To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.
To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.
Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.
Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.
Seryjni mordercy mieli w większości „złe” matki. Diagnoza: niedostępność emocjonalna. O ojcu nikt nie wspominał. Był, nie był - w sumie, co to kogo obchodzi. Mamy winną, można się rozejść. Strasznie obciążająca myśl, prawda? Bo jak pisze Małochleb w swojej świetnej książce „Mięśnie mam od miłości”: „Powiedzieć «jestem matką» to pozwolić innym na krytykę, rady, wolę, władzę, wizje”. Urodzić, ba!, począć - i już: twoje ciało staje się własnością wszystkich. Wszystko zaś jest „przedmiotem” (nie mylić z „podmiotem”) oceny i kontroli. Zaczynam od najbardziej skrajnego z możliwych przypadków, ale która matka nie zaliczyła bezsennej nocy, myśląc tylko o tym, żeby jej dziecko nie było źródłem niczyjego cierpienia? Żeby samo nie cierpiało? Te konstelacje i zmienne można mnożyć w nieskończoność. A potem się wstydzić, że nie zrobiło się wszystkiego. Bo wstyd, ten matczyny szczególnie, jest kluczowy w opowieści Małochleb. Wstyd jako źródło represji kobiet. A potem jest już tylko trudniej: „Wyzwanie polega na tym, by jednocześnie ogarniać emocje dziecka, nie obciążać go swoimi lękami, towarzyszyć w każdej zmianie, koić wątpliwości, dawać wsparcie, nie malować czarnych scenariuszy. I w tym samym momencie ogarniać cały ten tabor, zaplecze techniczne potrzebne do tego, by dziecko mogło wystartować w życie przedszkola i szkoły, odbyć pierwszą wycieczkę z klasą, pierwszy samodzielny wyjazd ze znajomymi, wyprowadzić się z domu”. Ile tam prawdy u tej Małochleb! Co chwilę mazałam ołówkiem na marginesie: „też tak mam!”, „zdecydowanie!”. Tęsknota za mężem, z którym mieszkam, a którego mijam w trybie codziennych obowiązków; pamięć ciała dziecka; krzątactwo; praca z emocjami innych; ograniczanie własnych pragnień; dostępność 24/7 itd. Ale nie dajcie się zwieść, że książka mówi tylko o beznadziejności czy trudach macierzyństwa. Małochleb zręcznie dzieli swoją opowieść na dwa plany: publiczny (esej społeczno-historyczny) i prywatny (sensualny, wręcz intymny opis bliskości i rodzinnego dotyku). I zdaje się, że to właśnie z tych pięknie napisanych, domowych skrawków czerpie siłę. Mam podobnie, dlatego jestem bardzo wdzięczna autorce, że zdecydowała się tę książkę napisać. To manifest skierowany na zewnątrz - wyzwanie rzucone potworowi zwanemu kapitalizmem, który nie pozwala skupić się na tym, co najważniejsze - na bliskości - lecz mnoży wstyd, narzuca wymogi idealnego „zewnętrza”, podsyca grę pozorów i dokłada matczynego ciężaru nie do udźwignięcia. Małochleb ma doskonały słuch i oko, by uzmysławiać rzeczy ważne i najważniejsze. I chwała jej za to!
Autorka ciekawie snuje swoje refleksje o byciu mamą, przeplatając je z teorią na temat kształtu pojmowania kobiet i matek w społeczeństwie na przestrzeni lat. Wciągająca i dająca do myślenia.
Brakowało mi czasem przesunięcia środka ciężkości w stronę faktów, niżeli obnażania swoich poglądów, choć tu nie mogę mieć w pełni zarzutów, skoro książka jest konfesją autorki. Mimo to, uważam że skoro autorka poszukuje potwierdzeń w literaturze naukowej na poparcie swoich tez, warto mieć otwarty umysł i włączony aparat krytyczny zderzając informacje z powieści.