W odciętym od świata pensjonacie dochodzi do zabójstwa, w którym każdy może okazać się sprawcą.
Rok 2006. Młoda prokuratorka, Beata Drejer, rozpoczyna karierę w organach ścigania pod okiem doświadczonego śledczego, Gerarda Edlinga. Uczy się od niego sztuki, w której jest on pionierem – czytania mowy ciała.
Podczas wyjazdu szkoleniowego sztorm odcina od świata ośrodek na Mierzei Wiślanej, w którym się zatrzymują – a w zamkniętym od środka pokoju zostają odkryte zwłoki nastolatka.
Szybko staje się jasne, że sprawcą jest któryś z uczestników. Problem w tym, że wszyscy są związani z organami ścigania i znają sposoby na uniknięcie wykrycia. Żadne z nich nie miałoby jednak powodu, by odebrać życie dziecku.
Kto więc zaatakował ofiarę? Dlaczego? I jakim cudem pozostawił zarówno drzwi, jak i okna zamknięte od wewnątrz?
Labirynt to powrót Gerarda Eldinga, z którym wszyscy pożegnali się trzy lata temu, choć każdy, kto przeczytał choć kilka książek Mroza, mógł się domyślać, że pewnie nie na długo. Część dziejąca się w 2006 roku jest całkiem udana - spokojne śledztwo, dobry klimat, ciekawa zagadka. Współczesna część początkowo również zapowiadała interesujące śledztwo i intrygę, aż do momentu pewnych wyjaśnień z poprzedniego tomu, a potem do wejścia w tytułowy Labirynt... I tu zaczyna się festiwal absurdów, w którym kryminał zmienia się w coś z pogranicza science fiction. Nie ma się co jednak nad tym pastwić - sam sobie tę książkę wybrałem.
Jeśli oczywiście przełknie się ogólny styl i otworzy na lekturę pełną nieprawdopodobnych, biorących się znikąd zwrotów akcji oraz trzymających w napięciu końcówek rozdziałów (prowadzących często do banalnego wyjaśnienia kilka linijek dalej), to czytelnik może bawić się naprawdę dobrze. Książkę czyta się szybko, ale jeśli spodziewacie się czegoś przyziemnego, z realistycznie poprowadzonym śledztwem i wydarzeniami, które mogłyby się choć w przybliżeniu zdarzyć w rzeczywistości, to ta historia może wywoływać u Was prychnięcia i kręcenie głową z niedowierzaniem.
Remigiusz Mróz, trochę jak reżyser M. Night Shyamalan, który po genialnym "Szóstym Zmyśle" próbował i próbuje przebić swoje dzieło, zdaje się wpadać w pułapkę własnych historii i za każdym razem próbuje przeskoczyć dalej, jeszcze bardziej zaskoczyć czytelnika, wrzucić twist, który ma wywołać szok. Problem w tym, że coraz częściej wygląda to na zasadę „wszystko dla efektu”. Jeśli to ma być nowy trend w jego twórczości, to wkrótce jego książki mogą stać się nieczytalne. Chciałbym, żeby wrócił do swoich wcześniejszych powieści, gdzie było w miarę realistycznie, bez na siłę wciskanych zwrotów akcji, bez powracających z martwych postaci, jak gdyby nigdy nic. Może to pisanie pod publikę, ale Mróz ma tak silnie ugruntowane nazwisko w Polsce, że nawet gdyby nieco stonował swoje historie i wrócił do bardziej realistycznych klimatów, jego książki nadal sprzedawałyby się jak ciepłe bułeczki.
Książka wymęczona, strasznie przegadana, przeciągnięta i napisana chyba na siłę. Masło maślane. Sporo bohaterów, wątków których bez przeczytania poprzednich części się nie zrozumie. Najgorsze było to, że ktoś kto był przetrzymywany przez kilka lat w zamknięciu sklepu o uwolnieniu traktuje to jako kolejny etap życia. Zero przeżywania ostatnich lat w niewoli. Fabuła nietrzymająca się kupy. Nie polecam.
