Obowiązek ponad miłością, a może miłość ponad obowiązkiem?
Młody książę Alecsey, przyszły władca królestwa Valland, ceni własną niezależność i lubi się bawić. Wcale go nie cieszy perspektywa poślubienia nieznajomej księżniczki z sąsiedniego kraju. Niestety, tego właśnie życzy sobie jego ojciec, despotyczny król Caldwell.
Księżniczka Leanne z Artonn patrzy na świat trzeźwo i gotowa jest spełnić swoją powinność. Jej zagrożony zbrojnym najazdem kraj może uratować jedynie sojusz z silniejszym Vallandem. Sojusz przypieczętowany małżeństwem z dziedzicem sąsiedniego królestwa.
Alecsey i Leanne, choć się nie kochają, zamierzają wypełnić wolę rodziców.
Tylko czy ich młode serca i umysły oprą się pokusie wolności?
I co wspólnie odkryją w cieniu korony?
Książka dla czytelników powyżej szesnastego roku życia.
Głównym problemem książki jest brak konsekwentności. Autorka miesza style wypowiedzi – postacie raz wypowiadają się językiem bardzo swobodnym, wręcz młodzieżowym, a za chwilę rzucają słowami bardzo starymi, które wyszły już z użycia, co nadaje tekstowi styl podniosły. Ten zabieg powoduje pewien zgrzyt podczas przyswajania tekstu, co jest dodatkowo wzmocnione dużą ilością zdań niezwykle krótkich, nasyconych cudzysłowami i wykrzyknieniami. Opisy o wiele zyskałyby, gdyby krótkie zdania połączyć ze sobą i stworzyć szereg dłuższych zdań. Trzeba jednak przyznać, że styl autorki jest lekki i dobrze przyswajalny – książkę czyta się naprawdę sprawnie i szybko, nie czuć za bardzo przestojów fabularnych lub nierównego tempa. Za dużo tu jednak przysłów i sprośnych żartów. Występowało też u mnie poczucie bycia prowadzonym za rękę przez fabułę. Nie jest konieczny tak mocny nacisk na tłumaczenie fabuły czytelnikowi.
Muszę oddać autorce, że victim complex głównego bohatera jest prawdziwy. To się naprawdę udało autorce, ponieważ nie ma większej ofiary na świecie niż Alecsey, nikt nie cierpi bardziej, nikt nie jest bardziej niezrozumiany, bardziej pokrzywdzony przez los. Tutaj kończą się moje pozytywne odczucia na temat postaci, które są niesamowicie niekonsekwentne.
Alecsey, przynajmniej w odczuciu moim jako czytelnika, miał zostać wykreowany na osobę inną od reszty swojej rodziny. Na pierwszy rzut oka uosabia on łagodniejsze cechy takie jak oddanie swojemu ukochanemu kuzynowi, którego uważa za brata, troska o zwierzęta, wrażliwość na krzywdę słabszych, poczucie humoru. To, że jego braki w sprawności fizycznej nie naprawiają się nagle pod wpływem tej mitycznej już siły przyjaźni, to też ogromny plus. Wszystko to jednak zostaje w moim odczuciu zniszczone przez jego bardzo specyficzne podejście do kobiecych postaci, przy których jego łagodność po prostu znika. Ogromna ilość rozmów między Alecseyem a jego kuzynem zawiera okropne teksty na temat kobiet i dziewczynek (Lottie ma w końcu tylko 13 lat). Zadaję sobie pytanie – co takie dialogi, zwłaszcza o Lottie, dają fabule? Jak ją rozwijają? Co mówią o bohaterach? Nie ukrywam że zwłaszcza wypowiedzi Coltona na temat Lottie pozostawiły we mnie ogromny niesmak. Nie jestem odbiorcą, który występowanie danego zjawiska w książce uważa za promowanie lub pochwalenie go, ponieważ jest to po prostu niemądry światopogląd. Moje pytanie dotyczy jedynie tego, co takie sceny dają, czy są potrzebne, co mówią o samych bohaterach.
Postać Leanne… W tagach reklamujących książkę była emancypacja kobiet. Tylko gdzie była ta emancypacja? Każdy stereotyp o kobietach został w Vallandzie potwierdzony. Kobiety są w świecie Vallanda uważane za niezdolne do dzierżenia władzy, rozkapryszone, zmienne i nadmiernie uczuciowe, a Leanne potwierdza wszystkie te cechy. Mówi ona, że świat jest niesprawiedliwy i że to ona zasługuje na tron, ale nie udowadnia tego ani razu. Nie widzimy jej stającej naprzeciw wyzwaniom lub walczącej o swoje dziedzictwo. W jednej z najważniejszych scen zostaje ona w tyle, schowana przed niebezpieczeństwem, myśląc głównie o tym, że przebywa w jednym miejscu z Kianą, swoją rywalką, która, o zgrozo, nie nosi sukienek jak powinna kobieta. Ciężko jest mi też uwierzyć, że uderzenie księżniczki w twarz może nie mieć żadnych konsekwencji w świecie feudalnym. Leanne i Kiana rywalizują o Alecseya i wytykają sobie ubiór jak typowe stereotypowe kobiety, ale dlaczego? Leanne zna Alecseya tylko od doby a ich relacja przeskakuje z enemies to lovers. Jest to zastraszające tempo, co sprawia, że być może lekko łagodniejsze określenie rivals to lovers byłoby tu lepsze niż enemies to lovers.
No właśnie. Feudalizm. Nie wiemy zbyt wiele o świecie Vallanda.
Dziwi mnie jednak brak podstawowych zasad działania świata, którym rządzi monarchia. Jakim cudem Alecsey nie ma swojej gwardii książęcej? Gdzie rycerze zaprzysiężeni do obrony dziedzica królestwa? Dlaczego nikt nie rozpoznaje Alecseya w karczmach, do których tak często chodzi? Kowal bez żadnych konsekwencji może pobić księcia (układ z królem, wiem), co wysyła bardzo niebezpieczny sygnał dla rodów i pospólstwa pozostających pod władzą dynastii Alecseya. Trudno uwierzyć mi, że arystokracja pozwoliłaby na podniesienie ręki na członka rodu. Zgrzytem jest też dla mnie przedziwne użycie niektórych terminów nijak niepasujących do ustroju jakim jest królestwo. Królestwo nie ma obywateli. Ma poddanych. I czy książę naprawdę użyłby pojęcia “podział klasowy”? Albo czy księżniczka Leanne naprawdę w takim rodzaju świata użyłaby słowa “patriarchat?”
Ostatnim zarzutem jest swego rodzaju znikanie tła. Mam tu na myśli scenę niedoszłej egzekucji kowala. Jak to się dzieje, że jest związany, a w jego rękach pojawia się siekiera, którą jest dodatkowo w stanie atakować strzegących go strażników? Dlaczego Alecsey i reszta ekipy są w stanie tak po prostu wślizgnąć się na teren zamku, gdy król Caldwell szykuje się do egzekucji Claywortha? Nie ma żadnej straży przy bramach? Dodatkowo wiele informacji objawia się bohaterom w głowie prawie jak wizje.
Fabuła może wydawać się szalona, a jeden z wątków na pewno będzie dla części odbiorców kontrowersyjny, ale specyfika wydarzeń czy kontrowersja niekoniecznie muszą być uważane za błąd lub coś, co potrzebuje warsztatu, dlatego nie widzę sensu w omawianiu tych bardziej personalnych odczuć na temat dokładnego przebiegu powieści.
Najbardziej fascynującą postacią wydaje mi się Emley. Jest on tajemniczy i stoi w kontraście do swojego brata, co sprawiło, że jego obecność przyciągała moją uwagę.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Do "Vallandu" podeszłam z dobrym nastawieniem, ale też bez oczekiwań, gotowa przyjąć wszystko, co ta książka może mi zaoferować. I jak to wyszło?
Takie pierwsze 70/80 stron bardzo mi się dłużyło. Wtedy poznajemy naszych bohaterów, świat i relacje wokół, co jest ogromnie ważne, ale z jakieś powodu czytanie mi się ciągnęło i szło dość opornie. Główny bohater, Alecsey i jego kuzyn Colton delikatnie mnie irytowali właśnie przy początku. Ich zachowanie było dla mnie dziwne, nawet nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu dostawałam taki "ick" na początku.
Patrząc z perspektywy całej książki, nastąpiła w nich zmiana. Nie całkowita, ale taka, która sprawiła, że ostatecznie ich polubiłam. To co ich spotkało odcisnęło na nich piętno i nie zasługiwali na to, to po pierwsze, a po drugie, to zdecydowanie przeszli przemianę wewnętrzną i przywiązałam się do nich.
Alecsey i Colton to nie jedyne postacie, bo bardzo ważna jest też Leanne, która zostaje uwikłana w aranżowane małżeństwo z Alecsem, by ochronić swój kraj. Leanne też nie była dla mnie taką prostą, czarno-białą postacią, ale czytanie jej perspektywy bardzo mi się podobało!
Oczywiście są także inni bohaterowie jak Emley, którego polubiłam czy król Vallandu, którego nie polubiłam hahah
Ale przejdźmy dalej, bo najlepszą częścią tej książki jest jej fabuła. Ogromnie mi się podobało to jak została poprowadzona akcja książki. Kiedy już się wgryzłam, nie mogłam się oderwać i z zapartym tchem czytałam dalej. To ile tu jest plot twistów jest niewyobrażalne!
Na każdym kroku jakieś intrygi polityczne albo miłosne, bo w tej sferze też się wiele dzieje, choć jest to naprawdę specyficzne, ale podobało mi się w tym wszystkim! Po przeczytaniu dowiedziałam się, że książka, chociaż jest fantastyką, osadzona została w średniowiecznych realiach, czego nie wiedziałam, a co wyjaśniło mi wiele zachowań i sytuacji w książce oraz sprawiło, że bardziej ją doceniłam i polubiłam ❤️
Ostatnie około sto pięćdziesiąt stron przeczytałam dosłownie na raz, bo nie mogłam się oderwać! Żwawa akcja, rozwiązują się konflikty, mamy walkę i dowiadujemy się kilku nowych rzeczy, co razem daje nam uczucie podobne do jazdy na rollerckosterze bez trzymanki. A epilog zostawił mnie wpatrującą się w przestrzeń pustym wzrokiem, bo nie mogłam przeprocesować tego hahah
"Valland. Przeklęta krew" to oryginalna i niespotykana fantastyka z cudownym klimatem. Mimo początku, czerpałam dużą przyjemność z jej czytania i po zamknięciu książki, nie mogłam przestać o niej myśleć 💞 (dalej procesuję to, co Natalia nam zaserwowała 🙈) Polecam wam ogromnie, bo czegoś takiego na pewno jeszcze nie czytaliście!
w tej książce dzieje się naprawdę bardzo dużo. wychodzimy od relacji dwóch bohaterów, którzy zmuszeni są do wzięcia ślubu, poprzez „groźbę” zamachu w czasie ich przyjęcia zaręczynowe i po drodze zahaczamy o wątek kowala, który terroryzuje miasto? królestwo? bo niestety świat wydaje się bardzo mały i nie do końca wiadomo jak to wygląda.
na samym początku poznajemy również kuzyna naszego głównego bohatera i tutaj już mamy wskazane jaki humor będzie nam towarzyszył całą książkę - jest to humor dość rubaszny, żarty są dość „wujkowe” - niestety do mnie on nie trafia.
