Benjamin Lowell wreszcie poczuł, że znalazł swoje miejsce – wśród przyjaciół z Cleveland, w świecie, w którym jest akceptowany, szanowany i kochany. Jego życie zaczęło płynąć spokojnym rytmem.
Do czasu, gdy w szkolnej szafce znalazł pierwszy anonimowy list z pogróżkami.
W hotelu, który dotąd był bezpieczną przystanią, również zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Przyjaciele Bena mierzą się z własnymi problemami, a w chwilach największych napięć zapominają o lekcji cioci Lindy: że dopóki trzymają się razem, poradzą sobie ze wszystkim. Tymczasem kolejne nieszczęścia tylko pogłębiają dzielące ich różnice.
Jedno staje się jasne – komuś bardzo nie podoba się powrót Genevieve McKenney do miasta. Jak daleko posunie się ta osoba, by dziewczyna zniknęła raz jeszcze? I czy wsparcie bliskich wystarczy, by przetrwać nadciągający kryzys?
uwaga! jestem pierwsza osobą która wystawi tej książce recenzje na goodreadsie crazy.💚
jest 23.52. od ok. 19.30 siedzę i czytam "Benjamin nie potrafił zapomnieć" i najdłuższa przerwa to było 15 minut. jestem po prostu zakochana. jeśli myślałam, że "Genevieve..." pokazała mi wszystko to nie byłam gotowa na 2 tom.
dla mnie to nigdy nie będą tylko książki. nie jestem w stanie określić jak bliska jest mi postać Bena. myślę że mogę powiedzieć że Ben to ja w innym uniwersum. dosłownie traktuje go jak dziecko. natomiast w tym tomie całe moje serce skradł Dominick. uwaga: dostajemy perspektywe Doma i chyba dzięki temu tak dobrze się bawiłam. dostajemy zupełnie nowe myśli, zupełnie nowy pogląd na świat. jak to zobaczyłam to sie prawie popłakałam.
a jak mówimy o płakaniu... na tej książce było ciężko. oj było. bałam się o moich pookies bardxo. nie no. było mi po prostu ich strasznie przykro. uwaga spoilery: no kurde Dominick love u so much ale nie musisz sie ze wszystkimi kłócić o wszystko bo potem sraka wychodzi. było mi tak przykro i naprawdę popłakałam się chyba z 4 razy. tak jak bardxk chciałam ich wyprzytulać to szok.
myślę że 2 tom w ogólnym rozrachunku jest bardziej przykry, ale mniej straszny niż 1. natomiast ta książka uświadomiła mi jeszcze bardxiej jak ważna dla mnie jest ta seria. porusza ona bardzo głęboki fragment mojej duszy i po prostu wywołuje we mnie skrajne emocje. nie wiem po raz który raz to powiem, ale Gen, Ben i Dom odmienili moje życie i wywrócili je o 180° dziękuję Kamila za napisanie tego dzieła💚 dziękuję Ben za to że po prostu jestes💚
update po rereadzie: nie ma słów aby opisać co czuję do serii nbf. jak juz mam wrażenie, że jestem na wszystko gotowa i czytam po raz 2 to znowu dostaje załamania na wszystkich tych samych fragmentach.
do 2 romu myślałam że Dom nie jest postacią, która polubię jakoś bardziej. potem pojawiła się jego perspektywa i mnie pokonała. Dom to dosłownie postać, która czyta mi w myślach. dosłownie czytając nbf czuję się tam jak dziecko Bena i Doma. nie zliczę ile razy płakałam nad tą książką.
kocham cię Kamila, nie wiem jak weszłaś do mojej głowy, ale dziękuję ci za to💚
btw. WARRENICK CANON.
This entire review has been hidden because of spoilers.
OH OKAY TA KSIĄŻKA MA CAŁE MOJE SERCE I JESZCZE WIĘCEJ. Nie zliczę nawet ile razy ta historia mnie łamała, wzruszała i naprawdę doprowadzała do łez. Na koniec i tak moje serce było uleczone przez te bandę dzieciaków z hotelu na końcu świata.
jak przy pierwszej części nawet jakoś się bawiłam, tutaj zwyczajnie frustrowałam się bez końca.
pierwszą część pochłonęłam w kilka dni z ciekawości, ile absurdalnych sytuacji może się jeszcze wydarzyć, tymczasem ta część tak mnie wymęczyła, że nie byłam w stanie przeczytać więcej niż rozdział naraz, ponieważ absolutnie nic się tutaj nie działo - odbijamy się od jednej dziecinnej, dramatycznej kłótni od drugiej, to są spory rodem z paradokumentu albo serialu na disney channel. na kolejną z rzędu kłótnię przewracałam oczami, bo wciąż powtarzały się te same argumenty i zarzuty, no ile można kłócić się i przepraszać za to samo, szczególnie że te awantury donikąd nie prowadziły. opis zapowiada listy z pogróżkami i niekończące się kryzysy, i czytelnik właśnie to otrzymuje, ale na jakimś dziesiątym planie. to, co miało zaciekawić, zatonęło w morzu pretensji, fochów i niezdolności do radzenia sobie z własnymi emocjami dorosłych ludzi.