Turbo długo to czytałam niestety xd No nie porwała mnie, czytało mi się ją tak jakby ktoś opowiadał swój sen, autor gdy o tym myślał to się zachwycał, ale nie potrafił mi tego ciekawie opowiedzieć. Było kilka głównych lokalizacji i wydawało mi się, że przedstawione w nich wydarzenia były wypisane od myślników, bo jakoś połączenia między wydarzeniami mi się nie podobały. No i ofc głupia logika, ale Monika jak mi mówiła k tej książce to zaznaczyła, że to powiem jak przeczytam, więc się nie nastawiałam xd
Pięć lat temu z zapartym tchem przeczytałam „Behawiorystę”.
Trzy lata temu dławiąc się łzami skończyłam „Kabalistę”, ostatnią, jak wtedy myślałam, książkę z serii. Pożegnałam się z tą historią, choć przyszło mi to z trudem. Odwiedziłam nawet miejsce, gdzie rozegrały się ostatnie sceny. Zaakceptowałam koniec, bo co innego mogłam zrobić.
Nie dowierzałam więc, że Mróz nagle, po takim czasie, pojawił się z nowym tomem. To jakiś żart, pomyślałam. Przecież wszystko się skończyło. Ah, sprawa z przeszłości, rozumiem. I właśnie wtedy w książce nastąpił przeskok do teraźniejszości i usłyszałam zdanie, które zatrzęsło moją rzeczywistością. Jak się okazało, to był dopiero początek lawiny wydarzeń i zwrotów akcji, które w najśmielszych snach nie przyszłyby mi do głowy.
Jedyne co chcę powiedzieć teraz Mrozowi to, cytując jedną bohaterkę, słowa „ty skurwielu”. A potem mu podziękować. I znowu przekląć za to, że teraz do końca życia będę się zastanawiać, kim był tajemniczy towarzysz.
3.7 Pan Mróz to moje guilty pleasure. Lubię jego styl pisania, bohaterów, słownictwo i dynamikę. Bawiłam się naprawdę świetnie, jednak nie mogę nie dostrzegać pewnych aspektów. Ta książka chciała być jedną z historii Agathy Christie i jednocześnie squid game, są świetne pomysły jak cudowne objawienie prosto z nieba i nie brakło również zmartwychwstania. Ale co ja poradzę, że tyle przyjemności mi sprawiła ta lektura
Po tym, co wydarzyło się na szczycie Wieży Piastowskiej Małgorzata Rosa nadal wierzy, że los Gerarda Edlinga nie został przesądzony. Dziennikarka postanawia zrobić wszystko, aby odnaleźć znanego behawiorystę i choć wszyscy podchodzą sceptycznie do jej scenariusza, ona ciągle wierzy w szczęśliwe zakończenie.
Śledztwo Rosy prowadzi ją do Krynicy Morskiej, to właśnie tam Małgorzata zaczyna odkrywać ciąg zdarzeń z przeszłości Edlinga i innych osób znajdujących się w pensjonacie należącym niegdyś do osoby, która już ostatnio dała się poznać Rosie i Gerardowi jako niezbyt rzetelna i uczciwa. Jonasz Bejtar okazuje się być powiązany z wydarzeniami z 2006 roku i choć tym razem sprawia wrażenie niewinnego, pojawia się coraz więcej niewiadomych, a wszystkie osoby, które spotkały się w "Wodniku" nagle znikają.
Jednocześnie otrzymujemy od autora retrospekcje wydarzeń z przeszłości. Gerard Edling wraz z Beatą Drejer trafia do nadmorskiego schroniska z grupą innych osób, gdzie ma być uczestnikiem ciekawego szkolenia, jednak zamiast tego cała grupa zostaje wplątana w mroczną historię. Dziś przeszłość postanawia odezwać się do wszystkich tych osób i ukarać ich za dawne wydarzenia.
Uczestnicy dawnej makabry, zostają uwikłani w labiryncie i muszą walczyć o przetrwanie. Jak zawsze w książkach Mroza jest krwawo, mrocznie, a jednocześnie ciągle nie wiadomo, co może się wydarzyć i kto ostatecznie okaże się winny. Bohaterowie robią wszystko, aby przetrwać, lecz nie zawsze im to popłaca.