myślałam, że skupimy się mocno na polityce oraz całej zagadce dotyczącej wspomnianego zamachu czy powstrzymywaniu wspomnianego kowala od szerzenia terroru wśród mieszkańców, ale tak naprawdę opieramy się przez większość czasu na relacji księcia i księżniczki, co niestety trochę mnie zawiodło. cała sprawa zamachu zostaje rozwiązana tak naprawdę dość szybko, bo bohaterowie praktycznie od razu domyślają się o co chodzi i nawet nie podążamy za nimi jak chociażby sprawdzają te informacje, co trochę sprawiło że nie zaangażowałam się w ten plottwist.
no i nasz wątek romantyczny, który mimo wszystko jest dość ważny. ja niestety nie kibicujemy głównemu bohaterowi. nie do końca rozumiem czemu poszło to w tę stronę, jeśli miało to być zaskoczeniem, to według mnie wybrankiem alecseya nie musiał być jego najbliższy kuzyn, bo jest to tak opisane, jakby naprawdę nie było żadnych przeszkód dla tego związku w tym świecie. bohaterowie zastanawiają się przez chwilę nad tym, że będzie to bardzo ciężkie i będą musieli się odkrywać, ale bardzo szybko podejmują decyzje, że to jest okej, a bohaterowie poboczne nie są nawet zbytnio oburzeni. dlatego uważam, że wątek iż jest to kuzynostwo jest po prostu niepotrzebny i niestety dla mnie to było dziwne.
jeśli chodzi o styl pisania, to bardzo subiektywne, ale nie mogłam zaangażować się w lekturę tak jak bym chciała przez dość krótkie w większości zdania i opisy. były one bardzo proste, czasami miałam wrażenie że przeskakujemy z miejsca na miejsce albo, że rzeczy dzieją się po sobie dziwnie szybko, brakowało mi przestoju.
uważam jednak, że książka na pewno spodoba się wielu osobom, zwłaszcza przez fakt, że ciągle coś się dzieje i jest dość łatwa w odbiorze.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Alecsey bardziej od dziedzictwa tronu i władzy ceni sobie swoją wolność. Niebawem jednak ma zostać ona ograniczona, gdyż książę ma stać się mężem księżniczki Leanne, by uratować jej kraj przed nieustępliwie zbliżającą się wojną. Brzmi jak idealny początek uroczego, otulającego romantasy, czyż nie? W przypadku „Vallandu” nie ma nic bardziej mylnego!
To powieść pełna intryg, dusznej, przytłaczającej wręcz atmosfery, szarych moralnie bohaterów i trudnych, niecodziennych tematów, które sprawiają że bezapelacyjnie wyróżnia się spośród innych tytułów.
Natalia pokazała fenomenalny warsztat, operując językiem perfekcyjnie dopasowanym do przedstawianej historii. Poznajemy ją z perspektywy młodego księcia, który mimo swojej pozycji i przygotowywania do pełnionej funkcji od najmłodszych lat, wciąż czuję się zagubiony i niepewny wobec odpowiedzialności, która ma spaść na jego barki gdy zasiądzie na tronie. Jego perspektywa idealnie to lustruje, czytając byłam w stanie w pełni uwierzyć, że narratorem jest targany wątpliwościami i nieco roztrzepany chłopak, który stoi przed ogromnym dylematem, co świetnie budowało cały klimat.
Świat przedstawiony to temat rzeka - brakuje mi epitetów by wyrazić, jak wspaniale i obrazowo został on wykreowany. Naprawdę widać, że autorka przyłożyła się całą sobą do researchu, widać że wie o czym pisze i stara się wdrożyć czytelnika do świata historycznego królestwa jak tylko najbardziej to możliwe. Czytając kolejne wątki, poznając nowe lokalizacje, zapominałam że po prostu czytam - czułam się jakbym sama spacerowała między straganami na targu lub w mrocznych, ciemnych, pałacowych korytarzach.
Atmosfera jaka otula niezliczone intrygi i coraz to nowsze tajemnice również zasługuje na ogromne wyróżnienie. Czułam fenomenalny klimat, duszny, ciężki i taki, który sam w sobie wywoływał we mnie dozę niepewności. Każda ze scen była podparta odpowiednio wykreowanym otoczeniem, które nie pozwalało nawet na sekundę wyrwać się z dziejących się na kolejnych stronach wydarzeń.
Bardzo doceniam nietuzinkowosc „Vallandu” i odwagę Natalii do poruszania tematów, które rzadko spotyka się w książkach. Są one trudne, często ryzykowne i takie, w których bardzo łatwo przekroczyć granice. Jednak pisane spod pióra autorki stają się idealnym elementem komponującym się z każdym wydarzeniem, sprawiając że łączą się w jedną, spójną całość, która wciąga czytelnika bez pamięci. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak wiele wątków zostało poruszone na stosunkowo niewielkiej ilości stron i jak fantastycznie zostało to zrobione. W żadnym momencie nie byłam w stanie powiedzieć, że czuję niedosyt, bo wspaniale operowanie językiem przez autorkę skutecznie przekazywało mi każdą niezbędną informacje i ogromną dozę, często niezwykle skrajnych emocji.
Często czułam na plecach ciarki adrenaliny, kiedy z zapartym tchem przerzucałam kolejne strony by jak najszybciej rozwiązać jedną z wielu spadających na ród Rossow zagadek. Autorka zrzucała na mnie jedną po drugiej nie dając chwili wytchnienia, co w niektórych momentach sprawiało, że nie wierzyłam nawet samej sobie w to, komu kibicuję, a komu nie do końca ufam. Sytuacje zmieniały się nieprzewidywalnie, a ilość plot twistów jest wprost nie do opisania! Czytając czułam każdą emocje, zarówno te związane z niecierpliwością, dreszczykiem tajemnic, jak i te związane z ogromną sympatią do bohaterów i ich relacji, które niejednokrotnie przyprawiały mnie o rumieńce.
Książka, która miała być prosta, przyjemna fantastyka, na zawsze stała się dla mnie czymś zdecydowanie więcej. Powieścią, do której z pewnością będę wracała niejednokrotnie i za każdym razem odkrywała nowe, wcześniej przeoczone szczegóły, które jeszcze głębiej pozwolą mi przeanalizować jej wyjątkową fabułę. To must read dla każdego, kto czytając ma ochotę zapomniec o otaczającym go świecie i przenieść się w zagmatwany, historyczny świat, z którego z pewnością zbyt szybko nie wyjdzie - przynajmniej do momentu przeczytania epilogu. To historia łamiąca schematy, która tylko czeka na fanów dworskich intryg!
A poza recenzja, zwyczajnie dziękuję. Wydawnictwu Beya oraz najwspanialszej Natalii Muniowskiej za tak ogromną szansę. Znalezienie swojego logo na okładce fantastyki to coś, o czym nawet nie śniłam marzyć, a jednak zdołało się ziścić. Jestem niesamowicie wdzięczna, że mogłam objąć patronatem historię, która już bezpowrotnie stała się częścią mnie i która już na zawsze będzie dla mnie synonimem odwagi, przemiany i wyłamywania się z określonych przez ogół schematów. Dziękuję, że mogłam ją poznać i dołożyć do niej swoja cegiełkę. Z niecierpliwością czekam na powrót do Vallandu <3
Kocham strefę czytacza i oglądam ich filmy na bieżąco, ale z całym szacunkiem dla pani Natalii, Strasznie męczyłam się czytając tą książkę 😭 nie jest ona dla mnie, ze względu na styl jakim jest napisana. Za dużo tu seksualnych podtekstów w dialogach i niekiedy w opisach, przez co ciężko w ogóle brnąć dalej. Brakuje mi tu właśnie normalnych POWAŻNIEJSZYCH rozmow które prowadziły by do czegoś dalej w fabule. A gdy już takie nastepują szybko są ucinane. Szkoda.
Akcja w książce dzieje się zbyt powolnie, jak dla mnie. Mialam wrażenie że czytam to samo kilka razy, bedac juz na 200 stronie... dwa pierwsze rozdziały jako tako trzymały tępo ale później zdecydowanie je traciło.
Historia tez jakos mi nie siedzi i mnie nie przekonuje. Dużo tutaj niekonsekwencji i braków logiki. Zero tła, cale te królestwo i jego codzienne życie jest jakieś rozlane. Zdecydowanie bardziej wolałabym by książka skupiała się właśnie na opisie działania ustroju i społeczeństwie niż na całych tych zbocoznych, "zabawnych" żartach.
Tego typu książki są dla mnie najcięższe w recenzowaniu. Dlaczego? Ponieważ Nie do końca wiem, czy mi się ta książka podobała czy nie. Z jednej strony, fajny pomysł na historię, jest książę, jest księżniczka, są tajemnice, jest rozwijający się romans młodych ludzi. Każda ze stron ma swoje sekrety i cele do zrealizowania, a to sprawia, że od samego początku można wyczuć napięcie i niepewność co do tego, jak potoczą się losy bohaterów. I jest tu kilka naprawdę dobrych plot twistów. Ale z drugiej strony, nie ma żadnej sceny, która zapadłaby mi mocniej w pamięć, jest dużo dialogów które nie wnoszą nic do fabuły, a sam wcześniej już wspomniany romans, staje się trochę męczący, ponieważ po 242 stronach główną para dalej nie jest zdecydowana czy chce ze sobą być czy nie (dodam, że dochodzi między nimi bardzo często do różnych zbliżeń, więc nie, nie jest to slow burn) a w dodatku autorka co rusz jakby zmienia główny wątek romantyczny. I na ten temat więcej nie powiem, bo nie chciałabym zaspojlerowac wam tego o co tam chodzi. Książkę ogólnie czytało mi się szybko, nie miałam jakiś zastoi. Ale też nie było tak, żebym nie mogła się od niej oderwać. No i to się tak wyważa. Jeśli chodzi o samą fabułę to mówiąc o niej krótko i treściwie mamy Księcia, który przejmuje się losem swoich poddanych i ma on poślubić księżniczkę która to niby przypada mu do gustu a niby nie. Król, który obecnie włada królestwem nie do końca popiera to całe przejmowanie się poddanymi i przymyka oko na wiele rzeczy, ponieważ sam w niektórych macza palce. Księżniczka, która przyjechała poznać swojego przyszłego męża jest raczej dość stanowczą osobą, która cały czas stara się przekonać swojego ojca, że jest w stanie sama rządzić królestwem i wyjść za mąż wtedy kiedy bedzie tego po prostu chciała, jednak sojusz z Vallandem ma zapewnić jej wojsko, którego bardzo teraz potrzebuje. Czy dwoje ludzi, którzy nie lubią, gdy ktoś mówi im, co mają robić, będzie w stanie znaleźć wspólny język? A może ich spotkanie zamieni się w grę, w której stawką będzie nie tylko przyszłość dwóch królestw, ale również ich własne serca? Ps. Muszę się przyznać, że moja recenzja, a szczególnie jej końcówka, jest troszkę…podchwytliwa ;).
