On nie chce jej na farmie. Ona nie zamierza wyjechać.
Samotna podróż po Stanach po zdradzie partnera miała być dla Phoebe Valentine czasem na odzyskanie samej siebie. Nie spodziewała się jednak, że wyląduje w łóżku charyzmatycznego kowboja i wywróci tym własne życie do góry nogami.
Kiedy los sprawia, że ich drogi ponownie się przecinają, wszystko jeszcze się komplikuje. Rhett Wilder jest pewny siebie, gorący i niebezpieczny dla jej serca. Ado tego okazuje się jej nowym szefem.
Im bardziej się zbliżają, tym bardziej on – poraniony w przeszłości–próbuje ją od siebie odsunąć. W końcu historia jego rodziny nauczyła go, że miłość zawsze równa się ucieczce. Ona zaś chce mu udowodnić, że ta historia nie musi się powtórzyć.
Phoebe i Rhett muszą stawić czoła emocjom, które pojawiają się mimo strachu i przeszkód. Czy odważą się zaufać uczuciu, które narodziło się w najmniej oczekiwanym momencie?
"Na końcu świata” to historia, której kilka rozdziałów czytałam już na Wattpadzie, i to właśnie wtedy ta książka mi się spodobała. Dlatego wyczekiwałam momentu, kiedy będę mogła przeczytać całość. Gdy dotarł do mnie mój egzemplarz, od razu wzięłam się za czytanie. Już teraz mogę napisać, że się nie zawiodłam. Bawiłam się przy tej historii naprawdę dobrze. Nie brakowało momentów, w których kilka razy się wzruszyłam, uśmiechałam, śmiałam, ale czasem też miałam ochotę wejść do historii i potrząsnąć głównym bohaterem.
Styl pisania autorki w tej powieści naprawdę przypadł mi do gustu. Czytało mi się ją niezwykle szybko i płynnie. Nie mogłam się od niej oderwać i była dla mnie osobiście nieodkładalna. Nawet nie wiem, w którym momencie czytałam ostatnie zdanie. Przeczytałam ją w kilka godzin, więc myślę, że to naprawdę wiele mówi.
Najbardziej w tej pozycji podobał mi się klimat małego miasteczka oraz fakt, że był to romans kowbojski, a jeśli jeszcze tego o mnie nie wiecie, to bardzo lubię takie książki, więc to jeszcze bardziej sprawiło, że ta historia tak bardzo mi się podobała.
Phoebe po dowiedzeniu się o zdradzie swojego chłopaka postanawia wsiąść w pierwszy lepszy samolot i właśnie w taki sposób trafia do małego miasteczka w Teksasie. Dla niektórych ta bohaterka może wydawać się irytująca. Dla mnie osobiście taka nie była. Bardzo szybko ją polubiłam. Była po prostu słoneczkiem, do każdego pozytywnie nastawiona i była w stanie zrobić dla innych naprawdę wiele, nawet wtedy, kiedy ona nie była dla nich tą najważniejszą, co było przykre.
Rhett to bohater, który początkowo może wydawać się trudny do polubienia, jednak im lepiej się go poznaje, tym bardziej zyskuje w naszych oczach. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Jest też gburem, który wydaje się nie lubić nikogo ani niczego. Jednak został w przeszłości zraniony, dlatego jest taki, a nie inny.
Znajomość wyżej wymienionej dwójki zaczyna się podczas jednej nocy, którą spędzają razem, będąc przekonanymi, że nigdy więcej się już nie spotkają. Jednak los sprawia, że to właśnie Phoebe ma pracować dla Rhetta. Nie dziwi więc fakt, że mężczyzna nie był z tego powodu zadowolony. Możecie pomyśleć, że skoro tak zaczęła się ich relacja, to wszystko działo się zbyt szybko, i tu muszę powiedzieć, że się mylicie, bo po tym ich znajomość właśnie zwalnia, dzięki czemu odnosiłam wrażenie, że główni bohaterowie z każdą kolejną stroną poznawali się coraz lepiej. Spędzali więcej czasu razem, przekonywali się do siebie, powoli się otwierali i to uczucie między nimi rodziło się naprawdę naturalnie.
Gdy już myślałam, że wszystko jest idealnie, autorka sprawiła, że moje serce zostało w pewnym stopniu złamane i ostatnie strony czytałam z dużą dozą niepewności.
Jeśli zastanawiacie się, czy warto sięgnąć po tę książkę, to tak – jak najbardziej warto. Ja bawiłam się przy niej naprawdę dobrze. Bohaterowie oraz klimat sprawili, że nie mogłam się od niej oderwać i jestem pewna, że wam również powinna się spodobać.
