Patologia transformacji – książka, która wstrząsnęła sumieniem III RP „Kapitalizm bez etyki to nowa forma kolonializmu” – pisał prof. Witold Kieżun, wybitny ekonomista, powstaniec warszawski i myśliciel, którego głos wciąż rezonuje w polskiej debacie publicznej. Po raz pierwszy wydana w 2012 roku, Patologia transformacji stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych i przenikliwych głosów krytycznych wobec polskiej drogi do kapitalizmu. Kieżun bezkompromisowo obnażał mechanizmy grabieży majątku narodowego, dominacji międzynarodowego kapitału i błędy elit politycznych, które ukształtowały III Rzeczpospolitą. To nie tylko książka. To manifest sumienia, który po śmierci autora w 2021 roku nabrał jeszcze większej mocy. Dla jednych – ostrzeżenie. Dla innych – inspiracja do budowania Polski sprawiedliwej, suwerennej i solidarnej.
Trochę się pewne tezy dotyczące przyszłości słabo zestarzały, ale podsumowanie transformacji jako patologicznego procesu z punktu widzenia prakseologii daje świetny ogląd na realia lat 90 i wczesnych 00.
Lubię opowieści o naszej rodzimej transformacji. Ale nigdy to nie są lekkie lektury, i ta różniez, bo Witold Kieżun pisze o sprawach bolesnych: o polskiej transformacji, o wyprzedaży majątku, o bezradności państwa, o zachłyśnięciu się neoliberalnym modelem gospodarki i o tym, jak łatwo wielkie społeczne nadzieje mogą zostać przejęte przez interesy silniejszych graczy. A jednak książkę czytało mi się bardzo dobrze, bo autor nie pisze jak oderwany od życia teoretyk. Czuć w niej człowieka, który naprawdę przeżył historię XX wieku, zna mechanizmy państwa i organizacji, a przy tym ma w sobie ogromną niezgodę na marnotrawstwo dobra wspólnego. Najbardziej podobało mi się to, że Kieżun nie zatrzymuje się na prostym narzekaniu, że kiedyś było źle, a potem miało być dobrze, tylko pokazuje, jak bardzo złożony był moment przełomu. Transformacja często bywa opowiadana jako wielki sukces: wolny rynek, prywatna przedsiębiorczość, Zachód, sklepy pełne towarów, koniec upokarzającej gospodarki niedoboru. I oczywiście trudno tego wszystkiego nie docenić. Ale Kieżun przypomina, że za tym jasnym obrazem kryła się też ciemna strona: chaos, brak przygotowania państwa, naiwność części elit, dominacja zewnętrznego kapitału i decyzje, które na lata ustawiły Polskę w pozycji słabszego partnera. Dla mnie ta książka jest cenna właśnie dlatego, że zmusza do patrzenia szerzej, bez wygodnego samozadowolenia. Bardzo mocno wybrzmiewa tu pojęcie patologii organizacji. Autor rozumie ją nie jako zwykły błąd, ale jako trwałą niesprawność, która prowadzi do strat ekonomicznych i moralnych. To sformułowanie dobrze porządkuje całą książkę. Bo Kieżunowi nie chodzi tylko o to, że sprzedano jakieś fabryki, że ktoś źle policzył wartość majątku albo że podjęto nietrafione decyzje prywatyzacyjne. Chodzi o coś głębszego: o sposób myślenia o państwie, o odpowiedzialności, o elitach i o tym, czy wspólnota polityczna potrafi chronić swoje interesy. W tym sensie książka nie jest wyłącznie o gospodarce. Jest także o moralności życia publicznego. Dużą siłą tej książki jest jej bezkompromisowość. Kieżun pisze ostro, czasem bardzo ostro, ale nie miałem poczucia pustej publicystycznej złości. Raczej widziałem człowieka, który jest głęboko poruszony skalą zmarnowanej szansy. Można się z nim nie zgadzać w niektórych ocenach, można dyskutować z proporcjami i akcentami, ale trudno przejść obojętnie obok podstawowego pytania, które ta książka stawia: czy naprawdę musieliśmy zapłacić aż tak wysoką cenę za wejście do kapitalizmu? I drugie pytanie, chyba jeszcze trudniejsze: kto na tej przemianie najbardziej skorzystał, a kto został zepchnięty na margines? Podobało mi się również to, że autor nie daje się zaczarować samemu słowu kapitalizm. Pokazuje, że kapitalizm bez etycznego fundamentu może łatwo zamienić się w system drapieżny, w którym silni stają się jeszcze silniejsi, a słabsi mają tylko dostosować się do reguł gry ustalonych przez innych. To bardzo aktualne, bo przecież do dziś lubimy mierzyć sukces głównie wzrostem, inwestycjami, pieniędzmi i tabelkami. Kieżun przypomina, że gospodarka nie jest abstrakcją. Za każdą decyzją stoją konkretni ludzie, konkretne miejsca pracy, lokalne wspólnoty, całe miasta i regiony. Jeśli o tym zapominamy, to nawet najbardziej elegancki ekonomiczny model może stać się po prostu narzędziem krzywdy. Nie traktuję tej książki jak wyrocznie. Nie muszę przyjmować każdej tezy bez zastrzeżeń. Miejscami można mieć poczucie, że autor patrzy bardzo ostro, że dobiera przykłady pod mocną diagnozę, że niektóre procesy wymagałyby pokazania także z drugiej strony. Ale jednocześnie właśnie ta siła spojrzenia jest jej największym atutem. To nie jest książka obojętna, nijaka, napisana tak, żeby nikogo nie urazić. To głos człowieka, który chce wstrząsnąć czytelnikiem i zmusić go do zadania sobie niewygodnych pytań. A ja bardzo cenię książki, które nie pozwalają mi wygodnie rozsiąść się we własnych przekonaniach. Po lekturze zostało we mnie przede wszystkim przekonanie, że historia polskiej transformacji jest dużo bardziej skomplikowana, niż chcieliby zwolennicy prostych opowieści. Nie da się jej sprowadzić ani do pełnego sukcesu, ani do całkowitej klęski. Ale nie da się też uczciwie mówić o sukcesie, pomijając tych, którzy zapłacili za niego bardzo wysoką cenę. Kieżun przypomina, że państwo nie może być tylko administratorem cudzych interesów. Musi mieć własny rozum, własną pamięć, własne kompetencje i własną odpowiedzialność. Bez tego wolność łatwo zamienia się w zależność, a modernizacja w elegancko opakowaną wyprzedaż.