{współpraca recenzencka z wydawnictwem BeYa / grupą wydawniczą Helion} Odkąd usłyszałam, że ta książka powstaje, to wiedziałam, że będą chciała ją przeczytać. Uwielbiam "Strefę czytacza", jeden z najdłużej oglądanych kanalow na yt w moim przypadku. Niestety, trochę się zawiodłam :( Nie ukrywam, że nie oglądałam zbyt dużo materiałow na temat powieści, by się w żaden sposób nie nastawiać. Wiedziałam tylko, że to fantastyka. Jezeli chodzi o plusy, to styl pisania autorki jest naprawdę przyjemny. Chciało mi się wracać do czytania. Mimo to czasem słowa były niepasujące do reszty. Jakieś wyrazy, ktorych obecnie juz sie nie uzywa. Troche odebralo to spojnosci tekstu pisanego lekkim piorem. Jeden wątek fabuly jest bardzo przewidywalny. Nie da sie tego opisac bez spojleru, ale jak ktos już czytał, to mam nadzieję, że wie, o co mi chodzi. Natomiast reszta wydarzeń byla raczej w porządku. Największym moim zdaniem minusem "Vallanda" jest ta dziewczyna. Leanen (chyba, jak źle napisałam to poprawie!!). Nie wiem, czy taki był zamiar autorki, ale straszna z niej hipokrytka. Niby taka niezalezna, moze sama rzadzic, wyzywa Alecsa od niewiadomo jakiego strasznego mezczyzny zyjacego w patriarchalnej bańce, po czym się dziwi, czemu inna dziewczyna nie lubi sukienek. GIRL STOP IT! Bardzo konfundująca bylo tez dla mnie zachowanie bohaterów w stosunku 13-letniej Lottie. Wiekszosc mezczyn uzywalo jej do zartow o slubie (nie moj humor), a jej starsza siostra mowila, ze to najbardziej niewinne stworzenie na swiecie, ktora wszedzie widzi samo dobro. W jakiej bance zyla Leanen??? 13-latka to nie 3-latka. Odnioslam rowniez wrazenie, iz budowa swiata jest troche dziwna, jakby nieprzemyslana. Jednak wszystkie przyklady, ktore przychodza mi do glowy, posiadają spojlery. Reszta powiesci byla po prostu okej. Nie zachwycilam sie niczym. Moge jedynie dodac, ze moim ulubionym bohaterem jest chyba Emley, a o ile zakonczenie bylo calkiem niezle, to epilog mi sie nie podobal. Końcowo moge polecic jezeli ktos jest zainteresowany, ale na rynku jest sporo lepszych książek fantasy. Mimo to, jest to ciekawy początek.
Kolejne piękne wydanie w moich łapkach! "ᴠᴀʟʟᴀɴᴅ. ᴘʀᴢᴇᴋʟęᴛᴀ ᴋʀᴇᴡ" to całkiem ciekawy debiut od Natalii Muniowskiej. Debiut, który ma trochę minusów (a która książka ich nie ma?),ale pomimo to czyta się go DOBRZE. Sekrety, intrygi, dworska etykieta i aranżowane małżeństwo dla sojuszu... Czy coś w takim zestawieniu może pójść nie tak? Zdecydowanie tak!
Największą wadą #vallandprzekletakrew jest kreacja postaci samej głównej bohaterki... Nie polubiłam się z Leanne, jej zachowanie absolutnie nieadekwatne do hierarchii, w jakiej się znajduje. Jedno mówi, drugie robi, a trzeci zarzuca wszystkim wokół. 🫣 Wątek romantyczny dziwny... Coś jest, później tego nie ma tylko po to, żeby na koniec zwalić z nóg. Zakończenie otwarte... Czyżby szykowała się kontynuacja?
Wątek LGBT poprowadzony dobrze! Przyczepić muszę się jednak do więzów rodzinnych, jakie zostały tu dodane... Szkoda, bo to mi zgrzytało. Styl pisania Muniowskiej miły dla oka, a ilość zwrotów akcji, jaki nam zaserwowała... Powalająca!
Sięgnęłam po tę historię głównie dlatego, że bardzo zainteresował mnie jej opis. Byłam ciekawa, jak rozwiną się losy bohaterów i co takiego przygotowała dla nas autorka. Wiecie, kiedyś to zazwyczaj ojcowie decydowali o tym, za kogo wyjdą za mąż ich córki, a własne uczucia schodziły na dalszy plan. Właśnie na takim pomyśle opiera się ta historia, więc liczyłam na coś naprawdę ciekawego. Niestety, mimo że sam zamysł miał potencjał, nie wszystko zagrało tak, jak powinno. Na początku poznajemy księżniczkę Leanne, która ma poślubić księcia Vallandu, Alecseya. Dzięki temu jej kraj ma szansę uniknąć zagrożenia ze strony sąsiada. Sama koncepcja bardzo mi się spodobała, bo lubię historie, w których bohaterowie zostają postawieni przed trudnymi wyborami i muszą stanąć przed decyzją, której sami nie podjęli. Pomyślałam sobie, że może być z tego naprawdę fajna historia, szczególnie jeśli między księżniczką a księciem z czasem pojawi się coś więcej. No i tutaj zaczęły się schody. Od samego początku miałam problem z Leanne. Jej zachowanie było dla mnie dość dziwne i zwyczajnie coś mi w niej nie pasowało. Nie potrafiłam jej polubić, ale pomyślałam, że może to tylko pierwsze wrażenie i z czasem zobaczę w niej coś więcej. Niestety, przez całą książkę nie udało mi się zmienić zdania. Leanne wydawała mi się bardzo dziecinna, kapryśna, a momentami wręcz fałszywa. Brakowało mi u niej wyczucia sytuacji i miałam wrażenie, że nie do końca rozumie, w jakim położeniu się znalazła. Oczywiście możliwe, że właśnie taka miała być, ale mnie jej zachowanie po prostu nie przekonało. Jeśli chodzi o Alecseya, to tutaj moje odczucia były raczej neutralne. Nie miałam do niego jakichś większych zastrzeżeń, ale też nie poczułam, żebym mogła się do niego przywiązać. Liczyłam na to, że jego relacja z Leanne będzie się stopniowo rozwijać. Wiadomo, nie oczekiwałam, że od razu się w sobie zakochają, skoro oboje zostali zmuszeni do małżeństwa, ale miałam nadzieję, że mimo wszystko zaczną się do siebie przekonywać. Szczególnie, że książę próbował się o nią troszczyć, co dawało mi nadzieję na jakiś ciekawszy rozwój ich relacji. Niestety, Leanne nadal była negatywnie nastawiona praktycznie do wszystkiego i ja po prostu nie czułam między nimi tej iskry. Przez to ciężko było mi zaangażować się w całą historię. Chciałam przeżywać razem z bohaterami ich perypetie i zastanawiać się, jak potoczą się ich losy, ale jakoś nie potrafiłam. Czytałam dalej, licząc, że może wydarzy się coś, co zmieni moje podejście i sprawi, że w końcu wkręcę się w tę opowieść. I wtedy pojawił się plot twist! A właściwie coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Okazuje się, że Alecsey kręci z innym mężczyzną. Powiem Wam, że byłam naprawdę zaskoczona, bo zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Sam wątek nie był dla mnie problemem, ale miałam wrażenie, że jakoś nie pasował mi do całej historii. Spodziewałam się przede wszystkim opowieści o królestwach, najazdach i małżeństwie zawartym z obowiązku, a tutaj nagle pojawił się wątek, który kompletnie zmienił moje spojrzenie na tę fabułę. A żeby tego było mało, okazuje się, że chodzi o jego najbliższego kuzyna. I tutaj pojawił się u mnie naprawdę spory zgrzyt. Nie ukrywam, że było to dla mnie bardzo dziwne i zwyczajnie nie potrafiłam się do tego przekonać. Miałam wrażenie, że ten element został wrzucony do historii w sposób, który nie do końca mi odpowiadał. Oczywiście szanuję wizję autorki, bo każdy ma prawo napisać swoją historię tak, jak chce. Wiem też, że znajdą się osoby, którym taki zwrot akcji przypadnie do gustu. Ja jednak nie należę do tej grupy. Chyba za bardzo skupiłam się na zachowaniu bohaterów i na tym, co działo się w ich relacjach, przez co nie potrafiłam w pełni zainteresować się resztą wydarzeń. A szkoda, bo przecież w tle mamy zagrożenie dla całego kraju. Był tutaj materiał na naprawdę ciekawą opowieść, ale niestety coś nie pozwoliło mi się w nią wciągnąć. Samo pióro autorki również nie porwało mnie jakoś szczególnie. Nie mogę powiedzieć, że czytało mi się tę książkę tak dobrze, jak liczyłam, a historia nie wywołała we mnie większych emocji. Najbardziej szkoda mi tego potencjału, bo pomysł naprawdę mnie zainteresował i właśnie dlatego miałam wobec tej powieści pewne oczekiwania. Na szczęście jest coś, co zdecydowanie przypadło mi do gustu, a mianowicie samo wydanie. Książka jest naprawdę ładna i pięknie prezentuje się na półce. Szkoda tylko, że jej wnętrze nie zrobiło na mnie równie dobrego wrażenia. Ta książka niestety nie do końca przypadła mi do gustu. Liczyłam na nieco inny rozwój sytuacji. Wiele razy próbowałam znaleźć w tej historii jakieś pozytywy, jednak końcowo ciężko mi było znaleźć jakikolwiek… Nawet niektóre zwroty akcji zwyczajnie mnie nie przekonały. Nie uważam, że jest to książka, której nikt nie polubi, bo przecież każdy z nas szuka w historiach czegoś innego. Po prostu tym razem nie trafiła w mój gust. Mimo wszystko cieszę się, że mogłam poznać twórczość Natalii i przekonać się, jak wygląda jej pomysł na tę opowieść. ❤️🩹
This entire review has been hidden because of spoilers.
