Minjun to charyzmatyczny tatuator z Seulu. Żyje zgodnie z rytmem wyznaczanym przez zakrapiane imprezy, undergroundowe koncerty i przelotne romanse. Kiedy jednak pewnego dnia do jego studia wchodzi blondyn w różowym płaszczu, który prosi o wytatuowanie skromnego wzoru bratka, wszystko się zmienia.
Jedno spotkanie uruchamia lawinę wydarzeń, których intensywność odmieni życie dwóch młodych mężczyzn na zawsze i poda w wątpliwość wszystkie dotychczasowe decyzje Minjuna.
Florescence to opowieść o sile przeznaczenia, o przyjaźniach wystawianych na próby, o chwilach beztroski, a także o niebezpiecznych równie mrocznych co myśli zakamarkach Seulu, gdzie naprawdę łatwo się zgubić.
3.75 [Współpraca recenzencka z Wydawnictwem Novae Red i Noelia] Dawno nie miałam czegoś takiego, że nie wiem, jak zrecenzować książkę.
Przede wszystkim, chcę podkreślić, że to piękna historia, która pokazuje różne strony miłości, przyjaźni oraz porusza ciężkie tematy, takie jak uzależnienie czy trudne relacje z rodzicami. Jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze została wykreowana relacja głównego bohatera z jego siostrą. Doceniam też ogromnie przemianę głównego bohatera. Oczywiście nie można tu nie wspomnieć o tym, kto się do tego przyczynił - Daehyun. On jest dla Minjuna, jak słońce w deszczowy dzień. Ich relacja wywoływała u mnie cały wachlarz emocji. Żałuję tylko, że nie była ona dużo bardziej opisana. Wiem, że rozwijała się powoli, natomiast nie widać tego po objętości książki, przez co całość sprawiała wrażenie nagłej i bezpodstawnej.
Największą wadą, dla mnie, jest tu zakończenie. Absolutnie nie chodzi o to, czy występuje tu ,,happy ending", czy też nie. Mam na myśli, że nie jesteśmy świadkami procesu, który doprowadza do takiego końca, tylko zostajemy postawieni przed faktem, a motywacje bohaterów zostają skrócone do jednego zdania.
Bardzo długo zbierałam się, żeby napisać tę recenzję, ponieważ tak naprawdę nie wiedziałam, od czego zacząć. W przeszłości byłam dużą fanką książek MLM (men loving men) i czytałam je niemal bez przerwy, dlatego postanowiłam po dłuższym czasie znów sięgnąć po ten gatunek. Jak każda książka, ta również ma swoje plusy i minusy - jednak zacznę od tych gorszych, by móc jak najszybciej przejść do lepszej części. Już od pierwszych stron uderzył mnie chaos. Trudno było mi zrozumieć niektóre sytuacje oraz nagłe przeskoki w akcji, które pojawiały się bez wyraźnego wprowadzenia. Momentami trafiały się błędy stylistyczne, a także bardzo szczegółowe opisy każdej czynności wykonywanej przez bohaterów w dialogach. Niemal przy każdym zdaniu było dopisane, co dana postać robiła, co szybko zaczęło mnie męczyć. Dodatkowo ogromnym minusem była dla mnie ilość przekleństw - zdecydowanie zbyt duża. Z każdą kolejną stroną miałam wrażenie, że pojawia się ich coraz więcej. Były praktycznie na każdej stronie, co sprawiło, że w pewnym momencie musiałam odłożyć książkę na bok i zrobić sobie przerwę. Po jakimś czasie postanowiłam jednak do niej wrócić i wtedy było już znacznie lepiej. Im dalej w historię, tym bardziej czułam, że autorka zaczyna się w nią wczuwać - narracja staje się płynniejsza, a całość czyta się zdecydowanie przyjemniej. Na szczęście książka ma też swoje plusy. Przede wszystkim zabiera nas do Korei, a podczas czytania