na nowo wydobywa z niej kształt, teksturę i kolory. Umiejscawia ją w kontekście miejsca i mijających ją ludzi.
Marcin Wicha miał ten talent - dostrzegania codzienności nie jakiego płaskiego tła, ale pełnowymiarowego kontekstu, który czasem jest cienką, pokoleniową kalką a czasem- ulepionym na szybko prowizorycznym tworem znanym ze swojej trwałości.
Moim zdaniem "Proste rzeczy" trzeba smakować dawkując po kilka rozdziałów. Tak aby nie spłaszczyć jej delikatnych, dopiero co wydobytych wypukłości.
Uwielbiam autora i jest mi niezmiennie przykro, że nic nowego już nie powstanie. Jednak tutaj coś nie zagrało do końca. Może przez to, że Marcin Wicha dbał o spójność i całość, każdej swojej twórczości bez względu na jej długość a tu przez zebranie tych pojedynczych felietonów w jedność, została jakby nie patrzeć zburzona ta idea. Co nie oznacza, że to słaba pozycja, tylko może lepiej czytać je pojedynczo a nie zachłannie jak ja, jeden po drugim.
Felietony niemal z przed 10 lat, więc czyta się z ciekawością w jaką stronę to wszystko poszło. I z zaskoczeniem, że niektóre rzeczy są aktualne. I z niedowierzaniem, że minęła dekada. Ale głównie że smutkiem, że następnych nie będzie.
Świetne krótkie formy o zauważaniu zwykłych rzeczy, które pzrechodzą na tematy bardzo istotne dla społeczeństwa. Znacznie bardziej podeszły mi niż "Rzeczy, któych nie wyrzuciłem".
są tu zarówno felietony świetne i w punkt, jak i po prostu dobre, jak i kiepskie, trochę jakby naciągane. na pewno lepiej je sobie dozować, niż czytać wszystkie razem.
Bardzo lubię jego "Rzeczy, których nie wyrzuciłem". Ten zbiór miniatur publikowanych w Gazecie Wyborczej dał mi wiele radości i okazji do zadumy. Świetna rzecz!