Krytyk sztuki, historyk, wykładowca i prezenter radiowy James Hall zagłębia się w historię autoportretu. Koncentrując się na takich artystach jak Dürer, Gentileschi, Van Gogh i Kahlo, pisze z wielką świeżością i energią o tej niezmiennie popularnej, ludzkiej i często osobliwej formie sztuki.
W naszej epoce publicznych zwierzeń autoportret stał się czołowym gatunkiem sztuki wizualnej, o czym świadczy nieprzebrane bogactwo współczesnych autoportretów. Coraz więcej ludzi przejawia silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej zainteresowanie tą formą sztuki. Autoportrety wyszły poza mury kościołów, pałaców, pracowni malarskich, uczelni artystycznych i galerii, opuściły cokoły pomników i ramy obrazów. Dziś autoportrety fotograficzne i filmowe zalewają internet, a wykonane smartfonami selfie są wszechobecne. Panuje przekonanie (a zarazem nadzieja), że autoportret pozwala nam zajrzeć w głąb duszy osoby, którą przedstawia, i w ten sposób pomaga przezwyciężyć poczucie alienacji i anonimowości, doświadczane przez tak wielu członków współczesnych społeczeństw zurbanizowanych.
"Każdy malarz maluje siebie". To zdanie usprawiedliwia tych odbiorców sztuki, którzy w każdym dziele szukają echa jego twórcy - przemyconego faktu z życia, grymasu ust, błysku oka. W malarstwie autoportret to gatunek szczególnie popularny i to od wieków. O tym traktuje esej Jamesa Halla, kolejny we wspaniałej serii "Miniatury o sztuce" Wydawnictwa Smak Słowa.
Bardzo zaskoczyła mnie popularność autoportretów już w średniowieczu, epoce, w której przecież wszystko "ad maiorem Dei gloriam", z czym korespondowała anonimowość dzieł sztuki. A tu na przykład taki Hildebert, który akurat chciał, żeby zapamiętano i jego twarz. W antropocentrycznym renesansie popularność autoportretów już nie dziwi. Pięknie ufryzowany Dürer tak zachwycał wizerunkiem, że wielbiciele ekshumowali malarza, by ściąć pukle jego włosów... Bardzo ciekawy jest fragment o Artemisii Gentileschi, która podobno nadawała rysy swojej twarzy postaciom na niemal każdym obrazie. Z czytanej przeze mnie niedawno biografii Gauguina dowiedziałam się sporo o relacji tego malarza z van Goghiem - tu mamy ten wątek ciekawie poprowadzony właśnie przez pryzmat autoportretów malowanych w różnych momentach życia. Od dawna fascynuje mnie życie i twórczość Fridy Kahlo - obecność tej malarki w eseju w ogóle mnie nie zdziwiła, wszak Frida była swoją ulubioną modelką. Każdy jej autoportret to rozległe pole do interpretacji.
Esej wzbogacony jest o 27 ilustracji, które świetnie współgrają z tekstem i zapadają w pamięć ("Autoportret w piekle" Muncha!).
Jestem wielką fanką tej serii, bo przybliża czytelnikowi fascynujący świat sztuki w sposób przystępny i naprawdę ciekawy. Bardzo polecam!