Przyznaję, że po samym wyglądzie „Valland. Przeklęta krew” spodziewałam się zupełnie innej historii. Piękne, dopracowane wydanie sugerowało mi lekką, młodzieżową fantastykę, a tymczasem dostałam powieść znacznie bardziej rozbudowaną, pełną intryg, tajemnic i dworskich zależności. I choć nie wszystko ostatecznie mnie przekonało, pierwsze wrażenie było naprawdę bardzo dobre. Szczególnie spodobał mi się świat przedstawiony. Jest prosty i stosunkowo łatwy do poznania – bez dziesiątek ras, skomplikowanej mitologii czy miliona nazw, które trzeba zapamiętać. Zamiast tego mamy królestwa, arystokrację, rycerstwo, miecze i dworską politykę. Surowe fantasy w klimacie średniowiecza, którego ostatnio zdecydowanie mi brakowało. Do tego autorka od początku wrzuca nas w wir wydarzeń, dzięki czemu szybko zaczynamy odkrywać, że za pozornie spokojnym życiem na dworze kryje się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Głównym bohaterem jest Alecsey - następca tronu Vallandu, który zdecydowanie nie zachowuje się jak ktoś, kto marzy o koronie. Woli zabawę, karczmy i życie na własnych zasadach. Wszystko zmienia się, kiedy jego ojciec postanawia zaaranżować jego małżeństwo z księżniczką Leanne z Artonn. Dla niej nie jest to jednak wyłącznie kwestia uczuć. Jej ojczyzna potrzebuje sojuszu z Vallandem, dlatego dziewczyna jest gotowa wypełnić swój obowiązek. Oczywiście żadne z nich nie marzy o małżeństwie z nieznajomym. Początkowo między bohaterami pojawia się sporo niechęci, dystansu i wzajemnych złośliwości. Z czasem zaczynają jednak poznawać siebie nawzajem, a ich relacja powoli się zmienia. I tutaj pojawia się moje największe „ale”. Z jednej strony podobało mi się, że romans nie był oczywisty i że autorka nie postawiła wszystkiego na natychmiastowe uczucie. Z drugiej jednak momentami kompletnie nie rozumiałam, w którym miejscu tej relacji jesteśmy. Wszystko rozwijało się bardzo powoli, a później nagle następował ogromny przeskok. Brakowało mi przede wszystkim chemii i płynności w tej relacji. Dużo lepiej wypadały dla mnie dworskie intrygi, rodzinne sekrety i tajemnice z przeszłości. Zwrotów akcji było naprawdę sporo, a część z nich potrafiła mnie autentycznie zaskoczyć. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, komu właściwie można ufać. Jednocześnie tych tajemnic i kolejnych rewelacji było tak dużo, że niektóre wątki zwyczajnie ginęły w tłumie. Mam również mieszane uczucia względem bohaterów. Alecsey zdecydowanie został moim ulubieńcem. Początkowo może wydawać się beztroskim bawidamkiem, ale z czasem pokazuje zupełnie inne oblicze. Podobało mi się obserwowanie jego przemiany i tego, jak zaczyna mierzyć się z obowiązkami, oczekiwaniami ojca oraz własną tożsamością. Z Leanne niestety kompletnie się nie polubiłam. Jej zachowanie wielokrotnie mnie irytowało, szczególnie przez rozdźwięk pomiędzy tym, co mówiła, co myślała, a tym, co ostatecznie robiła. Co ciekawe, pod koniec książki inni bohaterowie również zwracają uwagę na jej zachowanie, dlatego nie odebrałam jej kreacji jako przypadkowej. Po prostu nie była to postać, z którą potrafiłam się zżyć. Na plus zaliczam również to, że „Valland” nie jest wyłącznie historią o romansie. W tle mamy temat obowiązku, polityki, rodzinnych zależności, poszukiwania własnej tożsamości i próby odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jesteśmy, kiedy całe życie ktoś próbuje zdecydować za nas. Nie wszystko jednak zadziałało. Największym problemem okazała się dla mnie ilość rozpoczętych wątków, sekretów i rozterek bohaterów. Momentami miałam wrażenie, że autorka próbuje zmieścić w jednej książce materiał na kilka historii. Przez to niektóre elementy nie dostały tyle miejsca, ile moim zdaniem potrzebowały. Mam też spory problem z jednym z wątków rodzinnych, który pojawia się w historii. Był dla mnie zdecydowanie niepotrzebny i zamiast zaciekawić, mocno wybił mnie z lektury. To właśnie ten element sprawił, że w pewnym momencie naprawdę straciłam ochotę na dalsze czytanie. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że „Valland. Przeklęta krew” jest książką bez potencjału. Wręcz przeciwnie - potencjał jest tutaj ogromny. Autorka stworzyła historię, w której naprawdę dużo się dzieje, potrafi zaskoczyć czytelnika i zostawiła sobie mnóstwo możliwości na kontynuację. Samo zakończenie pozostawiło mnie z jeszcze większym mętlikiem niż miałam w trakcie lektury. Nie jestem pewna, czy jestem gotowa na kolejną część, ale jednocześnie ciekawość sprawia, że prawdopodobnie po nią sięgnę, jeśli powstanie. Chcę przede wszystkim zobaczyć, dokąd autorka poprowadzi bohaterów i jak rozwiąże wszystkie pozostawione niewiadome. „Valland. Przeklęta krew” to dla mnie nierówny, ale interesujący debiut. Nie wszystko przypadło mi do gustu, momentami historia była zbyt przeładowana, a niektóre relacje i wątki mocno mnie zgrzytały. Jednocześnie znalazłam tutaj kilka naprawdę dobrych pomysłów, świetne zwroty akcji i bohatera, którego z przyjemnością obserwowałam. To zdecydowanie jedna z tych książek, przy których mam poczucie, że mogło być naprawdę świetnie, gdyby nieco mocniej dopracować i rozwinąć niektóre elementy.
Potrzebowałam chwili, żeby wciągnąć się w tę historię, ale kiedy już to się udało, książkę czytało mi się naprawdę szybko. Nie ma tutaj większych przestojów, całość jest raczej dynamiczna, a w dialogach nie brakuje zadziornych tekstów i żartów.
Niestety mam sporo zastrzeżeń do bohaterów.
Przez sporą część książki męczyła mnie postawa Alecseya. Cały czas czekałam, aż w końcu stanie na wysokości zadania, weźmie się w garść i pokaże, na co go stać. Że zawalczy o siebie, ludzi, których kocha, swoje prawa i koronę. Szczególnie że kilkukrotnie podkreślano, że ma on „parę w łapie”, świetnie radzi sobie z mieczem i potrafi nieźle strzelać z kuszy.
Liczyłam więc na moment, w którym wreszcie przełamie swoją bierność. I choć częściowo się tego doczekałam, nie do końca w taki sposób, jakiego oczekiwałam. Mimo wszystko Alecsey z czasem zyskał trochę mojej sympatii i zdecydowanie nie był postacią, która irytowała mnie najbardziej.
Bo tutaj bezkonkurencyjna okazała się Leanne. 🙈
Jak ta dziewczyna mnie denerwowała! Cały czas powtarzała, że nie potrzebuje małżeństwa, bo sama doskonale poradzi sobie z rządzeniem. Podkreślała, jak ważne są dla niej tron, korona i królestwo, które przecież jej się należą. Tylko kiedy przychodziło co do czego, najważniejsza była ona sama.
Nawet jej młodsza siostra, z którą Leanne była bardzo związana i która zawsze ją wspierała, w pewnym momencie miała dość jej zachowania i całkiem trafnie ją podsumowała.
Leanne jest egoistyczna, obrażalska, wiecznie z czegoś niezadowolona i zmienna jak chorągiewka. Najpierw nie chce ślubu, trzyma Alecseya na dystans i robi wszystko, żeby się z nim nie zaprzyjaźnić… a chwilę później idzie z nim do łóżka. 🤦🏼♀️
Przez większość książki jej przemyślenia, słowa i działania były po prostu strasznie niekonsekwentne.
Sam romans Leanne i Alecseya również kompletnie do mnie nie trafił, a przecież motyw aranżowanego małżeństwa zazwyczaj bardzo lubię. Tutaj od początku nie czułam, żeby ta dwójka miała jakiekolwiek szanse się dogadać. Nie było dla mnie między nimi chemii, napięcia ani pożądania.
Dużo bardziej zainteresowała mnie relacja Alecseya i Emleya. Między nimi faktycznie czułam większe przyciąganie, a ich interakcje zdecydowanie bardziej mi się podobały. Choć i ten romans nie był idealny. Uczucia Alecseya pojawiają się dość nagle, podczas gdy wcześniej ich relacja opierała się głównie na złośliwościach i wzajemnej niechęci. Zabrakło mi czegoś pomiędzy. Jakiegoś momentu, w którym rzeczywiście mogłabym zobaczyć, że ich relacja zaczyna się zmieniać.
No i najważniejsze… czy Emley naprawdę musiał być jego kuzynem? 😫
Sam wątek LGBT jak najbardziej oceniam na plus, ale kompletnie nie rozumiem, po co dodatkowo robić z niego relację kazirodczą.
Trochę też miałam nadzieję, że razem z bohaterami będziemy stopniowo odkrywać tajemnice z przeszłości i rodzinne sekrety, łączyć fakty i próbować dojść do prawdy.
Niestety większość odpowiedzi pojawia się dość szybko i właściwie bez większego wysiłku ze strony postaci. Zamiast śledztwa czy mozolnego odkrywania kolejnych elementów układanki miałam wrażenie, że wszystkie potrzebne informacje po prostu spływają na bohaterów dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne.
Sam świat również został przedstawiony bardzo pobieżnie. Poznajemy właściwie zamek, las i jedną wioskę. A co z resztą królestwa? Jak wygląda życie poza najbliższym otoczeniem bohaterów? Jakie są inne królestwa? Jak wyglądają relacje między nimi? Informacji na ten temat jest strasznie mało. Chętnie zobaczyłabym i dowiedziała się więcej.
Jak widzicie, zastrzeżeń mam naprawdę sporo. 😅
A jednak… coś w tej historii sprawiło, że nadal jestem nią zaintrygowana. Zostało mi sporo pytań bez odpowiedzi i mimo wszystkich rzeczy, które mnie irytowały, jestem ciekawa, co wydarzy się dalej.
Więc chyba pozostaje mi tylko poczekać na kolejny tom i sprawdzić, jak potoczy się ta historia.
„Valland. Przeklęta krew” autorstwa Natalii Muniowskiej to jedna z tych książek, po których zakończeniu mam mieszane uczucia i nie do końca wiem, co uważam. Z jednej strony nie mogę powiedzieć, że ta historia była zła, bo znalazło się w niej kilka rzeczy, które bardzo mi się podobały, ale z drugiej zabrakło mi w niej czegoś, co sprawiłoby, że naprawdę bym się w nią zaangażowała. Chyba największym problemem okazało się dla mnie przedstawienie całej historii. Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że wiele wątków zostało mocno spłyconych, przez co akcja działa się według mnie trochę za szybko. I mimo że dzięki temu całą historię czytało się dość szybko, to odniosłam wrażenie, że nie mam czasu, żeby dokładnie poznać świat. Szczególnie odczułam to na początku, bo niestety brakowało mi takiego wprowadzenia do tego świata. Zamiast tego już od pierwszych rozdziałów dostaliśmy szybką akcję, przez co przez pierwsze rozdziały czułam się dość zagubiona, nie rozumiałam, co się dzieje i długo próbowałam odnaleźć się w tym wszystkim. Myślę, że gdyby niektóre rzeczy zostały bardziej wyjaśnione i rozwinięte, zdecydowanie łatwiej byłoby mi się w tę historię zaangażować.
Ogromnym plusem tej książki okazały się jej plot twisty. Było ich naprawdę sporo i szczerze mówiąc, żadnego z nich nie przewidziałam. Każdy kolejny potrafił zaskoczyć mnie coraz bardziej, więc to akurat udało się autorce bardzo dobrze. Jednak miałam już pod koniec takie myśli, że może za dużo tych zwrotów akcji i wolałabym, żeby konkretny wątek został trochę bardziej rozwinięty, niż zakończony w przypadkowym momencie kolejnym plot twistem. Nie polubiłam się również z wątkiem romantycznym w tej historii. W pewnym momencie sama już nie wiedziałam, co, gdzie, jak i z kim. Zaczęło mnie to męczyć, przez co relacje pomiędzy bohaterami przestały mnie interesować tak, jak powinny. Nie do końca jestem też usatysfakcjonowana zakończeniem. Cała końcówka wzbudziła we mnie naprawdę wiele emocji, ale nadal nie wiem, co właściwie o niej myślę i czy podoba mi się to, w jaki sposób autorka zdecydowała się zamknąć tę historię.
Alecsey okazał się bohaterem, którego naprawdę polubiłam. Był postacią, którą bardzo dobrze mi się poznawało i jako jedyny z całej tej historii wzbudził we mnie jakieś większe odczucia. W pewnym momencie zaczęłam mu naprawdę współczuć tego, że każdy plot twist napisany przez autorkę wiązał się z kolejną dawką bólu dla niego. Nie uważam, że był on idealnie napisaną postacią, ale nie ma też co narzekać. Z kolei Leanne ja chyba nawet nie mam komentarza do tej bohaterki. A właściwie mam. Uważam, że Lottie pod koniec książki idealnie podsumowała to, co sama myślałam o niej przez większość historii. Jej postać przeokropnie mnie irytowała i momentami naprawdę miałam jej już dość.
Samo pióro autorki było dla mnie w porządku. Książkę czytało mi się płynnie i nie męczyłam się podczas lektury. Problem polegał raczej na tym, że przeczytałam ją szybko, ale jednocześnie nie byłam w tę historię zaangażowana tak, jakbym tego chciała. Zabrakło mi rozwinięcia świata, niektórych wątków i przede wszystkim poczucia, że naprawdę przeżywam tę historię razem z bohaterami. Ostatecznie „Valland” nie jest dla mnie złą książką, po prostu nie trafiła do mnie tak mocno, jak mogłam się tego spodziewać. ⸻ ❥𝐿𝐼𝒫𝒜
Alecsey jest następcą tronu Vallandu, ale odpowiada mu beztroskie życie i nie cieszy go perspektywa przejęcia władzy. Jego ojciec ma jednak wobec niego zupełnie inne plany. Małżeństwo z Leanne, księżniczką Artonn, ma przypieczętować sojusz, który może ochronić jej kraj przed kolejnymi najazdami. Żadne z nich nie wchodzi w ten układ z miłości, oboje wiedzą jednak, że ich prywatne pragnienia muszą ustąpić miejsca interesom królestw.