Seria z Gerardem Edlingiem to druga w kolejności seria od autora po, którą miałam okazję sięgnąć i czytając ostatni tom czułam ogromny niedosyt. Po tym jak otrzymaliśmy niedomknięte zakończenie i zostaliśmy z masą pytań tym bardziej bardzo się cieszę na tę nową historię, która jak zawsze mocno mnie zaskoczyła i zaintrygowała. Bardzo Polecam 🔥
Okrutnie przekombinowana, nawet jak na możliwości pana Mroza. Do około 1/3 nawet się wciągnęłam i miałam nadzieję, że coś ciekawego z tego wyjdzie, ale z każdą stroną bliżej końca żałowałam, że poświęcam temu czas zamiast zrobić dnf... Dawno takiego absurdu nie czytałam. Niech ta seria wreszcie się zakończy, bo już nigdy nie wróci do poziomu dwóch pierwszych części.
remigiusz mróz naoglądał się squid game i roberta bernatowicza, a potem napisał takie głupotki. i chyba wkręcił się w mechanikę kwantową, bo gerard sprawnie posługuje się cytatami einsteina negujacego losowość fizyki według maxa borna. jedziemy na tym samym fizycznym wózku! będę myślał o tej części jako o fanfiku napisanym przez jakiegoś fana, usuwam go z kanonu uniwersum
Rozbawiło mnie co autor na koniec napisał - w skrócie, przy okazji wyborów - gmina, w której frekwencja będzie najwyższa, stanie się miejscem akcji nowej książki - i padło na Krynicę Morską, która nie pasowała do żadnej z innych serii autora, więc padło na tę FUN 🤓
Początek był trochę nudny, schematyczny, bez wielkiego wow. Rozwiązanie zagadki spoko, końcówka książki świetna. Opłaca się czytać dla drugiej połowy. Widzę pewne podobieństwo do squid game ale w sumie spoko
Pierwsza książka przeczytana w 2026 roku! I to w ramach świetnej akcji organizowanej przez wyd. Filia w Krynicy Morskiej 🥰🎀
Pochłonęłam tę historię na raz: czyta się szybko, a akcja jest wartka. Moim zdaniem można sięgnąć po nią jako standalone, znajomość poprzednich części nie jest niezbędna przez wzgląd na dwie narracyjne linie czasu prowadzone w historii.
Ciekawy pomysł z tytułowym labiryntem, myślę jednak, że mógłby być bardziej interesująco poprowadzony. Pod koniec książka zaczęła mi przypominać "Igrzyska śmierci".
Trochę ciężko mi ocenić ta książkę. Poprzednie tomy czytałam już jakiś czas temu i zwyczajnie nie pamiętalam ich akcji, kojarzyłam większość powtarzalnych nazwisk w tej części, ale to wszystko. Autor dawał nam pewne przypomnienia tu i tam, dzięki czemu nieco łatwiej po latach się odnaleźć, aczkolwiek już bez tych emocji gdy siedziało się w fabule na bieżąco.
Ten tom oceniam raczej na 3,5/5. Znowu ciężka akcja, ale powtarzalna nieco z tym co już czytałam w innych seriach Mroza. Fajne emocje gdy czytamy i razem z bohaterami walczymy z czasem, uda się ich ocalić czy się nie uda. Ogólnie akcja całkiem ciekawa, aczkolwiek to metafizyczne zakończenie do mnie w ogóle nie przemawia. W seriach Mroza charakterystyczne jest uczepienie się jednego złoczyńcy i wskrzeszanie go co tom, z mniejszym lub większym sukcesem. Anyway nie wiem czy będę kolejne tomy, na ten moment raczej sięgnę po inna lekturę.