w "benjaminie..." powtarza się dużo zarzutów, o których pisałam w recenzji "genevieve", więc nie będę ich powtarzać, ale zwrócę uwagę na kilka aspektów, przez które miałam ochotę zamknąć tę książkę i nigdy do niej nie wracać. 1. po pierwsze i najważniejsze, dominick. nie dość, że jest paskudną osobą sam w sobie, to odnoszę wrażenie, że został bardzo nieporadnie skonstruowany. rozumiem, że miał trudne dzieciństwo i boryka się z traumami, ale żadne doświadczenia nie usprawiedliwiają jego zachowania. dominick jest kontrolujący w stosunku do swojej siostry, chłopaka i przyjaciół. dominick jest przemocowcem - dwa razy uderzył swoich ponoć najlepszych przyjaciół, jego siostra bywa przerażona, że w trakcie kłótni wyładuje na niej złość, wielokrotnie jego przyjaciele martwią się, czy nie wyskoczy nagle do kogoś z pięściami. książka może mi wmawiać, że dominick i reszta postaci się przyjaźnią, ale sam zainteresowany prawie nigdy tego nie okazuje. gdy ktoś próbuje mu się wygadać i liczy na jego wsparcie, dominick ma tę osobę w poważaniu i marzy, by zniknęła. swoją troskę okazuje przez zakazy, wrzaski, wredne odzywki, wspomniane już przeszukiwanie rzeczy, pokazy zazdrości, przemoc. lekceważąco podchodzi do sugestii przyjaciela o pójściu na terapię. dominick nie widzi w sobie absolutnie żadnej winy, nawet kiedy ludzie mówią mu wprost, co zrobił nie tak, a ostatecznie godzi się ze wszystkimi tylko dlatego, bo jego chłopak go o to prosi. więcej, dominick zarzuca winę innym i manipuluje nimi tak, aby oni także w nią uwierzyli. to, jak myśli o swoich najbliższych, jest po prostu smutne i niesmaczne. nie jestem w stanie uwierzyć, że zależy mu na tych osobach i że im zależy na nim. nawet jeśli taki był zamysł na tę postać, nie usprawiedliwia to tego, że dominick jest zwyczajnie nieprzyjemny jako osoba do obcowania z oraz jako bohater, z którego perspektywy są pisane rozdziały. nie robi absolutnie nic, za co jako czytelnik mogłabym zapałać do niego sympatią, przez większość książki miałam nadzieję, że zwyczajnie zniknie, bo prowokował same problemy. przeszkadzało mi również to, że mało kto reagował na jego skandaliczne zachowanie - wszyscy głaskają go po główce, bo "dom już tak ma" (dwudziestotrzyletni facet btw), podczas gdy ukrzyżowali ronnie za o wiele mniejsze przewinienie (do czego dojdę). 2. postać i traktowanie ronnie - zaczynając od tego, jak traktuje ją dominick, czyli osoba, która według książki, najbardziej się o nią troszczy. jedyne, co dominick potrafi robić, to wrzeszczeć na nią, doprowadzać ją do histerii i płaczu (wielokrotnie), zarzucać jej, że jest niewdzięczna, traktować ją jak dziecko, szantażować ją i wypominać jej błędy. nie ma mowy o trosce. ronnie zarzuca mu, że wyładuje na niej agresje i to jest najprawdziwsze zdanie, jakie padło w tej książce. nie tylko dominick ją tak traktuje, bo linda, którą oni wszyscy traktują jak mamę/ciocię, wpędza ją (szesnastolatkę) w poczucie winy, że brat marnuje sobie przez życie przez to, że musi się nią opiekować i wyrzuca ją za drzwi (w zimę), aby przemyślała swoje zachowanie. ben też myśli o niej jak o "niewdzięcznej gówniarze". nikt tam nie traktuje jej poważnie ani z należytym szacunkiem. mam nadzieję, że ktoś w trzeciej części wręczy jej w ręce pistolet, żeby mogła zrobić to, co konieczne. 3. relacja ben-dom. tutaj krótko, nie podobała mi się, nie widzę żadnej chemii między nimi. autorka balansuje na bardzo niebezpiecznej dynamice, bo dominick jest bardzo, bardzo podobny do rodziców bena - również jest przemocowcem, również wyzywa go od ofiar (i "smutnych chłopców") i każe go milczeniem. co ciekawe, gdy dominick dzieli się wspomnieniami z domu, w którym się nad nim znęcali, otrzymuje od bena współczucie, podczas gdy sam nigdy nie okazał się zrozumieniem. ponadto dominick kontroluje jego aplikacje szkolną, czyli widzi wszystkie jego nieobecności, spóźnienia i złe oceny, o które często ma do niego pretensje. jest to dziwne, bo nadzoruje również swoją siostrę i traktuje ich oboje w tym kontekście tak samo - swoją siostrę i chłopaka. 