To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.
To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.
Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.
Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.
Przeczytałam 80% i odpuszczam, bo niczego poza kilkoma pojedynczymi zdaniami z eseju Małochleb nie wyniosę. Kompletnie nie przemówiło do mnie pomieszanie porządku eseistycznego i osobistego w tym wydaniu, choć normalnie bardzo lubię takie książki.
W części faktograficznej znalazłam zbiór nazwisk dobranych bez klucza, który pozwoliłby zbudować opowieść, do tego podlanych sosem oczywistości. I ja oczywiście znam to doświadczenie, o którym ona pisze, wiem jaka jest pozycja matki według nowoczesnej myśli konserwatywnej i systemu kapitalistycznego, więc nie mogłam się nie zgadzać, ale jednocześnie nie poczułam tu nic świeżego.
Z kolei warstwa osobista była dla mnie nieznośna. Paulina Małochleb powiedziała w Gdyni, że nie chciano jej wydać tej książki, ponieważ jest niewystarczającą ofiarą, bo ma zdrowe dzieci i zaangażowanego partnera. Otóż już pierwszy rozdział pokazał mi, że jednak bardzo chce brać udział w rywalizacji na bycie ofiarą, bo opisuje stopień swojego osaczenia przez społeczeństwo i system jako gigantyczny. I ja rozumiem, że każdy odczuwa świat na swój sposób i różne doświadczenia mogą inaczej dotykać różne osoby, ale jak czytam jakie to jest trudne życie rodziców, kiedy muszą wybrać prywatne szkoły dla swoich dzieci, to jednak sobie myślę, że nie będzie między nami porozumienia. Podobnie jak w tych wszystkich żalach na zalew konsumpcjonizmu i presję na matki, żeby kompulsywnie kupowały wyposażenie i dodatkowe zajęcia. Lol, kobieto, widocznie masz za dużo hajsu. Ja tam nie czułam tej presji, bo po prostu mnie nie było stać. Serio, jesteś w lepszej sytuacji niż 80% społeczeństwa, a taka jesteś najbiedniejsza. Każdy cię ocenia, strofuje, ustawia, zawstydza. Widziałam tu dużo przesady i tendencję do dramatyzowania. Wiadomo, że rozpoznawałam się w niektórych sytuacjach, bo też mi się zdarzyło usłyszeć niechciany komentarz czy zobaczyć nieprzychylne spojrzenie, ale jednak milion razy więcej było doświadczeń pozytywnych. Nie podobało mi się też, że wiele swoich osobistych doświadczeń przedstawia jako uniwersalne. Przy tym wszystkim udało jej się stworzyć rodzinę niemal idealną, piękną, opartą na humanistycznych wartościach, te wstawki o tym jakie to wspaniałe dzieci wychowała, bo córka ma niebinarne maskotki, syn nie śmieje się z grubych, a mąż przejmuje stery zawsze jak jest taka potrzeba, no naprawdę dzielna i wspaniała jest, że w tych hardkorowych warunkach tak dała radę.
Literacko też mnie to nie przekonuje. Jakiś czas temu był taki artykułu o tym jak napisać książkę, żeby była nominowana do nagrody literackiej i ta odhacza punkty z tamtej listy. Konstrukcyjnie to patchwork mnóstwa wątków i obszarów, które nie układają się we wzór. Jakby autorka wzięła wieloletnie zapiski, a ponieważ nie chciała wydawać autofikcji postanowiła je uzupełnić o głęboką myśl i stworzyć esej. No przykro mi, ale Argonauci to to nie są.
Podczas spotkania Małochleb mówiła dużo o wstydzie i tutaj również ten temat bardzo mocno wybrzmiewa, wydaje mi się, że to jest coś, co ją naprawdę interesuje i trochę żałuję, że nie skupiła się tylko na tej emocji, może powstałaby książka wnikliwsza i pełniejsza.