bardzo mocno czuć klimat tego kraju. Można nawet nauczyć się kilku nowych słówek czy zwrotów. Ogromnie spodobały mi się nawiązania do kwiatów.. to one w dużej mierze motywowały mnie do dalszego czytania. Tutaj stawiam naprawdę duży plus, ponieważ autorka wyraźnie zadbała o oddanie atmosfery miejsca. Historia porusza również trudniejsze tematy, takie jak problemy i nałogi, które występują także w prawdziwym życiu. Dzięki temu łatwo domyślić się, że główny bohater nie miał łatwej przeszłości. Jestem jednak pod wrażeniem tego, jak wystarczyła obecność jednej osoby, by pomóc mu odnaleźć lepszą drogę. Relacja między bohaterami przypadła mi do gustu, choć mam wobec niej mieszane uczucia. Z jednej strony rozwinęła się zbyt szybko, z drugiej - później zaczęła się niepotrzebnie ciągnąć. Moim zdaniem powinna zostać przedstawiona bardziej szczegółowo i równomiernie. Niestety również zakończenie było dla mnie niejasne. Najpierw dostajemy sytuację opisaną w dość chaotyczny sposób, by nagle w prologu wszystko całkowicie się odwróciło. Właściwie cały prolog przedstawiał wydarzenia zupełnie inaczej, co wprowadziło jeszcze większe zamieszanie. Podsumowując - książka nie do końca przypadła mi do gustu, jednak mam świadomość, że każdy autor kiedyś zaczynał. Dlatego gratuluję debiutu i trzymam kciuki za kolejne książki spod pióra tej autorki. 😁
[Recenzja w ramach współpracy z Wydawnictwem Novae Res]
„Florescence” to historia młodego tatuatora z Seulu, który uwielbia zakrapiane imprezy, jednonocne przygody i undergroundowe koncerty. Pewnego dnia jego życie wywraca się do góry nogami, gdy do studia wchodzi nowy klient, błędy przeszłości zaczynają o sobie przypominać, a stare rany ponownie się otwierają. To uruchamia lawinę emocji i kolejnych złych decyzji, z którymi bohater będzie musiał się zmierzyć.
Muszę przyznać, że długo biłam się z myślami, co napisać o tej książce i jak ją ocenić. Tuż po skończeniu historii czułam sporo frustracji - głównie z powodu licznych niedociągnięć i braku konsekwencji. O ile jestem w stanie wybaczyć pojedyncze potknięcia, szczególnie w obszernych powieściach, o tyle w przypadku „Florescence”, która liczy zaledwie 300 stron, trudno mi to usprawiedliwić.
Zacznijmy od głównego bohatera. Już na samym początku dowiadujemy się, że nie przywiązuje on wagi do znaczenia swoich tatuaży, by na końcu opowiadać o symbolice każdego z nich. Autorka pisze również, że Minjun zmaga się z uzależnieniem, jednak poza długami nic na to nie wskazuje - otrzymujemy jedynie suche stwierdzenie, bez realnego rozwinięcia. Niestety podobnych przykładów mogłabym wymienić jeszcze więcej.
Relacja Minjuna z siostrą też pozostawia wiele do życzenia. Moim zdaniem jest mocno przerysowana, szczególnie w momentach, gdy niemal każde jego zdanie wypowiedziane w jej kierunku przepełnione jest przekleństwami. Odnosiłam wrażenie, że miało to być lekkie przekomarzanie się rodzeństwa, a wyszło coś przesadnie wulgarnego. Zdecydowanie lepiej wypadały sceny, w których rozmawiali ze sobą z troską i okazywali sobie wzajemne wsparcie.
To, co natomiast bardzo mi się podobało, to relacja Minjuna z Dae. Bywały momenty, kiedy z emocji musiałam na chwilę odłożyć książkę, żeby ochłonąć. Chemia między nimi była naprawdę niesamowita - szkoda tylko, że takich scen było tak niewiele.