Uff, przeczytałem wszystkie opowiadanka w tym zbiorze. „Opowiadanka”, bo chyba każde poza „W dzień śmierci jego” to historie bardzo proste, do pochłonięcia w kilkanaście minut. Na początku - pierwsze pięć opowiadań - urzekła mnie prostota i klarowność myśli oraz sugestywność obrazów. Obdrapane kamienice, stacje kolejowe w małych miasteczkach, zapomniane wsie i ludzie dryfujący przez bezlitosne życie, zbłąkani, próbujący poskładać opowieść o własnym nieszczęściu.
Jednak wraz z kolejnymi, które w coraz pełniejszej krasie ukazywały seksizm i generalne barbarzyństwo świata opisywanego przez Hłaskę, zniechęcałem się bardziej i bardziej. Aż myślałem, że nie dam rady. Skończyłem, bo wygrało poczucie obowiązku do kończenia książek.
Ostatecznie bardzo mi szkoda samego autora i rzeczywistości, w której wyrósł. Częściowo to pewnie czysta literatura i stylizacja na kozaka jak z kina noir, ale ogólne wrażenie jest takie, że lata powojenne w Polsce to musiał być brutalny świat, którego wiele osób nie przetrwało. Wystarczy powiedzieć, że powracają motywy alkoholizmu, mężczyzn całkowicie wykolejonych przez nałóg, niesprawiedliwie osadzonych w więzieniach na kilkanaście lat, samotnych, sfrustrowanych i agresywnych. Do tego ta, mam wrażenie kondensująca się wraz z końcowymi opowiadaniami, mizoginia momentami aż wylewająca się ze stron. Trudne do było do przyswojenia.
Doświadczenie tej lektury traktuję jako transfer z umysłu zagubionego powojennego młodzieńca, taki list w butelce z lat pięćdziesiątych, czasów które (oby) szczęśliwie nie wrócą.