Po lekturze szóstego tomu Avengers spodziewałem się wielkiej konfrontacji Iluminati z grupą dowodzoną przez Kapitana Ameryka, a tymczasem Hickman postanowił pokierować fabułę na całkowicie inne tory, jednocześnie oferując nam jedne z lepszych zakończeń w swoich dotychczasowych kontaktach z Mścicielami.
Nadchodzi kolejna inkursja, przy której grupa złożona z Dr. Strange’a, Czarnej Pantery, Iron Mana, Namora, Beast’a, Black Bolta, Mr. Fantastic’a czy nowego nabytku w formie Bannera, tym razem będzie musiała dokonać czegoś, co oznacza śmierć kogoś, kto na to nie zasłużył. Często pada tu pytanie, czy nasi herosi to aby na pewno ciągle bohaterowie, a nie już potwory z jakimi do niedawna się mierzyli. Na dobrą sprawę prawie każdy Iluminat na tym etapie przechodził jakiś konflikt wewnętrzny.
Nie podobała mi się ta nagła zmiana wektora, bowiem wcześniej „bohaterowie” nie brali pod uwagę konsekwencji czy praw moralnych. Liczył się tylko cel, a ten przecież uświęca środki. Pozbycie się z ekipy Rogersa była aktem wyzbycia się sumienia. Tutaj w pewnym momencie jednak się to zmienia, co widać zwłaszcza po Czarnej Panterze. To na nim ciąży spuścizna, która warunkuje podejmowanie pewnych czynności. Dodatkowo ma na głowie wiele niespokojnych dusz przodków, którzy żądają aby były król Wakandy kierował się dobrem swojego ludu za wszelką cenę.
Z kolei Dr. Strange postanowił desperacko poświęcić swoją duszę w zamian za maksymalną moc magiczną. To było tak szumnie prezentowane w poprzednim tomie, a tu… Puff. To tak jakby z całkiem sporej armaty wystrzeliła mała wiązka serpentyn. Nie znaczy to, że Doktorek tu MOCARNIE nie zamiesza, ale ta wcześniejsza pompa zapowiadała coś epickiego (finalnie do transakcji nie doszło). Po co to było? Z Hickman'em momentami jest jak z każdą polską partią polityczną. Niby obiecują przed wyborami bombki na choince, a jak już wygrają to wykazują się pamięcią godną chorych na Alzheimera…
Problem moralny jest powiązany z inkursją, jaka stawia wersję Ziemi 616 z inną, na której występują ci „lepsi” bohaterowie (zupełnie przypadkowe skojarzenia z herosami DC są wypadkiem przy pracy. Najpewniej). Teraz jest wybór: mamy zginąć my czy oni? Ale czy to właściwe, bo przecież oni są podobni do Iluminatów, tyle że lepsi moralnie. Mają ten sam motyw. Ratować swój świat. Musiało dość do walk. Dalszy rozwój wypadków jest dość nieprzewidywalny, przez co czytało się to znakomicie. Ale i tak największe wrażenie robi zakończenie tego tomu, bowiem w czasie gdy Iluminaci robili swoje, na uboczu działał m.in. brat Black Bolta, Maximus. Efekt tych działań jest…
Świetny.
Co do warstwy wizualne. Kolory są świetne, ale kreska mocno nierówna. Miejscami ocierała się o geniusz, a od czasu do czasu nie wybijała się nawet ponad przeciętność. Może wynika to z nadmiaru artystów pracujących nad tym tytułem. Nie mniej ostatni tom tej odsłony New Avengers uważam za udanym, a całą serię za kawał dobrej lektury, zresztą podobnie jak "zwykłą" serię Avengers. Gdybym miał tu skalę od 1 do 10 to dałbym pewnie z siedem, ale tak to "słaba" czwórka. Zakończenie zdecydowanie winduję całość w górę.