Podoba mi się w tej książce między innymi to, że życie na dworze nie ogranicza się jedynie do wystawnych uczt i pięknych strojów, chociaż i te się pojawiają. Za królewskimi murami mamy do czynienia z trudnymi politycznymi decyzjami, z rodzinnymi zależnościami, tajemnicami i konfliktami, które mają swoje konsekwencje. Autorka pokazuje również codzienność bohaterów, polowania, jazdę konną, naukę walki, spotkania z rodziną czy obrady dotyczące sytuacji królestwa. Dzięki temu łatwiej jest wyobrazić sobie funkcjonowanie jego mieszkańców. Na początku potrzeba trochę czasu, żeby wejść w tę historię, ale później kolejne sekrety i wydarzenia sprawiają, że coraz bardziej chce się wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza. W drugiej części powieści pojawia się więcej napięcia, brut@lniejszych zdarzeń i rodzinnych problemów, które naprawdę zaskakują. I wtedy już pochłania się tę opowieść błyskawicznie.
Styl autorki jest przystępny, a język, mimo że ma lekko stylizowany, dworski charakter, jest zrozumiały i nie utrudnia lektury. W powieści, szczególnie na początku, znajdziemy też sporo humoru, przede wszystkim w dialogach i zachowaniu bohaterów. Opowieść wywołuje skrajnie różne emocje, od rozbawienia i ciekawości po irytację, zaskoczenie czy niepokój, zwłaszcza kiedy na jaw wychodzą kolejne sekrety i sytuacja bohaterów zaczyna się komplikować. Mam jednak pewne zastrzeżenia i dotyczą one przede wszystkim relacji głównych bohaterów. Leanne jest zdecydowana, pewna siebie i ma mocny charakter, ale jej stosunek do Alceseya chwilami jest trudny do zaakceptowania. Z kolei Alecsey jest ciekawszą postacią, niż sugeruje jego początkowy wizerunek beztroskiego księcia. Podoba mi się, że potrafi przejąć odpowiedzialność, kiedy sytuacja tego wymaga, i że jego troska nie ogranicza się wyłącznie do spraw własnej rodziny. Jednocześnie trochę brakuje mocniejszego rozwoju relacji tej dwójki. Pomysł na aranżowane małżeństwo daje sporo możliwości, ale wątek uczuciowy nie zawsze rozwija się w powieści w wystarczająco przekonujący sposób.
„Valland. Przeklęta krew” nie jest książką bez wad, jednak chyba żadna książka nie jest, a tym bardziej, jeśli jest to debiut. Jej mocną stroną są sekrety, dworskie zależności i stopniowe odkrywanie kolejnych problemów, a także sposób przedstawienia życia ludzi, którzy od urodzenia mają przypisane konkretne role. To debiut, w którym widać kilka naprawdę dobrych pomysłów i potencjał na rozwinięcie świata oraz bohaterów w kolejnych częściach. Być może ta historia nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, ale miała wystarczająco dużo elementów, które utrzymały moje zainteresowanie do końca. Dlatego oceniam ją wysoko, z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji i oczywiście polecam sprawdzić tę książkę samemu, tym bardziej, że jej wydanie jest przepiękne ❤️
Miało być fajnie. Miał być romans mlm, miały być zdrady, intrygi i wszystko co wiąże się z królestwami, sekrety, tajemnice i prawda która ma wszystko zmienić. Tak miało być. Czy tak było? Nie. Dostaliśmy księżniczkę, która sama nie wie czego chce. Która lubi sobie pokrzyczeć, popatrzeć na ludzi krzywo i gadać, że nikt jej nie rozumie. Ale jak można ją zrozumieć, gdy ona jest dwubiegunowa? Ktoś chce się o nią zatroszczyć? Źle, bo ona da sobie radę (nie da). Nikt się o nią nie troszczy? Jeszcze gorzej, bo jest samotna i nikt jej nie kocha. Książę był trochę lepszy, a to rzadkość, bo zazwyczaj narzekam na facetów. Dbał o księżniczkę (na tyle na ile ona dała mu szansę), był emocjonalny i nawet zdawał się być napisany z sensem. Ale jego relacja romantyczna... Tutaj mam do powiedzenia dużo więcej. Czekałam na wątek mlm póki nie wyszło na jaw, że jest on między kuzynami.... Żeby nie było, wiem że KIEDYŚ to było całkiem normalne (czystość krwii i inne takie), ale czy to jest coś o czym chce czytać? Wątpliwe. Zwłaszcza, że autorka podkreśla za każdym razem, że to uczucie jest między kuzynami. Może jeszcze gdyby to było jacyś zaleci kuzyni, może jeszcze wtedy bym tak nie narzekała. Ale oni byli bliską rodziną. Było tyle różnych opcji by zrobić ten gejowski romans. Nauczyciel szermierki, rycerz, znajomy rodziny (zamiast rodziny). Nie, kuzyni. Ughr...... Co z akcją? Zdrady, bekarty, niechciany syn. Nic nowego, ale tutaj za dużo nie mam do powiedzenia. Nie porywało, nie było tragedi, było ok. Ostanie rozdziały wprowadziły więcej akcji i nowe dramaty i nawet tutaj czytałam z zaciekawieniem, ale czy kilka stron akcji wyrówna resztę? Raczej nie. Podsumowując. Nie sięgnę po dalsze tomy, (zakończenie było takie, które sugerowało, że będzie coś jeszcze), o ile takie wyjadą. Nie mogę nawet napisać, że było okej, bo tyle ile moi znajomy nasłuchali się mojego gadania o tym to nie zlicze. Zostawię to do waszej oceny, czy moich żalach będziecie chcieli sięgnąć po tę książkę czy też nie.
,,Valland. Przeklęta krew." Przyszły władca królestwa Valland, młody książę Alecsey nigdy nie chciał być królem. Lubił się zabawić i samemu rządzić swoim życiem. Może się więc domyślać, że nie jest zachwycony na wieść o aranżowanym małżeństwie z księżniczką z sąsiedniego kraju. Jednak Alecsey na związane ręce. Jego ojciec pragnie tego małżeństwa, a on ma w tej sprawie niewiele do powiedzenia.
Leanne może być niezadowolona z małżeństwa, ale zrobi to czego się od niej wymaga. Jej kraj jest atakowany przez wrogie królestwo, a tylko sojusz może uratować jej ludność. Dla Arton jest wstanie poświęcić swoją wolność.
Sojusz przypieczętowany małżeństwem dwójki młodych ludzi. Żadne z nich tego nie chce, ale żadne też nie ma wyboru. To nie będzie miłość od pierwszego wejrzenia. Tutaj nie będzie miłości tylko kłótnie i sztuczne uśmiechy. Bo czy można kogoś zmusić do miłości?
Alecsey i Leanne, się nie kochają, ale zamierzają wypełnić wolę rodziców. Ale czy gdy w oddali zabłyśnie możliwość wolności, czy nie pójdą tą drogą? Tą, która sprawi, że nie będą musieli niczego udawać?
Książę Alecsey i księżniczka Leanne muszą wypelnić wolę swoich rodziców, jaką jest aranżowane małżeństwo. Ani jedno ani drugie nie jest chętne, by wypełnić tẹ wolę, a małżeństwo traktują jako przykry obowiązek. Na jaw powoli wychodzą sekrety rodziny królewskiej, które skrywane były przez kilkanaście lat. Czy młodzi ludzie bẹdq w stanie odkryć prawdę? Jak potoczą się ich losy i jakie będą konsekwencje ich działań? "Valland.Przekleta krew." to powieść Young adult, w której kluczowum elementem sa dworskie intrygi oraz młodzi ludzie, którzy dopiero co wkraczają w dorosłość. Mają poczucie niesprawiedliwości i starają się dowiedzieć prawdy nie tylko o przeszłości rodziny, ale też o samym sobie. Alecsey, jest młodym, inteligentnym księciem, który ma w sobie dużo buntu, sam ma swoje tajemnice i najbardziei pragnie tego, by móc decydować o własnym życiu. Jest wrażliwym człowiekiem, szukającym swojej życiowej drogi. Od samego początku wzbudza sympatię czytelnika. Leanne, to księżniczka, która twardo stąpa po ziemi i nie boi się ryzyka. Jest sarkastyczna, lubi potyczki słowne a jej charakter nie odzwierciedla charakteru delikatnej księżniczki, która przystaje na wszystkie odgórne decyzie. Na początku nie wzbudziła mojej sympatii, ale z biegiem historii, zaczęłam ją rozumieć i przekonała mnie do siebie. Ich relacia to prawdziwy slow burn. Sa bardzo niechętnie nastawieni nie tylko do kwestii małżeństwa, ale też do samych siebie. Nie mają ochoty na poznawanie się i grania według narzucanych im zasad. Zaczynają jednak stwarzać pozory, a z obojętności zaczyna kiełkować przyjaźń, która okazuję się być bardzo skomplikowana. Autorka w świetny obrazowy sposób oddała klimat całej historii. Miałam wrażenie jakbym oczami wyobraźni widziała naprawde wciagaiący film kostiumowy. W pierwszej kolejności poznajemy księcia, jega otoczenie oraz zwyczaje, co tym bardziej pozwala nam wejść głęboko w przedstawiony świat. Kluczowe w tej książce intrygi i skomplikowane relacje rodzinne pokazały, że nawet, a może przede wszystkim rodziny królewskie nie są tak idealnie, jakby sie mogło wydawać. To jak Natalia lawiruje wśród wszystkich wydarzeń i tajemnic tylko podsyca ciekawość czytelnika. Główni bohaterowie. to młodzi ludzie z własnymi rozterkami, którym z góry była narzucona pewna rola. Nie podążają za tym ślepo, tylko szukają odpowiedzi i chcą poznać samych siebie. Ważny był tutaj rozwój relacji i to jak dzięki nim dojrzewali bohaterowie. Nie było to przedstawione jako łatwy proces, ale pełne komplikacii wrzucenie na głęboką wodę. Styl pisania autorki jest bardzo ciekawy. Nie brakuje tu humoru, emocji ani barwnych opisów. Nie jesteśmy wrzuceni od razu w wir akcji. Czytelnik ma szansę na dokładne poznanie świata, jego reguł oraz postaci, ale nie brakuje momentów zaskoczenia. Jeśli chodzi o zakończenie to wierzcie mi, musiałam zbierać szczękę z podłogi i mam nadzieję, że autorka pokusi się o kontynuację. Jeśli lubicie klimat filmów kostiumowych i dworskie intrygi. koniecznie siegnijcie po ten tytuł.
Tiktok: ami.like.books Hejka! Przychodzę do Was dzisiaj z recenzją książki „𝓥𝓪𝓵𝓵𝓪𝓷𝓭. 𝓟𝓻𝔃𝓮𝓴𝓵𝓮𝓽𝓪 𝓴𝓻𝓮𝔀” autorstwa Natalii Muniowskiej. Na samym wstępie chciałabym jeszcze raz podziękować autorce, jak i Wydawnictwu Beya, za zaufanie. Możliwość recenzowania tej książki naprawdę wiele dla mnie znaczy.
„𝓥𝓪𝓵𝓵𝓪𝓷𝓭. 𝓟𝓻𝔃𝓮𝓴𝓵𝓮𝓽𝓪 𝓴𝓻𝓮𝔀” to historia opowiadająca o królewskim świecie, a fabuła skupia się wokół księcia Alceseya z królestwa Valland oraz księżniczki Leanne z Artonn. Oboje stają przed koniecznością zawarcia aranżowanego małżeństwa, aby uratować swoje królestwa przed licznymi najazdami.