4. dwie na trzy nastoletnie postacie żeńskie padło ofiar nadużyć i wykorzystywania seksualnego ze strony starszych mężczyzn, a ich trauma albo jakiekolwiek wspomnienie tych wydarzeń pojawiają się jedynie w kontekście tego, czy owe bohaterki powinny lub czy są gotowe na wejście w związek z jakimiś chłopakami. odbieram to trochę jak spłycenie bardzo poważnego tematu, jakby on nie istniał, dopóki na horyzoncie nie pojawi się wizja związku - dziewczyny nie wykazują żadnych oznak traumy. teoretycznie nie muszą, bo nie ma ich perspektyw, ale nieco tego oczekiwałam, biorąc pod uwagę wagę i ogrom problemu genevieve z pierwszej części. 5. co do genevieve i jej udziału w tej części - znikomy, prawie jej tu nie ma, a jak już jest, to nie błyszczy charakterem. polubiłam ją chyba tylko ze względu na współczucie, zważywszy na to, jak okropnie traktował ją dominick. to, że genevieve wybaczyła i jemu, i rodzinie, która sprawiała w jej życiu same problemy? po prostu dziwne i napisane, byleby zamknąć te wątki, bez żadnego pomyślunku, czy tak zachowałaby się prawdziwa osoba. jej związek z jonathanem - dziwny, płytki, wziął się znikąd, zakochali się w sobie w rekordowym tempie kilku dni, chyba nawet szybciej niż ben i dominick, ponownie bez żadnego fundamentu i chemii. poza tym, jonathan zachowywał się w stosunku do niej strasznie dziwnie, to, z jaką pewnością mówił, że na pewno będą razem? dziewczyno, uciekaj. 6. absurd goni absurd. pan burmistrz naprawdę nie ma chyba żadnych zajęć w pracy, skoro tak często osobiście zajmuje się bandą dzieciaków. jest to zwyczajnie niewiarygodne i kpiące z inteligencji czytelnika, skoro mam uwierzyć, że dorosły, odpowiedzialny mężczyzna jedzie do hotelu, bo dominick powiedział o nim trzy złe słowa w wywiadzie dla pseudo-dziennikarki. 7. brak opisowości miejsc. akcja dzieje się w cleveland, ohio, ale równie dobrze mogłaby się dziać w świdniku, może wtedy przymknęłabym oko na to, że burmistrz miasta liczącego 400 tysięcy mieszkańców w ogóle pamięta o istnieniu kogoś takiego jak dominick czy genevieve. brak opisów miejsc, przestrzeni, w ogóle nie czuć, że to wielkie miasto w ameryce. 8. ronnie zostaje ukrzyżowana za powiedzenie słowa "p*dał" i jakimś cudem jest to najgorsza rzecz, jaką ktokolwiek zrobił w tej książce, bo zostaje potraktowana, jakby co najmniej wybiła połowę populacji cleveland (liczącej jakieś piętnaście osób). czyta się to po prostu niesmacznie i ciężko, bo uważam, że nastolatka "z marginesu", jak książka lubi często przypominać, w dodatku w wielkich emocjach, może powiedzieć to słowo. szczególnie, że zostaje sprowokowana przez brata, który wielokrotnie doprowadza ją do histerii i wyładowuje na niej gniew. ponownie mamy do czynienia z moralizatorskim tonem - nie można wyzywać ludzi ze względu na orientacje, ale można krzyczeć i dyrygować do woli zależnymi od nas finansowo (i nie tylko) nastolatkami. dokładnie takie jest przesłanie tej książki 9. ponownie jak w pierwszej części, styl jest co najwyżej poprawny, chociaż dalej zdarzają się niezręczne zdania, błędy i niepotrzebne angielskie zamienniki. obserwując autorkę w mediach społecznościowych, dowiedziałam się, że napisała tę książkę w rekordowo krótkim czasie, i to niestety widać. uważam, że gdyby dała jej chwilę "odleżeć", to nie tylko udałoby się wyłapać większość błędów i niezręczności, ale i przemyśleć ponownie fabułę, bo odnoszę wrażenie, że był na nią tylko zalążek pomysłu, gdyż wykonanie pozostawia wiele do życzenia. akcja wlecze się niemiłosiernie, wydarzenia są nudne, powtarzalne i nieangażujące. prawie 400 stron o niczym.
niestety "benjamin" i "genevieve" zniechęciły mnie do czytania dalszych tomów w przyszłości oraz do dalszego obserwowania twórczości autorki w internecie. niestety nie można tak celnie skrytykować "venoma", "i wanna fall" czy "hell", a potem napisać takie książki, z drugim głównym bohaterem, który wcale aż tak nie odstaje do męskich postaci we wspomnianymi pozycjach. nie wiem, skąd się wzięła taka hipokryzja, ale po lekturze tej książki nie mam już siły, aby się dowiadywać.