Mózg mam zlasowany od gorąca j mieszają mi się dwa porządki - ten literacki, i ten, nazwijmy go, informacyjno-spoleczny. Co przeczytałam u Małochleb a co wiem bo to wiedza powszechna, która sączy się nam do mózgów zewsząd? Miesza mi się to wszystko, nie potrafię oddzielić jednego od drugiego. Czy to u Małochleb czytałam o presji spędzania jakościowego czasu z dzieckiem? A może tego wcale tam nie było, a myślę, że było, bo jest (albo był) to temat trendujący na wszyskich portalach skierowanych do rodziców? Albo o podziale obowiązków domowych i nieplatnej pracy opiekuńczej - pisała o tym Małochleb czy nie pisała? To jest mój duży problem z tym esejem - nie wiem, o czym on jest. To znaczy oczywiście wiem, że o macierzyństwie, ale mnogość poruszanych jego aspektów, wielość plecionych wątków sprawia, że gubię się co rusz. To dla mnie ekwiwalent literackiego instagrama - rolka za rolką, jak w kalejdoskopie, każda inna, ale niech żadna nie będzie za długa, niech raz pojawi się odniesienie do obrazu a potem do wiersza, daj też jakieś śmieszne albo rozczulające scenki rodzajowe bo inaczej będzie za ciężko, i koniecznie pamiętaj, że estetyka musi być spójna! No i nie za długo, człowiek skupia uwagę na kilkascie sekund, myśl ma być rozwinięta na max 4 strony. Profil tworzysz, produkt, byt społeczno-ekonomiczny. Przez tę rwaną narrację trudno było mi się skupić na treści. A w treści - nihil novi, stety niestety. Stety, bo to świadczy o tym, że poruszane przez Małochleb problemy żyją w przestrzeni, niestety bo wynudziłam się okrutnie. Ożywiłam się w zasadzie tylko przy Boginiach z Žitkovej (co to jest za proza! Tuckovej, rzecz jasna, nie Malochleb) oraz przy przywoływanym w wielu miejscach krzątactwie, bo uwielbiam ten termin i to zjawisko i mam autorce za złe, że w kontekście krzątactwa pominęła Jolantę, córkę Ireny, wnuczkę Bronisławy (tj. Brach-Czainę).
Nie mam dzieci a mimo to uwazam, ze to świetna książka. Podtytuł "o macierzyństwie" nie oddaje moim zdaniem tego, o czym jest ta książka. Bo jest ona przede wszystkim o życiu we współczesnym świecie i o kobiecości- jej wadach, zaletach, zmęczeniu. Jest tu dużo refleksji o kapitalizmie i partnerstwie, wsparciu i jego braku. Cienka, niewielka książka a ładunek emocjonalny, który we mnie wywołała- ogromny.
Sięgnęłam po tę książkę bez oczekiwań, więc mnie nie rozczarowała;). Ale: co to było? 😅Chaos, chaos i jeszcze raz chaos – poruszanych jest tak wiele wątków, że trudno uchwycić, jaki właściwie jest jej główny temat. Zamiast spójnej narracji miszmasz refleksji, dygresji i osobistych historii, które często wydają się przypadkowo zestawione.
Najbardziej wkurzające było ciągłe odnoszenie wszystkiego do własnych doświadczeń i przedstawianie ich w sposób, który brzmi jak uniwersalna prawda. (Wszystkie matki wszystko pamiętają, wszystkie mówią ciągle kocham - przykłady można mnożyć)!
