Karolina Lewestam chce nam opowiedzieć o wszystkich swoich matkach: o kobietach, które zabierały ją w podróże po dolnośląskich lumpeksach i szpitalach; które na strychu, pijąc domowe wino, przymierzały używane ciuchy i inne możliwe życia; które trwały latami przy wszystkich potrzebujących opieki. O tych, które były dla niej wtedy „starymi babami” i którymi nigdy nie chciała zostać.
Dziś, będąc w ich wieku, stawia pytanie o to, gdzie przebiegają granice między byciem dziewczynką, kobietą i „starą babą”. I czemu tak trudno się ponad nimi porozumieć.
Osią opowieści czyni ubrania – zwornik kobiecych rozmów, rekwizyt tworzenia tożsamości i wehikuł wspomnień. W centrum uwagi stawia kobiece ciało, które z ciała dziewczyny staje się ciałem matki. Które niepostrzeżenie zaczyna być walutą i towarem, by nagle przestać być obiektem pożądania. Które zdaje się być niezwyciężone, a potem nieuchronnie zawodzi.
W tej intymnej, pełnej absurdalnego humoru opowieści Lewestam staje obok Miry Marcinów, Elizy Kąckiej i Katarzyny Sobczuk. Poddaje własne życie literackiemu namysłowi, mierząc się z kulturowym obrazem kobiecej młodości i starości.
Trudno było mi znaleźć klucz do czytania tej książki. Brak uchwytnej narracji, poszarpana konstrukcja, eksperymentalny/eseistyczny styl, sporo niezrozumiałych dla mnie nawiązań. Męczyła mnie nieczytelność tej książki.
Opowieść o dorastaniu na Dolnym Śląsku w latach 90. jest punktem wyjścia do eseistycznej refleksji nad kobiecością - jak jest ona kształtowana przez kulturę, społeczne oczekiwania, spojrzenie innych, a wszystko ujęte w symbolice szmat.
Tytułowe szmaty, czyli ubrania z second handów dla narratorki - nastolatki nie są jedynie odzieżą. To przepustka do świata marzeń, aspiracji, zachodniego stylu życia. Pozwalały one budować tożsamość, wyróżniać się, być bliżej świata oglądanego w TV.
Autobiograficzna narracja staje się pretekstem do stworzenia wielowymiarowego eseju o kobietach. Obok narratorki pojawia się matka, ciotki, siostry - kobiety próbujące odnaleźć, zamanifestować własną tożsamość, podmiotowość, przełamać stereotypy i oczekiwania narzucane przez otoczenie. Nie ma w tej historii mężczyzn (prawie), a jednak ich ogląd świata unosi się nad sposobem patrzenia na rzeczywistość przez bohaterki. Stanowią kulturową normę, system wartości, wobec którego muszą one zająć jakiekolwiek stanowisko.
Lewestam w swojej opowieści przywołuje konteksty literackie, mitologiczne, uzasadniając tym samym, że role kulturowe kształtowane są od zarania dziejów.
“Szmaty” to nie tylko kolejna sentymentalna podróż w ostatnie dziesięciolecie XX wieku, to refleksja o dojrzewaniu, starzeniu, relacjach między kobietami i o tym, że życie toczy się wokół ról, oczekiwań, spojrzeń innych, a zwyczajne przedmioty mogą stać się punktem wyjścia do rozmowy o opresji lub samostanowieniu.
Szmaty to opowieść dotykająca w zasadzie trzech tematów: ubrań, rodziny, ciała. I do tych tematów jest jeszcze kilkanaście innych tematów, które niby dopełniają siebie nawzajem, ale zbyt często (niestety) się od siebie odpychają. Podobała mi się narracja, momentami dzika, niechlujna, mało nostalgiczna, a więcej wyrywająca z pamięci to, co często wstydliwe, wyparte, zapomniane. Przeszkadzał mi wymiar wielości odniesień do filozofii i innych pisarzy, jakby autorka na siłę próbowała wkleić tam filozoficzne odniesienia do tego, co akurat pisze i jakby próbowała tym potwierdzić swoje tezy. I właśnie wtedy konstrukcja tej książeczki wydała mi się meandrująca na granicy rozrywkowej prozy z czymś na granicy eseju naukowego wręcz. Nie jestem fanem takiej narracji. Dalej, nie można autorce zarzucić świetnie poprowadzonej części o cielesności, kobiecości, doświadczeń straty ciała, zmianach ciała, jego końcach, ranach, podrażnieniach po lumpeksowych ubraniach. Na pewno jest to opowieść trochę wymykająca się na polskiej scenie, a jednocześnie ma się wrażenie, że wypisane z tyłu okładki nazwiska innych polskich autorek sprawiają, że szmaty i ich autorka wpisuje się w jakiś nurt, który od literatury menstruacyjnej daleko nie odchodzi, właściwie nigdy z niej nie wyszedł, ale konstruuje coś, co współcześnie bardzo mocno odnosi się do ciała, wspomnień, pielęgnacji młodej siebie i swoich wszystkich kobiet. Nie umiem nazwać tego uczucia, lubię czytać taką tematykę, ona za każdym razem dotyka czegoś indywidualnego, ale czasem męczy, ta tendencja, ten nurt.