szkoda że w tej książce absolutnie nic się nie dzieje… pierwsza część przynajmniej miała jakąś fabułę a tu…. i czy autorka wie jak działają szpitale w stanach zjednoczonych bo chyba nie do końca
w wielkim skrócie: dominick to pierdolony socjopata and everyone is under spell
kamila kompletnie nie umie pisać żeńskich postaci; czytając to czulam taki rage w imieniu ronnie i tiny, japierdole dajcie im pistolet zero wykreowania miejsca ani przestrzeni, ja w ogole nie czuje ze oni sa w hotelu ani jak ten hotel wyglada. To mial byc chyba przydrozny hostel jak z okładki książki a ludzie tam idą na randke walentynkowa? XD sure
poza tym, są w tej książce błędy!! mam z wami kość niezgody, ostra nauczycielka (choć tutaj mozna sie klocic), wprasowana zamiast wyprasowana
ale co mnie w tej książce najbardziej wkurzyło: dominick. To jest najgorzej napisana postacią o jakiej ostatnio czytalam. Jest kontrolujacy, toksyczny i agresywny. Raz byla wspomniana terapia i tyle. Cala jego zazdrosc o Gen jest absolutnie z dupy i jest takim gaslighterem że serio czytajac klotnie jego i bena wkurzalam sie w jego imieniu. Akcja z kubkami????? break up boze szczerze nie chce mi sie pisac wiecej, bardzo slaba pozycja i koszmarnie nudna kreskowkowa i moralizatorska (ten burmistrz to wgl hit XD to jakby moja friend group ze studiow trzymala sie z prezydentem lublina bffr)
Jeśli to byłby poradnik kłócenia się o nic i wzajemnego bezpodstawnego oskarżania, to dałabym 5 gwiazdek.
Widzę wizję jaką autorka miała na tę serię, o grupie super przyjaciół, którzy są dla siebie domem. Problem jest taki, że prawie nic w ich zachowaniu na to nie wskazuje. Bohaterowie nie rozumieją, że ich działania niosą za sobą konsekwencje i zachowują się totalnie nierealnie. Ciężko się czytało tę książkę, bo co chwilę sięgałam po telefon, by wylać moją frustrację, powtarza się dużo zarzutów, które miałam do “Genevieve”.
Dominick chwali się Chadowi, że siedział za pobicie w poprawczaku. Super powód do chwalenia się. A kilka stron później żarty z masturbacji. Serio? Przy innych poważnych tematach w tej książce? Nie siedzi mi to.
Znowu, tak jak w poprzednim tomie, bardzo dużo pouczania na tematy takie jak: używki, współżycie, bijatyki itd. Tom po tomie robi się to naprawdę męczące i odechciewa się czytać. A z drugiej strony mamy określenia takie jak "zajebiste" względem filmików, gdzie dziewczynie urwało rękę.
Dużo zdań o dziwnej konstrukcji, np.: wprasowane ubranie, "ja mam zrobić zadanie za Ciebie, ale Ty mi tylko pomóc?", kelnerować i wiele innych. Plus w zdaniach pojawiają się zmiany czasu, które nie powinny mieć miejsca
Gen nagle ma Instagrama i wytyka Benowi to, że on sam go nie używa. Ile czasu minęło od wydarzeń z poprzedniej części? Bo wydawało mi się, ze stosunkowo niewiele, a Gen się zachowuje totalnie nielogicznie w kontekście traumy, która miała przez lata i jej przeszłości. A teraz nagle robi oversharing w mediach
Czy Gen nagle straciła rodziców i przegrała sprawę o majątek? Bo jak rozbił jej się tablet, to Gen nie zwraca się z tym do bogatych rodziców, tylko do Bena, który oferuje kupienie taniego szkicownika jako zamiennika. Nie rozumiem toku rozumowania
Dlaczego Dominick tak nie szanuje tej siostry, która jest jego jedyną rodziną i sam mówi wielokrotnie, że skoczyłby za nią w ogień, a później jak Ronnie raz się źle zachowa to Dom rzuca się na nią.
Dominick jest delulu pod tezę, a Gen jest wpychana do relacji Doma i Bena bo tak. A żeby jeszcze dolać oliwy do ognia, bo czemu nie
W poprzedniej części było wspomniane, że każdy ma kubek w kształcie jakiegoś zwierzaka. W tym tomie jest scena, gdzie Louis zbija jeden z nich. Dlaczego kubek w kształcie żaby jest ze szkła? To by musiało być jakieś mega drogie wykonanie na zamówienie, żeby zrobić kilka takich kubków ze szkła. Jeśli to są kubki o jakich myślę, to prędzej byłby on z jakiejś ceramiki, porcelany bądź tworzywa sztucznego. Szczególnie, że bohaterowie pili w nich gorące napoje, więc to na pewno nie było szkło
Ronnie mówi Domowi dosłownie że się go boi a ten na nią znowu krzyczy i jest agresywny. Zero progresu postaci, Dominick przez prawie całe dwie książki nie miał żadnego character development. Jakim cudem on jest love interest w tej książce…
Linda, jako osoba dorosła i autorytet, krzyczy na Doma i Ronnie żeby się pogodzili. Dlaczego wszyscy tutaj krzyczą?! JA TEŻ ZARAZ ZACZNĘ KRZYCZEĆ!