Fabuła 2006: - Katarzyna Łaba siedzi szukając w samochodzie papierosów, bo nikt nie wygląda na takiego co pali, a później mamy Grynberga, który wyciąga papierosa z paczki na kuchennym stole. - Czemu Salomon przeniósł się z Gdańska do Bytomia? Łatwiej byłoby mu trzymać rękę na pulsie w Gdańsku niż w Bytomiu z Anitą. Poza tym najpierw twierdził, że jest z Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Oliwa, a później strzelił im wykład jak dołoży starań w Okręgówce by to zatuszować. - Celiny Kantyk w sumie nie rozumiem, była nieszczęśliwa w małżeństwie, miała innych kochanków, potem trafiła znowu na miłość życia. Kiedy zaszła w ciążę z Salomonem? Na studiach zanim poznała Janusza? Salomon wracał jak bumerang i chociaż była z Januszem to zaszła w ciążę z Salomonem? Dosłownie kobieta mogła odejść od Janusza i być z Salomonem, który pewnie zorientował się po latach, że Ali to jego syn, a nie wmawiać gościowi od mowy pozawerbalnej i innych horoskopów/reinkarnacji, że Ali to jego syn, tym bardziej, że Salomon nawet 20 lat później ją kochał. A tak kobieta rozpierdzieliła życie wszystkim w Wodniku. - Janusz Kantyk - oj wybitny skurwiel, chociaż jak rozegrał strzały do opon, żeby ich wywabić ze stołówki? Nikt nie zauważył, że go nie ma? - Hipotezy Gerarda: Pierwsza z tym szpikulcem to taka serio naciągana, chłopak dostaje wpierdol od matki, ale zamyka się w pokoju i leży zakrwawiony z otwartymi oczami, a potem matka na oczach Gerarda dobija syna szpikulcem? Druga, że to Janusz znienacka zaatakował syna, a następnie przekonał, że ma się zamknąć. No wybitny timing ofiary, dostaje w łeb od tyłu na tyle, że ma zakrwawioną twarz, a potem jest na tyle ogarnięta, że daje się przekonać i ma siłę zamknąć drzwi, ale upada w taki sposób, że wygląda, jakby ją ktoś zabił w pomieszczeniu, a nie np. zsuwa się po drzwiach. Jedyna różnica jest taka, że w pierwszej hipotezie Ali mniej oberwał i umiera później na oczach Gerarda wpatrującego się w okno, a w drugiej tak jak twierdzili od początku - umiera od młotka tylko wcześniej, ale w obu przypadkach ma siłę zamknąć drzwi i dobrze upaść. Szczerze? Czekałam, aż wyjdzie, że tak jak mówił Zenon budynki są połączone i sprawcą jest właściciel/wkurzony za romanse Janusz, który ukrywał się między budynkiem obok a Wodnikiem i dlatego nie było mokrych śladów. - W sumie XD, że gość, który zmasakrował człowieka w imię samosądu nad własnym synem (nie powinien wcześniej jakoś bardziej rozpaczać, skoro wiedział, że Ali to jego syn?) skończył w Prokuraturze Okręgowej, a zmarł w ramionach kobiety, która go nie wybrała za życia, ale dokończyła dzieła nad Januszem tłuczkiem do mięsa. - Co robiło MuVo na piętrze, skoro pokój Beaty Drejer był na parterze?
Labirynt: - Bezsensowna hipoteza Edlinga z tym, żeby kierować się logiką przy pierwszym liście. Dosłownie mieli napisane, że wczoraj złamali regulamin. Równie dobrze, organizatorzy mogli nie otwierać tego pokoju tak jak zrobili, to kiedyś Beacie i wtedy nikt by nie zginął na Placu, tylko w pokoju. Samobójcza misja Celiny i Salomona, ja bym zostawiła Jonasza - sorry gościu przyszedłeś ostatni, ale wtedy może nie dożyłby do końca rozgrywki, chociaż i tak mu nic nie było. Szkoda mi Celiny i Salomona. Wystarczająco im się życie spierdzieliło. - Nie do końca rozumiem sens transmitowania tego szerzej niż dla Rosy, żeby ich znalazła, chociaż Michalina miała się pilnować. Trochę powtórka z rozrywki z Kompozytora, ale bez głosowań i datków. Rozrywka dla innych oświeconych przez Kabalistę? - Trochę Squid Game, trochę Horst, a trochę Hunger Games. Jaki był plan gdyby Rosa ich nie znalazła? Michalina ze swoim towarzyszem uciekliby z Jonaszem do szpitala, a zwycięzca dostałby igłą w żyłę i został porzucony w Wodniku?
No ciekawa jestem jak poradzi sobie Beata Drejer zamknięta przez 10 lat? Więcej? I jak poradzi sobie Gerard z tyloma otaczającymi go kobietami. Mam nadzieję, że z tego wątku nie będzie trójkąta rodem z Forsta albo trudnych spraw jak u Seweryna i Burzy z ich ex. Dzięki Mróz za zerwaną noc 🙂↕️
This entire review has been hidden because of spoilers.
