O „Domu nad rzeka Loes” Mateusza Janiszewskiego można powiedzieć to, co mówi się dzisiaj o prawie każdej książce – „Czegoś takiego jeszcze nie było”. Tylko że tym razem jest to prawda.
Kto w Polsce czy w Europie słyszał o Timorze Wschodnim? Chyba niewielu z nas. Większość nie wie nawet, gdzie leży to najmłodsze na świecie państwo (uzyskało niepodległość zaledwie 12 lat temu), tropikalny raj, który był sceną okrutnego ludobójstwa (chociaż – czy ludobójstwo można określić inaczej?). Symbolem wszystkich strasznych wydarzeń, jakie miały tu miejsce, jest tytułowy dom nad rzeką. Czy był jedną z torturowni indonezyjskiej milicji? Czy ginęli w nim ludzie? A może to jednak zwykły dom, który nie kryje żadnej mrocznej tajemnicy? Te pytania nurtują autora przez cały pobyt na Timorze. Mateusz Janiszewski po zdobyciu dyplomu lekarskiego wyjechał na Timor Wschodni jako wolontariusz, gdzie pracował jako chirurg w klinice Dana Murphy’ego – niezwykłego człowieka, który ratuje życie najbiedniejszych i sam jeden zapobiegł rzezi w szpitalu podczas zamieszek. Szybko przekonujemy się, że wszelka klasyfikacja jest tu bezsensowna: nie ma dobrych i złych, niewinni i bezbronni mogą być równocześnie winni i niebezpieczni – i odwrotnie. I, tak jak autor wspomniał podczas spotkania, nie ma czegoś takiego jak czystki etniczne: wszystko to są kwestie polityczne. A podział na Timorczyków ze wschodu i zachodu i idący za nim konflikt może powstać w ciągu jednej chwili, jeśli wymaga tego sytuacja.
Autor wyraźnie oskarża osoby odpowiedzialne za nędzę na Timorze: nie potępia jednak Indonezyjczyków – winni są amerykańscy politycy, którzy przyzwolili na ludobójstwo i tzw. przemysł humanitarny. Bo, tak jak pisze Janiszewski, przemysł humanitarny i pomoc humanitarna to dwie różne sprawy. Chyba najwięcej mówią słowa premiera Kambodźy Hun Sena do ówczesnego przywódcy timorskiej opozycji, a następnie premiera, Xanany Gusmao: „Nie pozwól, by na Timorze pojawiła się misja ONZ i żeby twój kraj spotkało to samo, co mój”.