-Linda staje po stronie Dominicka co samo w sobie jest ciekawe ale dwie strony później daje mu, dwudziestotrzyletniemu mężczyźnie, karę na konsolę. Prawdziwy festiwal absurdu
“Dojdziemy do tego, o co w tym wszystkim chodzi.” “Okej. Jest to jakiś plan.” JAKI PLAN? Tu nie ma opisanego żadnego planu. Takie gadanie dla gadania
Tak jak w poprzednim tomie miałam zarzut, że autorka nie wie, jak działają szkoły w Stanach to teraz niestety muszę zarzucić, że nie wie też, jak działają szpitale. Nikt tam nie jest rodziną z Benem, poza tym lekarz powiedział im, że tu nie można wchodzić. W Stanach dawno wezwano by ochronę, nie mówiąc o tym, że w pierwszej kolejności, w ogóle nie przepuścili by ich przez administrację
Jak nie jestem w stanie zrozumieć, ale jestem w stanie przymknąć oko na to, że burmistrz zna osobiście kilka dzieciaków w dużym mieście (bo mimo wszystko są jakoś powiązani), tak nie mogę przymknąć oka na to że znają ich także ochroniarz i sekretarka. Z imienia i nazwiska. Kiedy przyszli bez umówionej wizyty. Niesamowite. EDIT po kilku stronach: Jednak nie jestem w stanie przyjąć tego, że burmistrz odwozi Doma własnym autem i beztrosko sobie gadają…
50 000 razy jest wspomniane, ile ktoś komuś innemu zawdzięcza, a później i tak zachowuje się bardzo niestosownie i opryskliwie względem tej osoby
Przez całą książkę dzieje się praktycznie nic, a wszystko wyjaśnia się na ostatnich 50 stronach tak jak w “Genevieve”. Dosłownie można by było przeczytać pierwsze i ostatnie 50 stron i nic nie stracisz a nawet oszczędzasz czas
I na koniec - żadna z postaci nie ponosi konsekwencji za własne działania, wszystko jest banalnie proste, jak zakończenie bajki dla dzieci. Najbardziej absurdalne jest to, że konsekwencji nie ponosi postać, która powinna być karana prawnie pod kilkoma paragrafami
Jestem takiego zdania jak Prostracja po Miles. To powinna być jedna książka a nie dwie. Autorka zdecydowanie za szybko pisze kolejne powieści, nie mając czasu na warsztat i przyjęcie opinii. Fabuła i bohaterowie na tym cierpią, bo są niedopracowani i wszystko w tym uniwersum cierpi na brak większej uwagi.
Gdyby nie to, że kupiłam w pakiecie z Gen, to po Gen nie przeczytałabym już Bena.
Szkoda, bo bardzo lubię twórczość Kamili w mediach, ale trzeba oddzielić pióro od tworzenia kontentu w Internecie.
Nic się w tej części praktycznie nie działo, a szkoda, bo byłam ogromną fanką 1 tomu. Dominick niesamowicie toksyczny i irytujący. Słaba, imo niepotrzebna kontynuacja. 2,75 ⭐️
Niby 300 stron, a w sumie nic się nie wydarzyło. Dramaty jak w gimnazjum na przerwie. Wątek liścików strasznie niesatysfakcjonujący i nieinteresujący.
Spoiler:
Przed przeczytaniem książki myślałam, że może za liścikami stoi Dominik i to jego dziwna próba bycia romantycznym, a wyjdzie creepy. Np. pisanie „patrzę na Ciebie jak śpisz”. Ale niestety to tylko jakieś basici o wyjeździe z miasta, pisane przez randoma.
nie chcę być nadmiarowo krytyczna, bo ewidentnie jestem za stara na tę książkę, nie trafia do mnie ten motyw hotelowej rodzinki i morał jednocześnie banalny, jak i wypowiedziany niezwykle bezpośrednio
właściwie to przeczytałam głównie ze względu na postać Doma (i trochę Bena, chociaż raczej mnie irytował) – uważam że autorka dobrze sobie radzi z kreowaniem postaci z problemami i o niestandardowym neurotypie, pierwszoosobowa narracja wypada tutaj niezwykle dobrze (a warto dodać, że co do zasady nie jestem fanką), introspekcja bohaterów jest bardzo istotną częścią całej historii – bez tego trudno byłoby mi się wciągnąć w lekturę
ponadto ja osobiście wkręciłam się w romans i również zaliczam go do pozytywów książki
cała reszta postaci wciąż sprawia wrażenie kartonowych, tym razem Louis ma dwie średnio rozwinięte cechy charakteru, Tina wciąż jedną tę samą (jest wkurwiająca), Stanley posiada ich zero, natomiast Genevieve pozostaje sprawiedliwą wśród narodów świata
poza tym pojawił jeden poważny zgrzyt fabularny – dlaczego nikt nie zainteresował się od razu tożsamością chłopaka pobitego przez Ronnie? czyżby trzeba było sztucznie przedłużyć historię?