Podczas czytania moją uwagę szczególnie przykuł styl pisania autorki. Od samego początku da się zauważyć, że Natalia stara się pokazać, jak w dawnych czasach żyła rodzina królewska. Bohaterowie posługują się starodawnym językiem, ale jest on na tyle przystępny, że bez problemu można wszystko zrozumieć. Chodzą na polowania, jeżdżą konno, zasiadają do uczt i rad, uczą się władać mieczem i nie tylko. Jestem również pod wrażeniem tego, jak autorka przedstawia problemy królestwa. Pokazuje nam, że życie królewskie wcale nie jest tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać.
„𝓥𝓪𝓵𝓵𝓪𝓷𝓭” czytało mi się naprawdę przyjemnie. Co prawda na początku nie mogłam do końca wkręcić się w fabułę, ale później nie miałam już ochoty odkładać książki. Natalia nie raz zaskoczyła mnie licznymi plot twistami, brutalnymi wydarzeniami oraz problemami rodzinnymi. Autorka opisuje to w taki sposób, że nie raz musiałam po prostu pochodzić po pokoju, bo byłam w szoku po tym, co właśnie wydarzyło się w książce.
Kocham sposób, w jaki Natalia stworzyła swoich bohaterów. Leanne nadała charakteru, temperamentu, pewności siebie i odrobiny arogancji. Jednak w chwilach słabości pokazywała również swoją delikatniejszą stronę i to uwielbiam w niej najbardziej. Nie podobało mi się jednak to, jak traktowała Alceseya. Momentami było to naprawdę toksyczne. Nie próbowała nawet się z nim zaprzyjaźnić, tylko ciągle szukała kolejnego powodu, żeby jeszcze bardziej go znienawidzić.
Z Alceseyem było natomiast zupełnie inaczej. Był delikatny, ale w ważnych momentach potrafił pokazać swoją siłę i stanowczość. Uwielbiam to, że autorka nie przedstawiła go jako typowego księcia, który uwielbia polowania i potrafi wszystko. Pokazała go z zupełnie innej strony, co bardzo mi się spodobało. W niektórych momentach postępował pochopnie, jednak nie bagatelizował żadnej sprawy dotyczącej Averfall. Mogę nawet powiedzieć, że tym mi zaimponował, ponieważ potrafił troszczyć się zarówno o mieszkańców miasteczka, jak i o zwierzęta.
Zdecydowanie nie żałuję przeczytania tej historii. Myślę, że za jakiś czas chętnie do niej wrócę.
Polecam „𝓥𝓪𝓵𝓵𝓪𝓷𝓭. 𝓟𝓻𝔃𝓮𝓴𝓵𝓮𝓽𝓪 𝓴𝓻𝓮𝔀” każdej osobie, która uwielbia fantastykę i królewskie klimaty. Autorka bardzo dobrze wykreowała cały świat i uważam, że naprawdę dobrze będziecie się przy tej historii bawić. W książce cały czas coś się dzieje, więc na pewno nie będziecie się nudzić.
Na sam koniec chciałabym jeszcze raz pogratulować Natalii tak wspaniałego debiutu. Do następnego!
„Valland. Przeklęta krew” to debiut literacki Natalii Muniowskiej, która jest głównie kojarzona z kanału Strefa Czytacza, gdzie często pojawia się u boku swojego męża Daniela. Gdy dowiedziałam się, że piszę ona swoją autorską książkę, pomyślałam, że chętnie poznam jej twórczość, szczególnie że bardzo lubię debiuty literackie. Dlatego, gdy pojawiła się okazja współpracy przy tym tytule — zdecydowałam się na nią, szczególnie że opis i przede wszystkim piękna oprawa publikacji dawały nadzieję na to, że będzie to świetna przygoda. Czy tak się stało? Już spieszę z wyjaśnieniem.
Głównymi bohaterami historii są książę Alecsey — przyszły władca królestwa Valland i księżniczka Leanne pochodząca z sąsiedniego kraju. Chociaż tych dwoje nie ma ze sobą nic wspólnego oprócz królewskiego pochodzenia, zdecydowano, że zostaną małżeństwem. Czy Alecsey i Leanne wypełnią wolę swoich rodziców? Po odpowiedź na to pytanie odsyłam was do lektury.
Tak, jak wspominałam — bardzo lubię debiuty literackie. Nic mnie tak nie satysfakcjonuje, jak towarzyszenie debiutującemu autorowi na początku jego pisarskiej drogi. Oczywiście pod warunkiem, że jego debiutancka powieść ma w sobie to coś, co przyciąga czytelnika. Jeżeli tak jest, jestem w stanie przymknąć oko na małe niedociągnięcia, czy pomyłki i ocenić ją przychylniejszym okiem. Czy podobnie jest w przypadku publikacji "Valland. Przeklęta krew"? Niestety nie.
Od razu chciałabym zaznaczyć, że książka miała naprawdę ogromny potencjał i bardzo długo łudziłam się, że nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się w niej poukłada i akcja wskoczy na właściwe tory, ale niestety tak się nie stało.
Należę do tego rodzaju czytelników, którzy naprawdę bardzo rzadko nie kończą książek. Publikacje, których nie dokończyłam, można dosłownie policzyć na palcach jednej ręki, ponieważ są to raptem trzy książki. Ta miała być czwarta, bo tak, po przeczytaniu dziesięciu rozdziałów naprawdę chciałam ją rzucić w kąt i sprawić, żeby magicznie zniknęła. Zmieniłam jednak zdanie, ponieważ stwierdziłam, że skoro podjęłam się oficjalnej współpracy recenzenckiej przy tym tytule, powinnam przeczytać ją do końca i tak właśnie zrobiłam. Czy tego żałuję? Tak. Czy mogłam w tym czasie przeczytać coś innego? Mogłam. Czy mam czyste sumienie? Mam!
Głównym problemem tej książki jest to, że wszystko jest w niej przytłoczone ilością rozterek głównych bohaterów, których jest tyle, że spokojnie można byłoby obdzielić nimi trzy inne książki. Zresztą podobnie jest z ilością rozpoczętych wątków. Dla mnie było tego wszystkiego zwyczajnie zbyt wiele, co mocno zaburzało płynność czytania.
Mimo moich szczerych chęci książka „Valland. Przeklęta krew” nie przypadła mi do gustu. Być może znajdą się osoby, którym się ona spodoba, jednak ja się do tych osób niestety nie zaliczę. Czy zamierzam przeczytać inne książki autorki, jeżeli kiedyś powstaną? Pewnie tak, bo nigdy nie skreślam autora po pierwszej przeczytanej książce, jednakże nie będę mieć wobec niej wygórowanych oczekiwań.
Początek historii miał w sobie to coś, co mnie przyciągnęło. Styl pisania sprawił, że byłam przekonana, że będzie to książka, która bardzo mi się spodoba. Niestety, ale nie do końca tak było, a z czasem zaczęłam się nudzić. Momentami pojawiało się za dużo szczegółowych opisów, przez to historia traciła tempo.
Samo królestwo było ciekawe przedstawione, ale zarządzane dosyć nieudolnie, bo władca w ogóle nie interesuje się losem swoich poddanych. Mam wrażenie, że świat przedstawiony został bardzo mocno ograniczony do zamku, a mieszkańcy królestwa tak naprawdę pozostają bardzo daleko w tle.
Niestety, ale największym problemem dla mnie okazali się bohaterowie. Dla mnie ich zachowanie było niedojrzałe, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich wiek.
Alecseya początkowo nawet polubiłam, choć jego codzienne życie ogranicza się do imprezowania, polowania i uczestniczenia w naradach, podczas których jest ignorowany. Bardzo chce coś zmienić, chce być inny niż ojciec, ale jednak jest bierny. Mam wrażenie, że dostrzega niesprawiedliwość, a z drugiej strony działania podejmuje tylko w przypadku, jeśli dotyka ono osób, które zna. Nie wie czego tak naprawdę chce.
Jeszcze trudniej było mi polubić Leanne. Jej egoizm, poczucie wyższości i pogarda wobec ludzi niższego stanu bardzo działały mi na nerwy. A z czasem jej zachowanie było jeszcze gorsze. I żeby nie było, to nie tylko mi, bo tak naprawdę każdy z bohaterów ma jej dość i nawet siostra zwraca jej uwagę, ale do niej nic nie dociera. Dodatkowo jej podejście do relacji romantycznych jest strasznie chaotyczne i bardzo zmienne. Jej uczucia faktycznie zmieniały się z chwili na chwilę. Raz nie cierpi przyszłego męża, za chwilę się to zmienia, a jeszcze później ktoś inny wzbudza jej zainteresowanie.
Relacje pomiędzy przyszłymi małżonkami była naprawdę bardzo dziwna, a ich dialogi były sztuczne, zwłaszcza ze względu na zachowanie księżniczki, które było bardzo irytujące. Miałam problem z wiarygodnością uczuć każdego z nich. Ale chyba najbardziej zaskoczył mnie Alcesey i to nie pozytywnie. Jego uczucia wobec poszczególnych osób zmieniały się gwałtownie. Bardziej to wyglądało na reakcję na daną sytuację niż rozwijające się w jakikolwiek sposób uczucie.
Na szczęście poza bohaterami znalazłam coś, co mi się podobało. Intrygi, tajemnice i rodzinne sekrety. W większości domyśliłam się wszystkiego wcześniej, nie było one też jakoś mocno zaskakujące, ale wszystko śledziłam z ciekawością.
Tak naprawdę, jedyną postacią, którą polubiłam w tej książce jest Emley i to ona najbardziej mnie intrygował.
Początkowo miałam wrażenie, że poszczególne wątki w historii nie doczekają się zakończenia. Na szczęście pod koniec wszystko zaczęło się ze sobą łączyć i muszę przyznać, że zdecydowanie końcówka była najlepsza. Dużo się dzieje, jest niebezpiecznie jest napięcie i nie brakuje emocji.
Zakończenie jest otwarte i nie ukrywam, że nie jestem ich fanką. Ale z drugiej strony trzeba przyznać, że autorka skończyła historię w ciekawym momencie. Jednak chciałabym wiedzieć jak ostatecznie potoczyły się losy poszczególnych bohaterów.
Jest to zdecydowanie książka dla ludzi cierpliwych. Gdyby nie fakt, że jest to historia, którą wzięłam pod recenzenckie skrzydła – prawdopodobnie porzuciłabym czytanie, a to zdarza się n i e z w y k l e rzadko.
Przez większość stron nie działo się absolutnie nic wartego uwagi. Poznawaliśmy myśli, odczucia i codzienne życie młodych bohaterów. Ich rozterki, perypetie, drobne ciekawostki z przeszłości, lecz nic poza tym. Przez wszystkie te strony miałam z tyłu głowy myśl, do czego zmierzamy, lecz wciąż pokładałam nadzieję, że autorka czymś mnie zaskoczy, a moje przypuszczenia okażą się pomyłką – tak się jednak nie stało.
Największym zawodem okazały się jednak postacie. Czytać odechciewa mi się w momencie, w którym nie ma absolutnie żadnej postaci, której losy chciałabym poznawać, którą chciałabym rozgryźć, której chciałabym kibicować. Jedyne odczucia, jakie wzbudzały we mnie obecne w tej historii postaci, to zażenowanie, irytacja czy znużenie.
Zaczynając od księżniczki, która była jedną z najgorszych kobiecych postaci, jakie poznałam. Miała wyjść na silną, niezależną kobietę, a wyszła na dwubiegunową, upartą dziewczynkę, która jest mniej dojrzała niż jej trzynastoletnia siostra. I taka właśnie postać chciała samodzielnie rządzić swoim królestwem.
