Po 1945 roku badania geologiczne w Polsce nabrały tempa. Odkryto złoża węgla brunatnego, miedzi, siarki i rozpoczęło się wielkie uprzemysłowienie. Pod kopalnie, huty i elektrownie – takie jak Turów czy Bełchatów – potrzebny był pusty teren. Wraz z powstawaniem nowych ośrodków przemysłowych kurczyły się lub wręcz znikały całe miejscowości: Opolno i Rybarzowice na Łużycach, Kazimierz Biskupi i Pątnów w Konińskiem, Bogomice i Rapocin pod Głogowem czy Piaski i Wola Grzymalina w Łódzkiem.
Dla wielu miejsc rozwój gospodarczy oznaczał apokalipsę. Niektóre zostały przykryte zwałowiskami odpadów, inne – zalane. Wysiedlono ludzi, wycięto lasy i zmieniono bieg rzek. "Istne raje" zamieniły się w kratery, w pustynie biologiczne i strefy katastrofy ekologicznej.
Marta Tomczok podróżuje szlakiem peerelowskiego przemysłu i miejscowości, które wchłonął. Opowiada o bliznach w ludzkiej pamięci i o bliznach w ziemi: śladach po szybach, wyrobiskach i hałdach, które na zawsze zmieniły polski krajobraz.
Różne mieszane uczucia. Z jednej strony to książka ważna, traktująca znikający krajobraz - a przez krajobraz rozumiem tu ten zapisany w pamięci ludzi - z wielkim szacunkiem i oddaniem. Z drugiej jest to książka składankowa, historie są nierówne, niekiedy powtarzalne (ale może tak to zawsze wygląda?), pozostałe pisane w kilku rejestrach. Ważne świadectwo pamięci i wariactwa jakim jest niepohamowany rozwój technologiczny, ekstraktywizm po prostu, skutkujący de facto zacofaniem i nabicie kiesy małej liczby ludzi.