zastanawia mnie też taka nachalna wręcz poprawność tej książki – którą na swój sposób rozumiem, zwłaszcza gdy popularność zdobywają wątpliwej jakości smuty nieprzejmujące się takimi pierdołami jak konsensualność
natomiast po co był ten cały wątek z antykoncepcją? żeby czytelnicy na pewno wiedzieli, że ważna jest świadoma zgoda, a w przypadku molestowania w dzieciństwie warto udać się na terapię? wnioski o tym, że homofobia jest zła również sprawiały wrażenie bardzo narzucających się; ponadto, na kartach obu powieści po wielokroć wspominano również, że przemoc nigdy nie ma uzasadnienia, tak żeby na 100% każdy czytelnik zrozumiał – moim zdaniem jest to niepotrzebne
This entire review has been hidden because of spoilers.
pierwszy tom był cudowny, drugi jest jeszcze lepszy, nie wiedziałam że tak się da!! kocham benny’ego, kocham doma!! ta historia dzieciaków z cleveland zmieniła chemię w moim mózgu.
benny to moja męska wersja, w pełni się utożsamiam z jego rozkładaniem wszystkiego na czynniki pierwsze i analizowaniem.
uwielbiam to jak bohaterowie dojrzewają w tej części, to się tak cudownie czytało🥹🥹 to jak relacja chłopaków się rozwija, jak zaczynają coraz więcej rozmawiać, wyrażać swoje potrzeby, ogólnie to jak ten związek staje się coraz bardziej poważny.
część kryminalna była trochę słabsza, w 1 tomie było więcej tego wszystkiego, tego całego napięcia i dojścia do sprawcy + było to bardziej popaprane. drugi tom skupiał się bardziej na czymś innym i nie umiem tej części nazwać thrillerem jak tom 1, nie uważam tego za jakąś wadę, bo myślę że to było bardzo potrzebne, nie ma w tym tomie osoby której bym nie darzyła sympatią, nawet „sprawcy” zamieszania. wszyscy w tych książkach są tacy… ludzcy
totalnie się przywiązałam do bohaterów, cały czas się czułam jakbym była razem z nimi w tym hotelu, bardzo czekam na 3 tom, a autorce bardzo dziękuję, bo chyba właśnie minął mi zastój czytelniczy🫶 a za tydzień zaczynam nowy semestr na studiach
Ta książka to absolutny masterpiece, emocje w tym tomie jeszcze bardziej podsycały całą akcję tą dynamika i jednocześnie chemia między Benem i Domem damn uwielbiam tą serię i jak poprzednio pragnę móc ją sobie wszczepić żeby została częścią mnie na zawsze
Mam problem z tą książką szczerze mówiąc. Połknęłam ją tak samo szybko jak pierwszy tom i znowu mega dobrze się przy niej bawiłam, było zabawnie i naprawdę przyjemnie się to czytało. Kończąc miałam w głowie “nie no fajne to było”, ale im dłużej o tym myślę tym bardziej mam wrażenie że w tej części w zasadzie nic się nie działo poza kłótniami Dominika z całym światem dookoła, ta książka to była bardziej o nim niż o Benie. Do tego powodu tych kłótni były momentami już tak bezsensu, że miałam ochotę nimi potrząsnąć. Trochę szkoda też, że całego wyjaśnienia kto stoi za liścikami i wszystkim co się dzieje w tej części domyśliłam się jakoś w 1/3 jak nie wcześniej. Generalnie fajna książka, lekka, idealna na jeden wieczór, ale chyba pierwsza część bardziej mi się podobała jeśli chodzi o fabułę.
niewatpliwie lepsze niz 1 czesc, widac duuuuza poprawe, a do tego bylo to cos mi potrzebnego wiec z sentymentem te 4/5 ale mysle ze nalezy zdecydowanie docenic i pochwalic autorke!
1.5 Do tej książki podchodziłam z jakimś sceptycyzmem, ponieważ po pierwszym tomie nie widziałam sensu kontynuacji tej konkretnej historii. Tamtą książkę naprawdę się przyjemnie czytało i miałam poczucie, że wszystko jest domknięte. Gdy zobaczyłam, że to będzie seria byłam naprawdę ciekawa, co autorka tu wymyśli. Niestety, za bardzo się przeliczyłam.
Tak jak sama Zocharett mówi: ta książka mogłaby być e-mailem.
Moim największym zarzutem jest to, że książka jest po prostu w cholerę nudna. Pomimo tego, że skończyłam ją w dość krótkim czasie, zmęczyłam się niemiłosiernie. Wydawałoby się, że wątek z pogróżkami miał być tym napędem w historii. Uwaga, ale nie był. Zniknął na setnej stronie, a na jego miejsce pojawia się jakaś… opera mydlana, którą można spotkać w „Szkole” TVN. A zakończenie wątku? Nawet nie pytajcie, bo było śmieszne. Ją domyśliłam się na początku, kto za tym stał i jakie było moje smutne zaskoczenie, że to okazało się prawdą. Mam wrażenie, że rozwiązanie zostało wymyślone na poczekaniu, jakby sama autorka nie miała do końca pomysłu jak pociągnąć wątek liścików. Wielka szkoda, bo widziałam w nim potencjał.
