Czasami trafia się na taką książkę, po której zupełnie nic się nie oczekuje. Która stanowi tajemnice z racji tego, że ani nic się nie wie o jej autorze, ani o samej zawartości. Kiedy jednak zaczyna się z nią bliższe spotkanie, to nagle okazuje się, że to jest właśnie jedna z tych czytelniczych pozycji, po które nie tylko warto było sięgnąć, ale też taka, która skradła serce. Przyznam szczerze, że widać jakiś siły magiczne miały w tym swój udział, gdyż decydując się na przygodę z „Kornélie” nazwisko autorki nic mi nie mówiło. W trakcie czytania sprawdziłam czy ktokolwiek, cokolwiek bliżej wie o Beacie Balgovej, ale niestety z wyjątkiem profilu na Instagramie, zdjęcia autorki i krótkiego rysu fabuły nic nie znalazłam, co tym bardziej mnie zaintrygowało.
Dobrze również, że nie zrezygnowałam z czytania po zapoznaniu się z samą okładką. Jabłka, kilka polnych kwiatów i parę owadów zupełnie do mnie nie przemawiało, a jednak zaczęłam czytać. I Teraz już z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że słuszne jest powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce.
Skoro zatem nie oceniamy po okładce, to pora na ocenę po zawartości. Zacznę od tego, że „Kornélie” to opowieść o kobietach i wyjątkowej sile ich osobowości oraz o ich niestrudzonej duszy. Opowieść kreślona przez Balgovą przenosi czytelnika w czas , tuż tuż po II wojnie światowej. Widmo okres wyjątkowo trudny w całej Europie i z całą pewnością na pograniczu słowacko-węgierskim nie było łatwiej, zwłaszcza w małej wiosce, w której toczyć się będzie akcja powieści. To właśnie tu los rzucił wyjątkową rodzinę. Rodzinę pod tym względem nietypową, że jej ostoją, a może wręcz fundamentem, który pozwala jej trwać przez kolejne lata jest siła budujących ją kobiet. Co więcej, one również trwają w swej wyjątkowości ze względu na specyficzną, dość osobliwą schedę przekazywaną sobie z pokolenie na pokolenie. Oprócz imienia, które towarzyszy kronice ich rodu, jest to również wiedza o mocy tkwiącej w ziołach oraz o umiejętności ich wykorzystania.
To sprawia, że stajemy się świadkiem opowieści o wyjątkowym szeptuszym rodzie, w którym bohaterki książki grają pierwsze skrzypce, tworząc pełną uroku i ciepła opowieść o ludziach i o otaczającym ich świecie. Balogová z finezją opisuje świat, w którym wielka historia dotyka codziennego życia zwykłych ludzi, ale nie dominuje nad nim, dając miejsce na osobiste dramaty, radości i troski.
I tu kolejna niespodzianka dla osób, które doceniają elementy realizmu magicznego w literaturze pięknej. Tutaj go nie zabraknie. Tkana na kartach powieści opowieść pełna będzie przenikania się elementów fantastycznych ze zwykłą codziennością jej bohaterów. Przy czym magia te będzie niezwykle subtelna, odnajdywana głównie w mocy ziół i ich tajemniczych właściwościach, których tajniki będą przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ta ciągłość ukryta jest z resztą nie tylko w magii przekazywanej sobie wiedzy, ale także w sekrecie tkwiącym w samym imieniu Kornelia. Ono nie tylko pozwala na zachowanie ciągłości rodowe linii, ale staje się rodzajem gwarancji pozwalającej a zachowanie rodzinnej tożsamości, umiejętnością radzenia sobie z przeciwnościami losu, czy wreszcie z mądrością przodkiń wpisaną w jego litery.
A o tym, że posiadaczki tego imienia nie mają łatwego życia niech świadczy choćby fakt, że chociaż daje ono siłę, to jednocześnie sprawia, że Kornelie skazane są na samotne życie, w którym brak jest miejsca dla partnerujących im mężczyzn. Czasem to wynik wojennej zawieruchy, czasem chorobowej plagi, a czasem innych przeciwności losu, które sprawiają, że zostają one same, ze swoimi problemami.
Dajcie się zatem skusić magii tej książki. Pozwólcie Balgovej uwieść się pięknym słowem i równie urokliwą opowieścią. Nie będziecie z pewnością tego żałować, gdyż „Kornelie” przyniosą wam czytelnicze spełnieni, o które w wysypie rozmaitych lektur często nie jest łatwo. Tu z pewnością ich nie zabraknie.