🩷 One night stand 🩷 Cowboy romance 🩷 Grumpy x sunshine 🩷 Szef x pracownica 🩷 Wymuszona bliskość
Phoebe, będąc pewna, że jej ukochany szykuje dla niej niespodziankę, jedzie na lotnisko. Na miejscu okazuje się, że ją zdradza i zraniona kobieta decyduje się kupić bilet w nieznane. Ląduje w małym miasteczku, gdzie w barze poznaje tajemniczego mężczyznę. Postanawiają nie wyjawiać swoich imion i spędzić tę jedną noc razem. Następnego dnia Phoebe idzie szukać pracy i kiedy trafia na pewne ranczo, okazuje się, że jego właścicielem jest Rhett. Jej jednonocna przygoda.
Tak dobry kowbojski romans, to jest to czego potrzebowałam! Mamy tutaj gburowatego do granic możliwości kowboja oraz jego zmorę, czyli pogodną kobietę.
Rhett jest emocjonalnie zamknięty i nie chce dopuścić do siebie Phoebe. Nie chce ponownie przeżyć tego, co stało się w przeszłości. Ale charakter Phoebe sprawia, że mężczyzna nieświadomie zaczyna się przed nią odsłaniać. A moja słodka Phoebe… Ciężko jest jej się oprzeć. Całkowicie się nie dziwię, że stracił dla niej głowę. Jest niesamowicie pracowita, empatyczna i każdego dnia pokazywała, że nie zasłużyła na to jak potraktował ją jej ex.
Klimat w tej książce jest naprawdę niesamowity. Autorka w idealny sposób oddała nastrój rancza. Dzięki temu czytanie tej książki to była czysta przyjemność. Jako ogromna fanka kowbojskich romansów, polecam wam z całego serca i ta książka trafia do mojej topki książek z tym motywem🩷
Phoebe po zdradzie partnera wyrusza w podróż po Stanach, by odnaleźć siebie - i niespodziewanie wdaje się w romans z charyzmatycznym kowbojem, z którym wcześniej spędza upojną noc. Gdy ich drogi znów się przecinają, okazuje się, że Rhett jest jej nowym szefem. Choć coraz bardziej się do siebie zbliżają, on - zraniony przeszłością - próbuje ją odepchnąć, a ona chce udowodnić, że miłość nie musi kończyć się ucieczką.
Uwielbiam twórczość Asi Mordak, wszystkie jej książki, które czytałam łączyło to, że główny bohater, który był w nich przedstawiony, był chodzącym ideałem. Tutaj jest troszkę inaczej. Rhett to gbur, który odcina się, gdy w grę wchodzą prawdziwe uczucia. W przeszłości został skrzywdzony, co mocno widać. I wiecie co? To mnie w nim kupiło. Jest surowy i taki… rzeczywisty. W końcu kto czasem nie ma gorszego dnia?
Kontrast między nim a Phoebe jest ogromny. Ona to chodzące słoneczko, wiecznie uśmiechnięta, w różowych kowbojkach i śpiewająca na całe gardło piosenki Sabriny Carpenter. Pomimo tego, że są zupełnie różni, odnaleźli drogę do siebie. Obydwoje pokazali sobie, że miłości warto dać drugą szansę.
Uważam, że jest to romans kowbojski stworzony po mistrzowsku. Małe miasteczko nie jest tylko tłem, ale odgrywa ważną rolę w fabule. Małe bary, tańce, ujeżdżanie byka, czy festyn charytatywny było tym, co niesamowicie budowało atmosferę.
Ta książka jest nieco inna od innych powieści autorki, tutaj nastawcie się na śmiech, nie na płacz. (Chociaż ja wylałam parę łez.) PS. Uwielbiam w książkach autorki to, że każda jest zupełnie inna, opowiada całkowicie różne od siebie historie, więc każdy znajdzie coś dla siebie.
Jeżeli uwielbiacie romanse kowbojskie, ta książka to must have! Ocena: 5/5⭐️
"Na końcu świata" - Joanna Mordak współpraca reklamowa
4.25/5⭐
Phoebe Valentine przyłapuje swojego faceta na zdradzie i postanawia oderwać się od rzeczywistości i udać się na szaloną podróż. Niespodziewanie ląduje w małym miasteczku Whiskey Creek, gdzie wpada na przystojnego kowboja, z którym spędza niesamowitą noc. Phoebe nie przypuszcza, że Rhett Wilder wkrótce okaże się jej nowym szefem i ich drogi ponownie się przetną.