Może ja już jestem za stara na takie rzeczy? Po prostu… Kolejne kłótnie bohaterów powodowały u mnie przewrócenie oczami. Zawsze chodziło o to samo(!), nawet jeśli już się kłócili wcześniej o to coś. Moja linia została przekroczona, gdy sam burmistrz został w to wszystko wciągnięty. Dlaczego dorosły chłop miałby interesować się takimi dzieciakami? Wtedy gdy jeden z nich powie w telewizji coś o nim? No serio?
Najbardziej mnie denerwowała perspektywa Dominica w tym wszystkim. Wszystko, co się działo w jego rozdziałach, było dla mnie jakieś pretensjonalne. Nie potrafię go polubić, bo był po prostu okropną osobą. Okej, tak, bohater jest zbudowany na „trudnych przeżyciach z dzieciństwa” i jak najbardziej to rozumiem. Tylko że ten pomiot miał dwadzieścia trzy lata i uważam, że to już wiek, gdy nie możesz usprawiedliwiać swojego zachowania traumą. Dominic nie widział w sobie winy, nawet jeśli ktoś mu to powiedział w twarz. On też zachowywał się paskudnie w stosunku swoich niby „przyjaciół”, co naprawdę było absurdalne w niektórych sytuacjach. A jego siostra była przerażona, że on jej zrobi krzywdę(!). Frustruje mnie po prostu fakt, że on taki jest, bo tak. Nie ma w nim głębi, więc wypada podobnie jak wszyscy „bad boye” z książek typu Hell, Venom… Muszę też zaadresować słonia w pokoju. Relacja Dominica i Bena jest bardzo toksyczna. Dlaczego chłopak, który ucieka z przemocowego domu, wiąże się z kimś, który ma skłonności do agresji i nie chce tego naprawić? Nie rozumiem. To wszystko jest takie dziwne. Dominic zachowuje się bardzo źle do Bena, a nikt nic z tym nie robi. Pomijam już fakt, że ich relacja nie ma w sobie ani grama chemii… Chciałabym, żeby choć trochę miała, bo Ben naprawdę zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Niestety, ale dalej nie wierzę w to, że to się dzieje w USA. Cała akcja książki mogłaby się dziać gdziekolwiek, nawet w Polsce. Nie ma tutaj żadnych opisów, więc część rzeczy musiałam sobie dopowiadać po prostu. No, a scena w szpitalu była nieco śmieszna… Nie wydaje mi się, że tak to działa w USA.
I wydaje mi się, że to wszystko może być wina szybkiego napisania książki… Lubię bardzo styl Zocharett — jest poprawny, przyjemny. Uważam jedynie, że książka mogłaby zdecydowanie dłużej poleżeć. Mogłaby znowu zostać poprawiona i to wszystko, co napisałam, mogłoby zniknąć. Teraz dostaliśmy 400 stron, gdzie początek był dobry, środek absurdalny, a zakończenie po prostu śmieszne.
Dodaje jedynie 0.5 za to, że książka zawiera w sobie trochę ważnej treści. Młody czytelnik zdecydowanie na tym zyska. Tylko że ton moralizatora nie może uratować beznadziejnej i nudnej fabuły.
Trzymając tę książkę w rękach niedowierzałam, że to już szósta powieść napisana przez moją najkochańszą Kamilkę. Jestem na maksa dumna! Ale wracając do tematu książek. Jestem już po lekturce jej wszystkich wydanych historii, więc z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Kamila ma cudowny styl pisania. Wydaje mi się, że przez lekkość, z jaką przenosi myśli na papier w jej książki czytelnik bardzo szybko się wciąga. Przysięgam, podczas czytania ani razu nie zerknęłam na której stronie jestem i ile mi jeszcze zostało.
Bena oceniłam wyżej od poprzedniej części chyba przez to, że już znałam bohaterów i ich charaktery przez co czułam się jakbym wróciła do domu. Dodatkowo jakoś tak bardziej spodobał mi się wątek szkolnego prześladowcy, aniżeli samego zaginięcia Genevieve w pierwszym tomie. Tylko proszę nie zrozumieć mnie źle, bo uwielbiam wprowadzanie takich zagadek. Po prostu wcześniej oczekiwałam plot twistu, a tym razem podeszłam do książki na większym luzie przez co bardziej się wciągnęłam.
Wydaje mi się, że seria No better friends to idealna pozycja dla osób lubiących motyw found family. Aż ciężko mi to opisać, bo chyba musielibyście sami poznać naszą ekipę z hotelu i przekonać się. To również książki dla tych lubiących wątek romantyczny mlm oraz dla tych, którzy uwielbiają dramy. Przysięgam tego ostatniego nie zabraknie.
Jedna jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić to pewna powtarzalność. Mam wrażenie, że rzucało mi się w oczy kilka scen albo dialogów, które już przewijały się w pierwszym tomie. Wiadomo nie chodzi mi tutaj o jakieś kwestie jeden do jeden, ale momentami miałam takie odczucie, że lekko zataczamy koło. Niemniej jednak bawiłam się podczas „Benjamina…” tak dobrze, że to nie zaważy na mojej ocenie.