Seryjni mordercy mieli w większości „złe” matki. Diagnoza: niedostępność emocjonalna. O ojcu nikt nie wspominał. Był, nie był - w sumie, co to kogo obchodzi. Mamy winną, można się rozejść. Strasznie obciążająca myśl, prawda? Bo jak pisze Małochleb w swojej świetnej książce „Mięśnie mam od miłości”: „Powiedzieć «jestem matką» to pozwolić innym na krytykę, rady, wolę, władzę, wizje”. Urodzić, ba!, począć - i już: twoje ciało staje się własnością wszystkich. Wszystko zaś jest „przedmiotem” (nie mylić z „podmiotem”) oceny i kontroli. Zaczynam od najbardziej skrajnego z możliwych przypadków, ale która matka nie zaliczyła bezsennej nocy, myśląc tylko o tym, żeby jej dziecko nie było źródłem niczyjego cierpienia? Żeby samo nie cierpiało? Te konstelacje i zmienne można mnożyć w nieskończoność. A potem się wstydzić, że nie zrobiło się wszystkiego. Bo wstyd, ten matczyny szczególnie, jest kluczowy w opowieści Małochleb. Wstyd jako źródło represji kobiet. A potem jest już tylko trudniej: „Wyzwanie polega na tym, by jednocześnie ogarniać emocje dziecka, nie obciążać go swoimi lękami, towarzyszyć w każdej zmianie, koić wątpliwości, dawać wsparcie, nie malować czarnych scenariuszy. I w tym samym momencie ogarniać cały ten tabor, zaplecze techniczne potrzebne do tego, by dziecko mogło wystartować w życie przedszkola i szkoły, odbyć pierwszą wycieczkę z klasą, pierwszy samodzielny wyjazd ze znajomymi, wyprowadzić się z domu”. Ile tam prawdy u tej Małochleb! Co chwilę mazałam ołówkiem na marginesie: „też tak mam!”, „zdecydowanie!”. Tęsknota za mężem, z którym mieszkam, a którego mijam w trybie codziennych obowiązków; pamięć ciała dziecka; krzątactwo; praca z emocjami innych; ograniczanie własnych pragnień; dostępność 24/7 itd. Ale nie dajcie się zwieść, że książka mówi tylko o beznadziejności czy trudach macierzyństwa. Małochleb zręcznie dzieli swoją opowieść na dwa plany: publiczny (esej społeczno-historyczny) i prywatny (sensualny, wręcz intymny opis bliskości i rodzinnego dotyku). I zdaje się, że to właśnie z tych pięknie napisanych, domowych skrawków czerpie siłę. Mam podobnie, dlatego jestem bardzo wdzięczna autorce, że zdecydowała się tę książkę napisać. To manifest skierowany na zewnątrz - wyzwanie rzucone potworowi zwanemu kapitalizmem, który nie pozwala skupić się na tym, co najważniejsze - na bliskości - lecz mnoży wstyd, narzuca wymogi idealnego „zewnętrza”, podsyca grę pozorów i dokłada matczynego ciężaru nie do udźwignięcia. Małochleb ma doskonały słuch i oko, by uzmysławiać rzeczy ważne i najważniejsze. I chwała jej za to!
Autorka ciekawie snuje swoje refleksje o byciu mamą, przeplatając je z teorią na temat kształtu pojmowania kobiet i matek w społeczeństwie na przestrzeni lat. Wciągająca i dająca do myślenia.
Brakowało mi czasem przesunięcia środka ciężkości w stronę faktów, niżeli obnażania swoich poglądów, choć tu nie mogę mieć w pełni zarzutów, skoro książka jest konfesją autorki. Mimo to, uważam że skoro autorka poszukuje potwierdzeń w literaturze naukowej na poparcie swoich tez, warto mieć otwarty umysł i włączony aparat krytyczny zderzając informacje z powieści.
W książce odnalazłam prędzej niespełnione ambicje autorki niż faktycznie treść, którą być może chciała przekazać. Nie polecam, chyba że ktoś szuka pomieszania z poplątaniem - chaosu wspomnień, przeżyć aktualnych, przeżyć poprzednich pokoleń, emocji autorki, mini esejów nt innych twórców czy przemian społecznych itd... Najgorsze byly rozdzialy opierajace sie na cytatach innego autora albo wrecz streszczeniach. Kilka akapitów było dobrych, to by było na tyle. Początek książki przez styl autorki,kiedy stara się być bardziej literacka,prawie przesądził o odłożeniu książki bez czytania.
Jakie to było dobre!!! szczegolnie poczatek! Trochę skojarzyło mi się ze stylemJelinek którą wiem że ceni autorka. Cięte, trafne i pozbierane. Boli! I ten jakże dobrze znany kontekst. Ile złości na świat i mężczyzn mi się obudziło podczas czytania tej książki to jest nie do opisania. Poprzednie dwie książki które czytałam były o wojnie, w rosji i w bośni. A uczucie czytania było podobne.
Do wielu spostrzeżeń i refleksji bardzo mi blisko, a jednak czasami było dla mnie za bardzo na nie, za bardzo jednostronnie. Ale to perspektywa autorki i efekt jej doświadczeń, a nie analiza czy poszukiwanie faktów, więc innymi prawami się rządzi.
Cudownie ujęty w słowa obraz macierzyństwa. Niektórzy mówią, że chaos, ale czy tak właśnie macierzyństwo nie wygląda? Czekam na więcej książek tej Pani!