Ktoś chciał ją chronić? – źle, bo ona potrafi sama o siebie zadbać.
Ktoś pozwala jej samej o siebie zadbać? – źle, bo ona nie umie walczyć i sobie nie poradzi.
Małżonek mający zapewnić bezpieczeństwo jej królestwu – źle, bo ona nie zamierza być zmuszona do małżeństwa, ale co tam, prześpijmy się z nim, potem żałujmy i plujmy sobie w brodę, a potem zróbmy to po raz drugi.
Całą książkę czekałam, aż ktoś ją sprowadzi na ziemię…
Jeśli chodzi o księcia, to wypadł zdecydowanie lepiej od niej (choć to raczej trudne nie było). Był naprawdę dobrą postacią, dużo mu odebrano i wypada to jeszcze boleśniej, gdy widzi się jego podejście do tronu. Gryzło mi się jedynie to, że jest tutaj kozłem ofiarnym i nikt nie robi sobie nic z faktu, iż jest następcą tronu.
Przechodząc do relacji romantycznej, która ma tutaj zdecydowanie największy udział. Podchodząc do tej książki po samym opisie, byłam pewna, że główny bohater ma stworzyć coś z księżniczką. Jednak gdy tylko poznałam jego dialogi z pewnym mężczyzną, wiedziałam, co się święci, i choć nie mam nic przeciwko takim relacjom, tak w tej książce byłam zniesmaczona, tym bardziej patrząc na więzy, jakie ich łączą.
Ogólnie rzecz biorąc, nie potrafiłam się odnaleźć w tym świecie. A królestwo rządziło się prawami, których nie potrafiłam logicznie wytłumaczyć.
„Valland” to książka, która okazała się czymś więcej niż tylko romansem z aranżowanym małżeństwem.
Alecsey jest następcą tronu potężnego Vallandu, ale zdecydowanie nie zachowuje się jak ktoś, kto marzy o koronie. Wolność, zabawa i życie na własnych zasadach są dla niego zdecydowanie ważniejsze niż królewskie obowiązki. Wszystko zmienia się, gdy jego ojciec, król Caldwell, postanawia zaaranżować jego małżeństwo z księżniczką Leanne z Artonn.
Dla Leanne nie jest to jednak wyłącznie kwestia uczuć. Jej ojczyzna znajduje się w trudnej sytuacji, a sojusz z Vallandem może okazać się jedyną szansą na jej ocalenie.
Najbardziej podobało mi się to, że „Valland” nie skupia się wyłącznie na romansie. Oczywiście relacja Alecseya i Leanne jest bardzo ważnym elementem historii, ale w tle cały czas obecne są dworska polityka, rodzinne sekrety, intrygi i obowiązek wobec królestwa.
Alecsey i Leanne są kompletnymi przeciwieństwami.
On - książę, który za wszelką cenę chce zachować swoją wolność i nie pozwolić, aby korona zdecydowała o całym jego życiu.
Ona - księżniczka, która potrafi spojrzeć na sytuację znacznie bardziej pragmatycznie i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jej decyzje mogą wpłynąć nie tylko na jej życie, ale również na przyszłość całego Artonn.
Ich relacja zdecydowanie nie zaczyna się od wielkiej miłości. Wręcz przeciwnie. Początkowo jest między nimi sporo niechęci, dystansu i wzajemnych złośliwości. Leanne szybko pokazuje, że nie jest księżniczką, którą łatwo podporządkować, a Alecsey zdecydowanie nie zamierza nagle przemienić się w idealnego przyszłego króla. Z czasem jednak coś zaczyna się zmieniać. Pojawia się ciekawość, coraz lepsze poznawanie siebie i stopniowe przełamywanie wzajemnego dystansu. I bardzo podobało mi się obserwowanie tej zmiany, bo ich relacja rozwija się stopniowo i ma swoje tempo.
Dużym plusem był dla mnie również motyw tajemnicy i intrygi. W trakcie czytania było naprawdę sporo momentów, w których zastanawiałam się, komu tak naprawdę można zaufać. I co najlepsze - nie domyśliłam się do samego końca, kto za wszystkim stoi. A to w moim przypadku naprawdę sporo znaczy, bo bardzo często udaje mi się przewidzieć plot twisty w książkach. 😅
Najbardziej wciągnął mnie moment, kiedy zaczynamy odkrywać, że rodzina Rossów skrywa zdecydowanie więcej sekretów, niż można było przypuszczać. Nagle wydarzenia, które wcześniej wydawały się jedynie częścią życia na królewskim dworze, zaczynają mieć zupełnie inne znaczenie. I właśnie za to polubiłam tę historię - dostałam tutaj nie tylko romans, ale również sekrety, intrygi, królewski dwór i bohaterów, którzy zdecydowanie nie są tak prości, jak mogłoby się wydawać na początku. 👑
A zakończenie? Oj… kończy się fajnie. 👀 Ale nic więcej nie powiem, bo zdecydowanie za dużo bym zdradziła. 😂
[współpraca reklamowa] Okej, tego zakończenia całkowicie się nie spodziewałam.
Właśnie skończyłam czytać i nie wiem co mam tutaj napisać. Bo z jednej strony jest pustka, a z drugiej myśli przelatujące jedna za drugą.
Zacznę więc od tego, że plot twisty, które wychodziły raz za razem szokowały mnie coraz bardziej, spodziewałam się czegoś innego, jednakże to co dostałam sprawiło, że na pewno będę wracać myślami do tej historii.
Ciężko było mi się zbierać do czytania „Vallandu”, aczkolwiek jak już to zrobiłam nie potrafiłam się od niego oderwać. Stąd moja pewność, że kiedy już po tą książkę sięgnięcie to odłożycie ją dopiero po przeczytaniu. Ten tytuł jest przesiąknięty tajemnicami, które powoli zostają odkrywane. Sam klimat i świat przedstawiony naprawdę mi się podoba, uwielbiam czytać pozycje, w których pojawia się ród królewski.
Jak to jest, że zawsze umiera twój ulubiony bohater? Nie chcę mówić dużo, aby wam nie zaspojlerować, jednak pokochałam pewną postać - zawsze kiedy się pojawiła parskałam śmiechem, dzięki wypowiadanym przez nią słowom. Kibicowałam jej, aby odnalazła szczęście i kiedy w końcu wszystko miało się ułożyć, poświęciła siebie, by uratować bliską jej osobę - czyn godny podziwu i szacunku.
Podczas czytania towarzyszących mi emocji było sporo. Począwszy od parskania śmiechem, poprzez wpływający na policzki róż, kończąc na łzach wolno spływających po policzkach.
Jeśli chodzi o bohaterów to niestety Leanne ogromnie mnie irytowała w drugiej połowie książki - chciałaby być królową, a jednak myśli tylko o sobie i swoich zmartwieniach. Pragnęła mieć czas na rozpacz, ale po chwili chce ukazać “swoją wyższość” nad innymi. Jej zachowanie jest bardzo sprzeczne ze sobą i zastanawiam się czy od pierwszych stron taka była, a ja to ignorowałam. Całkowicie zgadzam się ze słowami Lottie: “Mówisz jedno, potem robisz zupełnie coś innego i jeszcze masz do wszystkich pretensje.”
Przechodząc do Alescey’a - od początku czułam chemię pomiędzy nim a Emley’em i potajemnie liczyłam, że coś w ich relacji się zmieni. Jednak, aby się przekonać czy do czegoś doszło musicie sami zapoznać się z lekturą. Od pierwszych stron większość bohaterów widziała w nim coś kruchego, nie wartego choćby obrobimy uwagi, jednak ja go polubiłam, może nawet zobaczyłam w nim jakiś kawałek siebie.
Chciałam jeszcze zauważyć, iż na początku książki pojawiało się sporo powtórzeń, jednak im dalej czytałam tym mniej ich zauważałam.
Leanne jest niesamowicie praktyczna. Bardzo dobrze wie, że aranżowane małżeństwo z księciem z innego kraju może pomóc jej własnemu. Kobieta więc zgadza się wypełnić swoją powinność. Alecsey z kolei lubi się bawić, ale i ceni swoją niezależność. W dodatku na przekór ojcu nie jest tak bezduszny na jakiego ten chciał go wychować.
Bohaterów łączy sojusz. I chociaż się nie znają wiedzą, że ich małżeństwo zostało już przypieczętowane.
Zdecydowanie jest to historia dla cierpliwych czytelników, ponieważ pierwsze kilka rozdziałów kręciło się wokół głównych bohaterów; tego jak każdy z nich żyje i to co czuje.
Mam lekko mieszane uczucia co do relacji pomiędzy nimi. Z jednej strony rozwijała się ona powoli a z drugiej jakimś cudem wylądowali razem w łóżku. Wydaje mi się, że w czasach w jakich toczy się ta historia ludzie przywiązywali bardzo ważną rolę do cnoty. A tutaj główna bohaterka nie dość, że idzie do karczmy gdzie się upija, to postanawiać przespać się ze swoim przyszłym mężem. A następnego dnia tego żałuje jakby sama nie podjęła takiej decyzji a potem robi to ponownie.
Zamysł książki był bardzo dobry, jednak w momencie gdy główny bohater miał zostać wychłostany na polecenie własnego ojca kompletnie nie wiedziałam co o niej sądzić. Jak na kogoś tak dobrze usytuowanego i kto jest następcą tronu powinien być nietykalny. A tutaj ludzie robią z nim co chcą, nawet podczas bijatyki w karczmie zaczęli go po prostu bić.
W książce pojawia się zakazna relacja pomiędzy Alecseyem a jego kuzynem. I chociaż jestem osobą bardzo wyrozumiałą to, jednak mam swoje granice i została ona tutaj przekroczona. Kompletnie nie rozumiem co ten wątek miał wnieść do historii, ale na pewno nie to aby zaciekawić czytelnika. Mnie osobiście zniechęcił i sprawił, że nie miałam ochoty kończyć tej historii.
Faktem pozostaje to, że w historii jest wiele intryg i tajemnic z przeszłości które z czasem wychodzą na jaw. I czy to dobrze? Może i tak, ale było ich tak wiele, że niektóre z nich po prostu ginęły w tłumie.
Podsumowując jest to historia która kompletnie mnie nie przekonała. Tylko jej otwarte zakończenie sprawia, że waham się czy sięgnąć po kolejną część, aby przeczytać jak to wszystko się zakończy.
„Valland. Przeklęta krew” to debiut @natalia_muniowska , po który sięgnęłam z ciekawością. Zaaranżowane małżeństwo, dwa królestwa, sekrety, intrygi i walka o władzę. Brzmiało jak coś, co może mnie kupić. I wiecie co? Pomysł miał ogromny potencjał. Tylko niestety z jego wykorzystaniem było gorzej. (I żeby nie było to nie jest hate reading)
Największym problemem okazała się dla mnie tempo fabuły. Książka ma prawie 400 stron, a przez większość niewiele się dzieje. Dostajemy mnóstwo rozterek bohaterów, przemyśleń i rozmów, podczas gdy wydarzenia, na które naprawdę czekałam, nie działy się praktycznie wcale. Dopiero pod koniec akcja przyspiesza i wtedy zaczyna dziać się zdecydowanie za dużo. I jest to zarazem minus i plus. Poznajemy ich lepiej - rozumiem ich, ale jednak chciałabym więcej „mięska”.
Z minusów to nie polubiłam się też z głównymi bohaterami. Leanne działała mi na nerwy. Dużo mówi, mało robi. Więcej dziamania niż to wszystko warte, podczas niektórych jej rozmów, już mnie gałki oczne bolały od przewracania nimi. Alecsey wypadał dla mnie ciekawiej, choć jego decyzje często były głupie, że miałam ochotę złapać się za głowę. I to jest plus, ale i minus.
