Kompletna porażka. Nie znajdziemy w "Kasacji" ani wymyślonej sensownie (i logicznie) intrygi, ani dobrze poprowadzonej fabuły, nie mówiąc o napędzającej to wszystko akcji i trzymających za serce (jak w każdym rasowym thrillerze) zwrotach akcji; wreszcie całkowicie brakuje tutaj prawidłowo odwzorowanych realiów środowisk oraz lokalizacji, w jakich się rozgrywa cała ta kompletnie w gruncie rzeczy niewiarygodna historia.
Mało? Dokładnie wszystkie postacie są papierowe, bez żadnego pogłębionego rysu osobowościowego, jakby wymyślane naprędce i rozrysowane na kartce papieru, gdzie autor każdemu daje trzy/cztery osobowościowe cechy, wyróżniające je od innych postaci, a potem powtarza (wręcz do urzygu) ich ekscentryczne zachowania czy dystynktywne przywary. Zresztą co tak szczególnego jest w jedzeniu wyłącznie czerwonego mięsa przez jedną z protagonistek czy czytaniu książek Cormaca McCarthy przez jakiegoś nerda, że autor musi o tym bez przerwy przypominać? Przyznać mogę, że mecenas Chyłka bywa nawet zabawna i w swojej wulgarności sympatyczna - tyle, że co drugi jej dialog jest sztuczny jak zęby mojej babki, a cała postać zerżnięta z cynicznego Harvey Spectera z "The Suits". No może wymieszanego z innym partnerem nowojorskiej kancelarii jakim jest Louis Litt. Jak wiadomo powszechnie, każda kopia nie umywa się do oryginału, a polski stołeczny świat adwokacki to nie manhattańskie realia z serialu kanału USA Network. Próba wpasowania tej całej kompletnie wydumanej historii w ramy thrillera prawniczego zakrawa w zasadzie na śmieszność, bo jako prawnik czułem wyłącznie czyste zażenowanie licznymi twistami fabularnymi, szczególnie tym twistem kardynalnym (dotyczy on kasacji w procesie karnym, ale jest wyjątkowo głupi i sprowadzający renomowaną warszawską kancelarię do grona kompletnych matołów. By dostrzec jego oderwanie od realiów i wspomnianą głupotę, proponuję wyobrazić sobie renomowaną klinikę chirurgiczną w której lekarze nie znają anatomii).
Niemniej ponieważ to twist, jak rzekłem kardynalny, a więc najważniejszy w całej książce, poprzestanę na tym porównaniu, nie chcąc spoilerować.
Nie broni się wreszcie w żaden sposób pióro autora, które może jest i lekkie, ale jednocześnie młodzieńczo słabe i pełne warsztatowych braków. Choć Remigiusz Mróz chciałby nadać tej historii jakiegoś ciężaru, to nie bardzo to potrafi, emocji tu jak na rybach. Przez bite 500 stron mamy do czynienia z powieścią płaską jak naleśnik, w dodatku autor co i rusz ma problem z wpadaniem w ton tzw. stylu licealnego, przez co nawet dialogi sprawiają wrażenie infantylnych i pretensjonalnych. Nie ustrzegł się też opolski twórca fabularnych mielizn, co pozwala postawić tezę, że książka nic by nie straciła, gdyby była jakieś 200 stron szczuplejsza. Lepsi warsztatowo literaci mogą sprawnym piórem pewne mielizny fabularne zwyczajnie ukrywać przed czytelnikiem. Tu tej umiejętności w żadnym calu nie uświadczymy.
Skoro mamy mieć do czynienia z thrillerem prawniczym i "polskim Grishamem" to pominąć nade wszystko nie sposób błędów stricte merytorycznych odnoszących się do materii prawa. Dlatego twórca mógłby sprawdzić, że w postępowaniu kasacyjnym nie prowadzi się postępowania dowodowego, albo że świadek w sądzie nie może patrzeć na publiczność w czasie składania zeznań, gdyż w polskim sądzie stoi do niej tyłem, a przodem do sędziego. Wreszcie, każdy praktykujący prawnik zdaje sobie sprawę z czegoś takiego jak terminy na wnoszenie pism procesowych, a także zna zasady ich ewentualnego przywracania. Dalej idąc: podejrzany w postępowaniu karnym nie składa zeznań, tylko składa wyjaśnienia. Zaś adwokaci generalnie nie prowadzą śledztw w sprawie winy swojego klienta, to należy do zadań prokuratury i policji (ewentualnie można sobie zatrudnić prywatnego detektywa), wszak mamy coś takiego jak domniemanie niewinności. I to na aktach sprawy buduje się ewentualną linię obrony. To są przy bardzo poważnych wadach konstrukcyjnych i warsztatowych tej książki w sumie drobiazgi, niemniej świadczące o niechlujstwie autora w weryfikowaniu realiów i pójściu na skróty. Polecałbym autorowi, żeby zobaczył jak sprawnie żongluje prawniczymi realiami i prawniczą terminologią, pisarz i były włoski prokurator G. Carofiglio, który wykreował znakomitą postać mecenasa Guido Guerrieriego poruszającego się z gracją po sądowych labiryntach włoskiego miasta Bari. W tych książkach, aż czuć znawstwo jurydycznego rzemiosła i kolejnych prawniczych środowisk: sędziów, prokuratorów i adwokatów.
Mroza sobie (póki co, bo to młody twórca) odpuszczam.
PS. Lepiej napisać rocznie jedną solidną powieść, niż 5-6 po łebkach. Jak nazywamy taką radosną twórczość? Grafomania.