Rany, pierwszy tom był świetny i naprawdę starałam się polubić 2 ale tu po prostu nic się nie dzieje. Tylko ciągłe kłótnie i dramy o nic. Nie wiem, może jakbym czytała tę książkę jako nastolatka to bardziej by mnie to poruszyło. Ale Bena dalej uwielbiam <3
po przeczytaniu tej książki aż musiałem pójść podwyższyć ocene genowefie bo na pewno nie moge obu tym książkom dać tej samej oceny
w pierwszym tomie była fabuła a tutaj przez większość czasu totalnie nie wiedziałem jaki jest cel tego wszystkiego przez sporą część książki są po prostu same kłótnie w większości takie o nic to co wydaje mi sie że było głównym wątkiem (bo naprawde nie jestem pewien) pojawiało sie raz na pare rozdziałów i też nie było temu poświęcane jakoś dużo czasu i wróciło dopiero na zakończenie książki które swoją drogą nie miało absolutnie żadnej wagi wszystko sie dobrze skończyło dla każdego nawet ten "zły" pomimo tego że na większość tego co robił jest paragraf nie poniósł żadnych realnych konsekwencji tylko został pogłaskany po głowie i nara
w tej części również mamy moralizowanie na każdym kroku ale nadal nie adresujemy słonia w pomieszczeniu jakim jest toksyczny związek głównych bohaterów KTO TO POWIEDZIAŁ??? hmm must've been the wind
to były moje główne problemy z tą książką (mam ich więcej ale szczerze nie chce mi sie już pisać eseju od każdego mojego znacznika w książce)
teraz czas na pozytywy bo te również tu są tak jak w pierwszej części książka jest napisana poprawnie i czyta sie szybko ben przestał mnie irytować
nie wiem czy dobrze robie zaczynając od negatywów ale wydaje mi sie że lepiej jest przebrnąć najpierw przez krytyke a potem dostać coś pozytywnego nawet jeśli nie jest tych pozytywów dużo chociaż to jest tak długie że pewnie i tak nikt nie doczyta do tego momentu powiem szczerze że chciałbym zrezygnować z dalszego czytania tej serii bo ewidentnie nie jest ona skierowana do mnie i po prostu pozostać przy oglądaniu autorki na youtubie ale nie lubie zostawiać niedokończonych rzeczy więc widzimy sie w trzecim tomie ^-^
This entire review has been hidden because of spoilers.
Są takie książki, przy których siada się i oddycha z ulgą, bo niezależnie od wydarzeń jest tak komfortowo. Seria „No better friends” właśnie taką jest. Już pierwszy tom stał się domem dla czytelników, ale tutaj wszystko wchodzi na wyższy poziom. Wiele historii zawiera motyw found family, ale ta jest pierwszą, w której tak naprawdę to poczułam - nie tylko grupę przyjaciół, ale ludzi, którzy stali się dla siebie czymś więcej. I mimo że rodziny podobno dobrze wyglądają tylko na zdjęciach, ekipa z Cleveland stoi za sobą murem i wyjdą razem z każdej sytuacji.
Ale nie myślcie, że jest tak słodko i cukierkowo, bo nie bez powodu napisałam w trakcie czytania, że ten tom powinien mieć na okładce ostrzeżenie o niekontrolowanych wzruszeniach. Wchodzimy tu jeszcze mocniej w niepewność Bena i pozostałości po krzywdzie jakiej doznał, które objawiają się bez nachalności, za to z wybitną naturalnością i prawdziwością. Mamy rodzeństwo Slammer, których relacje są ogromnie skomplikowane przez ich specyfikę a w dodatku oboje osobno są silnymi charakterami, dlatego interakcje między nimi są wybitnie wciągające. Do tego dochodzi reszta grupy ze swoimi demonami przeszłości i aktualnymi trudnościami, za których trzymam kciuki. I jest oczywiście ciocia Linda - absolutnie cudowna i ciepła, rozczulała mnie za każdym razem, gdy pojawiała się w akcji. W efekcie dostajemy niewyidealizowaną grupę młodych osób, które ścierają się przez swoje różne charaktery i podejścia oraz Bena, w którym na pewno wiele osób się odnajdzie.
Nie mam pojęcia kiedy zniknęły mi wszystkie strony, ale nie chciałam kończyć czytać. Tak bardzo poruszały mnie wszystkie ekipowe nieporozumienia i problemy, które są tak okropnie prawdziwe. A w dodatku dostajemy drugą perspektywę, pokazującą sposób myślenia i emocje, które mogłyby być niezrozumiałe bez szerszego przedstawienia. Przeżywałam z nimi wszystkie wydarzenia jakbym również w nich uczestniczyła a jednocześnie historia była dla mnie ogromnie komfortowa i lekka do czytania.
Uwielbiam tu wszystko - styl, bohaterów, relacje, trudności i zagadkę. Czytajcie, nie pożałujecie!