Gdy dziewczyna pojawia się na farmie Rhetta, mężczyzna nie okazuje Phoebe sympatii, jest gorzki i pełen dystansu. Postanawia też zrobić wszystko by nie zbliżać się do nowej pracownicy, także by jak najszybciej zniechęcić miastową do małomiasteczkowego życia. Jednak Phoebe jest pełna optymizmu i energii, wiecznie uśmiechnięta i nie tracąca zapału, pragnie odnaleźć w Whiskey Creek trochę szczęścia.
Phoebe i Rhett krążą wokół siebie i właśnie w sobie odnajdują szansę na znalezienie odrobiny szczęścia. Początkowo główny bohater ocenia swoją pracownicę dość powierzchownie, nie zdaje sobie sprawy jak dużo Phoebe przeszła i jaka jest naprawdę. Rhett także w końcu otwiera się przed miastową, choć z początku nie chce jej do siebie dopuścić.
Autorka ma wyjątkową łatwość w tworzeniu książkowych mężczyzn i chociaż początkowo myślałam, że nie polubię się z Rhettem, wraz z rozwojem akcji przepadałam dla tego faceta. Urzekła mnie jego historia i zmiana stosunku do Phoebe, jego troska i uczucia, które się u niego pojawiły. Phoebe to zupełnie inna bohaterka, bardzo spontaniczna, pełna energii, jednak podobała mi się ta odmiana. Lubię jej lekkość, zabawne teksty i zachowania. Są z Rhettem jak dwa światy, które jednak świetnie się łączą.
Zdecydowanie polecam tę książkę fanom małomiasteczkowych romansów i gorących, grumpy kowbojów. Już teraz czekam na powrót do Whiskey Creek i historię młodszego z braci Wilder. Polecam 🔥
Gdy za oknem robi się szaro, a serce domaga się odrobiny ukojenia, często szukam ucieczki w historiach, które obiecują emocjonalną podróż w nieznane. Właśnie z takim nastawieniem sięgnęłam po książkę „Na końcu świata”. To romans kowbojski, który od pierwszych stron obiecuje nam zapach rozgrzanej ziemi, kurz amerykańskich dróg i spotkanie z ludźmi, którzy próbują posklejać swoje życie na nowo. Moje oczekiwania były spore, bo literatura tego typu stała się ostatnio moim bezpiecznym portem, a ta konkretna historia jawiła się jako idealny plaster na codzienność. Ostatecznie muszę przyznać, że to niezwykle klimatyczna opowieść o leczeniu ran, która choć momentami bywa przewidywalna, potrafi mocno chwycić za serce. Fabuła przenosi nas na bezkresne tereny Stanów Zjednoczonych, gdzie poznajemy Phoebe Valentine. Dziewczyna znajduje się w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia, zraniona zdradą partnera, postanawia porzucić wszystko, co zna i wyruszyć w samotną wyprawę, by odnaleźć dawną siebie. Los, jak to zwykle bywa w takich historiach, ma jednak dla niej własny plan. Jedna noc spędzona w ramionach charyzmatycznego nieznajomego wywraca jej świat do góry nogami, a gdy ich ścieżki krzyżują się ponownie na odległej farmie, okazuje się, że ucieczka przed uczuciami będzie znacznie trudniejsza, niż zakładała. Phoebe ląduje w miejscu, które początkowo wydaje się być jej końcem świata, a może stać się nowym początkiem, o ile tylko starczy jej odwagi, by stawić czoła przeszłości. W centrum tej opowieści stoi relacja Phoebe i Rhetta. On jest typowym, surowym kowbojem, którego serce zostało dawno temu zamknięte na cztery spusty przez bolesne rodzinne doświadczenia. Rhett to postać skomplikowana, z jednej strony odpycha Phoebe swoją gburowatością i dystansem, z drugiej zaś emanuje troską, która przebija przez jego twardy pancerz. Ich dynamika oparta na schemacie grumpy & sunshine jest siłą napędową książki. Joanna świetnie poradziła sobie z oddaniem wewnętrznych rozterek bohaterów. Phoebe nie jest tylko kruchą kobietą szukającą ratunku; to postać pełna determinacji, której upór w dążeniu do prawdy o Rhettcie i o sobie samej budzi szczerą sympatię. Autorka posługuje się przy tym bardzo płynnym i plastycznym językiem, dzięki czemu opisy farmy czy rodzącego się między bohaterami napięcia stają się niemal namacalne. Książka porusza ważne tematy, takie jak lojalność, lęk przed porzuceniem oraz trud przełamywania toksycznych wzorców wyniesionych z domu. Zastanawiamy się razem z bohaterami, czy miłość rzeczywiście musi zawsze wiązać się z ucieczką i czy w fundamencie zbudowanym na bólu może powstać coś trwałego. Joanna w swojej twórczości po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać o emocjach w sposób lekki, a jednocześnie angażujący, co stawia ją w jednym rzędzie z takimi autorkami jak Colleen Hoover czy Jill Shalvis. „Na końcu świata” to klasyczny przedstawiciel gatunku, który nie sili się na zbędną rewolucję, ale dostarcza dokładnie tego, czego fanki romansów szukają: ciepła, chemii i nadziei.
