Remigiusz Mróz powraca z kolejną kryminalną sprawą, której nie da się rozwiązać w oczywisty sposób. Sztorm odcina pensjonat na Mierzei Wiślanej od świata, a w zamkniętym od środka pokoju zostają znalezione zwłoki nastolatka. Beata Drejer i Gerard Edling wiedzą jedno: mordercą musi być ktoś z uczestników szkolenia. Każdy z nich związany jest z organami ścigania i zna metody śledczych. Nikt jednak nie miał powodu, by zabić dziecko. Kto więc zaatakował ofiarę i jakim cudem pozostawił drzwi i okna zamknięte od wewnątrz? W ODCIĘTYM OD ŚWIATA PENSJONACIE DOCHODZI DO ZABÓJSTWA, W KTÓRYM KAŻDY MOŻE OKAZAĆ SIĘ SPRAWCĄ.
Rok 2006. Młoda prokuratorka, Beata Drejer, rozpoczyna karierę w organach ścigania pod okiem doświadczonego śledczego, Gerarda Edlinga. Uczy się od niego sztuki, w której jest on pionierem – czytania mowy ciała.
Podczas wyjazdu szkoleniowego sztorm odcina od świata ośrodek na Mierzei Wiślanej, w którym się zatrzymują – a w zamkniętym od środka pokoju zostają odkryte zwłoki nastolatka. Szybko staje się jasne, że sprawcą jest któryś z uczestników. Problem w tym, że wszyscy są związani z organami ścigania i znają sposoby na uniknięcie wykrycia. Żadne z nich nie miałoby jednak powodu, by odebrać życie dziecku.
Kto więc zaatakował ofiarę? Dlaczego? I jakim cudem pozostawił zarówno drzwi, jak i okna zamknięte od wewnątrz?
Nie lubię Edlinga.Wyobrażam go sobie jako starego dziada w wełnianym garniturze z molami i w skarpetkach w romby. Nie lubię też jego behawioralnych obserwacji. Jak zwykle wkurza mnie to, że Mróz kreuje nierealne sytuacje, wywijając je na ósmą stronę, żeby wszystko się logicznie łączyło. Gdzie prawdziwa miłość, gdzie heheszki, ja się pytam?! Tak się nie godzi.