W roku 2006 w starym schronisku Wodnik na Mierzei Wiślanej odbywają się warsztaty poświęcone kinezji i jej roli w procedurach śledczych. Zorganizował je Janusz Kantyk, profiler specjalizujący się w zachowaniach niewerbalnych przestępców i świadków. Przyjechał do Krynicy Morskiej z żoną Cecylią i kilkunastoletnim synem Alim. Uczestników spotkania jest niewielu, wszyscy z branży, wśród nich prokuratorzy z Opola, zasłużony Gerard Edling i jego młoda podopieczna Beata Drejer. Burza, jaka się rozpętała nad Zatoką przejdzie do historii jako sztorm stulecia. W czasie gdy szalał, odcinając Wodnik od świata, w pokoju należącym do Kantyków znalezione zostają leżące na podłodze zwłoki ich syna. Okaleczenia wskazują, że został zamordowany, i to w pomieszczeniu, którego okna i drzwi były szczelnie zamknięte od wewnątrz. Czy Edlingowi uda się odkryć, jak do tego doszło? Jakie będzie to miało konsekwencje - od razu i w przyszłości?
Dwadzieścia lat później dziennikarka śledcza, Małgorzata Rosa, zatrudniona obecnie w opolskim „Głosie obywatelskim”, nadal nie może się otrząsnąć po sprawie - opisanej w tomie „Kabalista” - w badaniu której towarzyszyła prokuratorowi Edlingowi. W jej finale prokuratora ktoś porwał i od tego czasu wszelki ślad po nim zaginął. Gośka nie zamierza zrezygnować z poszukiwań, a anonimowy nadawca podrzuca jej trop wspominający Krynicę Morską 2006. Na miejsce wydarzeń z przeszłości wyrusza w towarzystwie obecnego opolskiego prokuratora Kacpra Fabischa. Chwilę później w powieści - mniej więcej od jej połowy - czytelnicy konfrontowani są z dwoma przeplatającymi się nurtami. Z jednej strony, po przypomnieniu finału „Kabalisty”, poznajemy losy Gerarda Edlinga, które stopniowo zaczynają współgrać z innymi postaciami z odległej przeszłości w czyimś krwawym scenariuszu, a z drugiej - śledzimy, nazwijmy to, misję ratunkową Rosy.
Remigiusz Mróz przywołując, swoim zwyczajem w Posłowiu, genezę powstania „Labiryntu” nie tylko wyjaśnia wybór krynickiej lokalizacji akcji, także powołuje się na tradycję kryminałów Agathy Christie. Rzeczywiście, rozwiązanie przez Gerarda Edlinga zagadki morderstwa w zamkniętym od wewnątrz pokoju podnosi rangę opolskiego prokuratora do godnych następców pani Marple czy Herkulesa Poirot. A jego intelektualne rozpracowanie labiryntu zbrodni przywodzi mi na myśl innego, współczesnego powieściowego śledczego geniusza, Roberta Huntera. Natomiast snując skomplikowaną, wielopoziomową fabułę, co więcej wykorzystując różne plany czasowe i konkretne miejsca, przywołuje Mróz rozmaite postaci ze swojego bogatego powieściowego uniwersum.
Tak długo jak mechanizmy manipulacji i zbrodni, a z drugiej strony ich odkrywanie, opierają się na fizycznych tropach oraz na psychologicznych i behawioralnych przesłankach, wydają się wszystkie dość wiarygodne. Gorzej z prawdopodobieństwem w dwóch innych kwestiach: ta mniej kluczowa dotyczy technologicznych kompetencji organizatorów krwawego labiryntu; jednak wyjaśnienie motywacji ich działań - zawarte w finale powieści - sięga sfery, w której szczerość nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie uwierzyć. A może przypisywanie ich jedynie niektórym, zmanipulowanym wykonawcom przestępstw jest tylko chwytem powieściowym, skądinąd dość popularnym?
W każdym razie powyższe obserwacje nie przeszkodziły mi w słuchaniu audiobooka, w wykonaniu Filipa Kosiora, z autentycznym zainteresowaniem.