,,Kiedy przyjechałam, ojciec budził się już tylko okazjonalnie. Wtedy zaczęła do nas przychodzić przysługująca mu pielęgniarka paliatywna – też kobieta w średnim wieku, jak mama – która była prawdziwym cudem, bo traktowała swoją pracę lekko i radośnie, i pocieszała nas, chociaż powiem ci szczerze, że wcale nie byłyśmy jakoś specjalnie smutne, może dlatego, że gdy ktoś długo umiera, śmierć przestaje być zdarzeniem, a staje się po prostu częścią powietrza, zapachem, odcieniem światła – a może dlatego, że wreszcie ojciec był do zniesienia i przyjemnie potulny. I niezwykle się z tą pielęgniarką polubiłyśmy – od momentu kiedy przyniosła mandarynki w puszce i nakarmiła ojca pierwszy raz od bardzo dawna, bo od wszystkiego innego rzygał…”
Hymn pokolenia. Ta książka powinna być na skierowaniu razem z cytologią. I powinna też mieć naklejkę "Tylko dla starych bab". Prawdopodobnie moja książka roku. Wyżarła mi z mózgu rzeczy, o których myślałam że mam je na wyłączność. A nie mam. Petarda.
Przeczytałam tę książkę jeden raz - właśnie skończyłam - ale już wiem, że przeczytam drugi. I dam ją Wichurze, jak trochę tylko dorośnie, w nadziei, że także u niej wywoła rozpoznanie.
Karolina Lewstam napisała odezwę do swojej wyobrażonej córki, w której dokonuje wiwisekcyjnego opisania doświadczenia relacji - z kobietami ze swojej rodziny (które występują jako bohaterki indywidualne oraz bohaterka zbiorowa, tj. matki) i ze swoim ciałem. Opisała wszystkie te skomplikowane uczucia, które - jeśli jest się córką - się wobec matki czuje na różnych etapach własnego dorastania. Punktem fokalnym jest na tych różnych etapach ciało - ciało w ciele, ciało z ciała, ciało wymagające opieki i troski, ciało niesprawne, ciało będące przedmiotem wstydu, i w końcu ciało wyparte, pozbawione znaczenia, po kartezjańsku unieważnione. Nie wiem, na ile umniejszanie ciału na rzecz apoteozy umysłu i rozumu jest doświadczeniem pokoleniowym kobiet urodzonych w latach osiemdziesiątych, ale większość moich przyjaciółek i bliskich znajomych - i ja sama - dałyśmy się temu pozornie pięknemu "myślę, więc jestem" zwieść, oszukać; odcięłyśmy się od ciała uznając je za poślednie, nieudolne, będące w potrzebie i wymagające troski, która kojarzyła się ze słabością i byciem poddaną. Ciało przecież tylko zawodzi swoimi fizjologicznymi granicami, umysł zaś nie ma ograniczeń. Ciało trzeba odziać w tytułowe szmaty, umysł zaś powinien pozostać nagi, widoczny, podziwiany.
O tym właśnie pisze Lewestam i robi to tak, że w jej tekście rozpoznaję siebie. Dwadzieścia lat zajął mi powrót do ciała i bardzo żałuję, że trwało to tak długo.
Wokół ciała Lewestam buduje narrację eksplorującą relacje pomiędzy nią a dorosłymi kobietami z jej rodziny. A może jest odwrotnie? Może to właśnie wokół relacji z matkami buduje opis stosunku do ciała? Mam tak bardzo dużo "może" po skończeniu tej książki, że chcę przeczytać ją jeszcze raz, żeby wrócić do tych wszystkich fragmentów, które rozpoznaję, które są także o mnie. Wiele spostrzeżeń jest niezwykle celnych. W ogóle nie przeszkadza mi to, co wybrzmiewa w niektórych negatywnych dyskusjach - mianowicie, że nie wiadomo, co tak naprawdę napisała Lewestam. To nie ma znaczenia, liczą się te wszystkie trafne obserwacje i przełożony na język słów język emocji. Dla mnie to jest doskonała proza, trafiająca w miejsca trudne, niewygodne, bolesne - i przez to uzdrawiająca. Podczas lektury "Szmat" przeżyłam swego rodzaju katharsis i dlatego jest mi dość trudno pisać składnie, ale zdecydowanie polecam tę książkę każdej kobiecie. A mężczyźnie? Zależy. Obraz mężczyzn odmalowany przez Lewestam nie jest pochlebny, ale nie uważam, żeby był w jakimkolwiek stopniu przesadzony lub zmanipulowany. Mężczyźni będący drugo- albo i trzecioplanowymi bohaterami, wyposażeni w pogardę, lenistwo, gnuśność, żądzę, podłość, małość, niezdrowe chucie - wszystkie ich znamy. Czy któryś mężczyzna odważy się zobaczyć w nich siebie?
temat lumpeksów bardzo fajnie się zaczął i był bardzo świeży - te wszystkie matki i ciotki doradzające i odradzające sobie ubrania, ale fragmentaryczność tak wielka że trzeba odliczać te fragmenty od numerków, to połączenie z cielesnością i jakimś udręczeniem kobiecej cielesności, bardzo męczące i nie wiem czy potrzebne. Do tego nawiązywanie do pisarzy i filozofów żeby było bardziej intelektualnie? Wprowadzanie mnóstwa postaci które się mylą i mieszają i ich historie nic nie wnoszą ciekawego, tematy oklepane. Myślałam że to będzie coś nowego i oryginalnego ale się rozczarowałam. Nie poleciłabym tej książki nikomu.
Rewelacyjna. Każda kobieta powinna ją przeczytać. Nastolatka dowie się, co ją czeka. Kobieta w średnim wieku zrozumie, co się z nią działo/dzieje/będzie działo. Kobieta starsza pokiwa głową ze zrozumieniem. Każdy powinien ją przeczytać. Bardzo inspirująca, bogata w nawiązania, napisana świetnym, gorzko-zabawnym stylem.
Uwielbiam styl pisania Karoliny Lewestam i jej zręczne posługiwanie się słowami, które trafiają w samo sedno. Szanuję szczerość, poruszenie tematów trudnych i osobistych, przeplatanie poczucia humoru.