Miałam też problem co do samego świata przedstawionego. Tylko że do tego nie będę czepiać się aż tak bardzo, mając na uwadze, że jest to debiut. Autorka bardziej skupiała się na miejscach, które już nam opisała, niż na wymyślaniu nowych i akurat to jestem w stanie zrozumieć. No i fakt Liczyłam na więcej polityki, dworskich zasad, różnic między królestwami. Potencjał tego uniwersum pozostaje gdzieś w tle. I liczę, że w 2 tomie będzie tego więcej!
Z plusów, bo takowe też są, to zdecydowanie same intrygi i sekrety. Było też kilka naprawdę dobrych zwrotów akcji. Najbardziej podobało mi się to, że bohaterowie nie są typowymi bohaterami z fantasy tzn oni cierpią, nie zapominają o wyrządzonych krzywdach, naprawdę to było spoko.
Czy to była książka dla mnie? Niestety nie. Ale drugi tom bardzo chętnie przeczytam.
Alecsey ciągle liczy, że znajdzie prawdziwą miłość. Niestety jego despotyczny ojciec, król Valland, podjął decyzję za niego. W ramach sojuszu następca tronu ma poślubić księżniczkę Leanne z Artonn, której jeszcze dotąd nie poznał. Ona też nie marzy o tym małżeństwie, ale wie, że to najlepszy sposób na zapewnienie jej krajowi bezpieczeństwa. Z początku darzy księcia tylko nienawiścią, ale stopniowo zaczynają odczuwać przyciąganie. Mimo że nie jest to miłość, każde z nich czuje, że muszą spełnić swój obowiązek.
Ta książka naprawdę mnie zaskoczyła i chociaż miałam nikłe podejrzenia, to realnie nie spodziewałam się kierunku, w którym się rozwinęła. To było naprawdę duże zaskoczenie. Po nazwach państw spodziewałam się, że to będzie fantasy. Jednak w zasadzie to na tym kończy się nierealność książki, bo większą część zajmuje dworskie życie, tamtejsze intrygi oraz uczucia. Sam romans w książce był chyba jednak największym zaskoczeniem, bo był zupełnie nieoczywisty. Nie powiem tu nic więcej, żeby nie spoilerować, ale muszę przyznać, że był nieoczekiwany, a przez to dużo ciekawszy i bardziej angażujący. Pierwsza część książki była mocno wprowadzająca w świat - dość statyczna i miała dużo opisów. Nie nudziłam się, ale trochę brakowało mi akcji. W drugiej połowie działo się dużo więcej i było znacznie więcej zaskoczeń, intryg i zwrotów akcji. A samo zakończenie było dla mnie bardzo emocjonalne. Książka kończy się kilkoma niewiadomymi i jestem bardzo ciekawa, jak autorka pociągnie tę historię w kolejnych częściach. W książce bardzo podobało mi się dużo wątków i postaci pobocznych, tak jak historia kowala czy postać Emrego. Książka była trochę bardziej statyczna, niż liczyłam, ale zaciekawiła mnie i uważam to za dobre otwarcie serii. Z chęcią sięgnę po kontynuację, bo jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów.
Po okładce spodziewałam się miałkiej młodzieżówki. Moje zaskoczenie było niesamowite, kiedy otrzymałam bardzo dobrze skonstruowaną, wielowątkową powieść, która wciągnęła mnie od pierwszych stron. Zacznę od samego świata: jest prosty. Nie znajdziemy tutaj nie wiadomo jakich ras, miliona rodów i nazw, w których trudno byłoby się nam połapać. Prosty świat. Miecz, rycerstwo, arystokracja. Surowe fantasy, kojarzące mi się z czystym średniowieczem i właśnie czegoś takiego od dawna mi brakowało. Alecsey, to młody książę z królestwa Valland. Przed obowiązkiem zwykle stawiał zabawę, wymykanie się do karczm i zerkanie na urodziwe panny. Tylko obowiązek w końcu się o niego upomniał, a imię nosił Leanne. Właśnie to z księżniczką o tym olśniewającym imieniu, nasz Alec ma się ożenić. Dzięki takiemu aranżowanemu małżeństwu Valland połączyłby sojusz z królestwem Artonn. Tylko czy takie związki maja realną szansę na rozkwit uczucia? Czy mimo obustronnej niechęci młodych uda im się dojść do jakiegokolwiek porozumienia?
Przyznaje, że bohaterowie czasami robili głupotki, ale nie były one irytujące. Raczej sprawiały, że na ustach pojawiał mi się pobłażliwy uśmiech. Rozwój postaci oraz fakt, że niektóre dynamiki między bohaterami osnute były nieufnością ; wszystko to sprawiło, że historia nie sprawiała wrażenia płytkiej, a bardzo solidnie rozbudowanej. Wątek miłosny natomiast stanowił ogromne, pozytywne zaskoczenie. Nie był oczywisty, a dzięki temu czytałam go z wypiekami na twarzy. Na pewno przeczytam kolejne książki autorki i mam nadzieję, że zakończenie sugeruje (tak, jak mi się wydaje) kolejny tom tej elektryzującej historii!
🗡 || 𝑽𝒂𝒍𝒍𝒂𝒏𝒅 𝑾𝒚𝒅𝒂𝒘𝒏𝒊𝒄𝒕𝒘𝒐: beya 𝑶𝒄𝒆𝒏𝒂 𝒌𝒐𝒏𝒄𝒐𝒘𝒂: ★★★ [𝒘𝒔𝒑𝒐𝒍𝒑𝒓𝒂𝒄𝒂 𝒓𝒆𝒄𝒆𝒏𝒛𝒆𝒏𝒄𝒌𝒂] Hejka #bookstagram!! Witam was z recenzja Vallandu. Gratuluję wydania książki, autorce. Może być z siebie dumna. Życzę dalszych sukcesów! ❤️
Valland to historia, w której zdecydowanie się dzieje i nie można zarzucić autorce, że nie przemyślała różnych zaskoczeń, skoro zdecydowanie sama byłam zszokowana niektórymi obrotami spraw w historii.
Autorka ma przyjemny styl pisania, co prawda ilość opisów na początku w pierwszych rozdziałach całkowicie nie pomagała się zaklimatyzować i wkręcić w klimat całej historii, ale zdecydowanie, gdy już się to udało to było później z górki. Cała książka ma dobrze rozbudowany świat i widać, że autorka zaplanowała wszystko. To dla mnie plus, ponieważ historia nie wydaje się płytka.
Bohaterzy różnili się od siebie, a nie byli, że tak to ujmę "na jedno kopyto", dlatego każdy znajdzie sobie bohatera, który będzie mu odpowiadał. Co prawda główni bohaterzy z czasem zaczynali mnie denerwować, bo podejmowali takie decyzję, że sama miałam wrażenie, że nie wiedzą czemu to zrobili.
Czym dalej brnęłam w historię tym niestety ocena ulegała kolejnym zmianom i to niestety negatywnym. Po jakoś 3/4 książki zaczynałam się nudzić, czułam niestety się trochę jak w ciągle powtarzającym się schemacie, miałam wrażenie, że nigdy nie dojdę do końca książki. Niektóre, wątki jak dla mnie nie zostały do końca poprowadzone. O bohaterach już wspomniałam wyżej!
Podsumowując, nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić czy polecam tę książkę, czy nie. Musicie chyba sami podjąć ryzyko, sami przeczytać i ocenić!! ❤️🗡 𝑩𝒖𝒛𝒊𝒂𝒌𝒊𝒊 💋❤️ 𝑵𝒊𝒙𝒂
Fabuła z pozoru wydaje się prosta. W tytułowym królestwie poznajemy głównego bohatera, księcia Alecseya, na którym ojciec wymusza małżeństwo z księżniczką Leanne z sąsiedniego państwa. Dla dziewczyny to również niechciany układ, jednak jest gotowa ulec, by chronić swoją militarnie zagrożoną ojczyznę i przypieczętować ratunkowy sojusz. Choć oboje młodzi decydują się poświęcić w imię dobra własnych ludów, szybko okazuje się, że nic tu nie będzie łatwe, a za każdym rogiem czają się spiski i tajemnice. Co z tego wyniknie? Tego dowiecie się już z lektury.
To, co zachwyca od pierwszych chwil, to niezwykle dopracowane wydanie - z przyciągającą wzrok grafiką, barwionymi brzegami, playlistą i całą dopieszczoną otoczką. Wewnątrz czeka opowieść pełna intryg, spisków i rodzinnych sekretów. Postacie są różnorodne i ciekawe, choć do samej Leanne nie zdołałam się przekonać aż do samego końca, głównie przez rozbieżność między jej myślami i słowami a czynami. Subtelny wątek miłosny nie przyćmiewa reszty wydarzeń, warto jednak dodać, że książka cechuje się poprawnością polityczną w stylu produkcji Netflixa, co nie każdemu musi odpowiadać. Choć pierwsze pół książki zdecydowanie podobało mi się bardziej niż dalsza część to zwieńczenie historii wypada naprawdę intrygująco, zostawiając szeroko otwartą furtkę do kontynuacji - zarówno w kwestiach osobistych relacji bohaterów, jak i napiętej sytuacji politycznej w obu krajach.
Recenzja: Jest to książka, która od pierwszych stron bardzo mnie wciągnęła. Historia Alekseya, którego przyszłość zostaje z góry zaplanowana przez ojca, szybko okazuje się o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Z każdym kolejnym rozdziałem pojawiają się nowe sekrety, intrygi i pytania, na które chciałam jak najszybciej poznać odpowiedź. . Najbardziej urzekł mnie klimat tej historii. Pałacowe otoczenie, królewskie tajemnice i ciągłe napięcie tworzą naprawdę wyjątkową atmosferę. Podobało mi się również to, że bohaterowie mają własne charaktery, motywacje i tajemnice, przez co nie zawsze łatwo było przewidzieć ich kolejne decyzje. . Autorka świetnie buduje napięcie i kilka razy udało jej się mnie zaskoczyć. Fabuła jest pełna zwrotów akcji, a im więcej czytałam, tym bardziej chciałam odkryć, co tak naprawdę dzieje się w Valland. Zakończenie zdecydowanie pozostawiło mnie z niedosytem i masą pytań. To historia, która dostarczyła mi wielu emocji i na długo została w mojej głowie.
Choć na początku ciężko było mi się wciągnąć w tę historię, to kiedy już przebrnąłam przez początek, książka zaczęła mi się naprawdę podobać.
Byłam bardzo zaskoczona tym, w jakim kierunku poszedł wątek głównych bohaterów. Myślałam, że znam już wszystkie możliwe zakończenia i nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć, a jednak autorka udowodniła mi, że się myliłam.
Często sięgam po debiuty i muszę przyznać, że autorka dała z siebie naprawdę wszystko. Widać tutaj ogromną pasję do pisania oraz ciekawy pomysł na powieść, który został dobrze zrealizowany.
Bohaterowie zostali świetnie wykreowani, a relacje między nimi są dobrze poprowadzone. Autorka potrafi budować napięcie i tworzyć plot twisty, dzięki którym historia cały czas potrafi zaskakiwać.
Świat przedstawiony był ciekawy, choć mam wrażenie, że mógłby zostać bardziej rozwinięty. Większość wydarzeń rozgrywała się wokół lasu, zamku i miasteczka, dlatego momentami brakowało mi szerszego pokazania tego świata i jego historii.
Mimo kilku drobnych zastrzeżeń naprawdę dobrze bawiłam się podczas czytania. Jak na debiut, „Valland. Przeklęta krew” zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie i będę z niecierpliwością czekać na kolejny dom