Mimo wielu zalet, książka ma też swoje słabsze momenty, które sprawiły, że nie mogę wystawić jej najwyższej noty. Chociaż sceneria i klimat są obłędne, tempo akcji momentami bywa nierówne, a pewne zachowania bohaterów, zwłaszcza ich wzajemne przyciąganie i odpychanie, bywało dla mnie nieco nużące w dłuższej perspektywie. Czasami miałam ochotę potrząsnąć Rhettem, by przestał uciekać przed tym, co oczywiste. Niemniej jednak, jest to lektura idealna na spokojny wieczór pod kocykiem, szczególnie dla osób, które kochają klimat amerykańskiej prowincji i historie o drugich szansach.
Kowbojskich romansów nigdy dość. Choć coraz trudniej mnie w tym temacie zaskoczyć i stworzyć bohaterów naprawdę niepowtarzalnych, to w tej historii znów trafiłam na kowboja, który skradł moje serce.
Phoebe, zdradzona przez chłopaka, kupuje pierwszy lepszy bilet lotniczy i trafia do Whiskey Creek. Tam spędza niezapomnianą noc z gorącym kowbojem, którego - jak sądzi - nigdy więcej nie spotka. Los jednak ma inne plany, bo kilka dni później okazuje się, że ten sam mężczyzna zostaje jej nowym szefem.
Fabuła nie brzmi szczególnie odkrywczo - i rzeczywiście taka nie jest. Podczas lektury często łapałam się na porównaniach. Początkowo historia wydawała mi się bardzo podobna do „Piekielnego drania” - podobne motywy, zbliżone charaktery bohaterów i ich doświadczenia. Rhett, już przez samo imię, skojarzył mi się z bohaterem „Bez skazy” i faktycznie mają kilka wspólnych cech, choćby charakterystyczne, nieco przydługie włosy. Z kolei Phoebe przypominała mi Brooke z „Down Pour” – roztrzepaną, nieco niezdarną dziewczynę, wciąż szukającą swojego miejsca na świecie.
Czy te porównania są wadą? Niekoniecznie. Raczej uświadomiły mi, jak wiele kowbojskich romansów mam już za sobą - i że mimo to nadal je kocham, bo w każdym potrafię znaleźć coś wyjątkowego.
Początkowo miałam problem z bohaterami. Phoebe bywa roztrzepana, niezdarna i momentami zachowuje się bardzo niedojrzale. Jednocześnie jest w tym wszystkim urocza - jej największym pragnieniem jest poczuć, że jest dla kogoś wystarczająca. Rhett natomiast na początku wydawał mi się typową „czerwoną flagą”. Gbur, a właściwie bardziej zgorzkniały facet. Potrafi się uśmiechać, flirtować, zdobywać kobiety, ale doświadczenia z dzieciństwa sprawiły, że boi się miłości, zaufania i porzucenia.
W „Strategii miłosnej” Asia udowodniła, że potrafi tworzyć bohaterów będących chodzącymi zielonymi flagami. Ja jednak mam słabość do tych poranionych, więc Rhett szybko skradł moje serce. Uwielbiałam obserwować, jak stopniowo się otwiera, jak zaczyna się starać i troszczyć o Phoebe. Jego językiem miłości są gesty - ciche, niewypowiedziane, a dla mnie właśnie takie znaczą najwięcej. Dlatego trochę zirytowało mnie, że Phoebe uciekła, zanim dała mu szansę wyrazić to, co czuje.
Zabrakło mi wyraźniejszego klimatu rancza. Owszem, był kowboj, ale całość bardziej przypominała zwykły małomiasteczkowy romans niż typową historię osadzoną w kowbojskim świecie.
Cudowną wiadomością jest to, że nadchodzi historia Blaire i Cole’a. Mam przeczucie, że będzie naprawdę gorąco.
Może i nie przyznawałam wam się do tego, ale już od ponad półtorej roku mam totalną alergię na romanse kowbojskie. Po prostu nie mogłam na nie patrzeć, irytowały mnie i wprowadzały w frustrację i zastoje. Nie każdy musi kochać każdy motyw zgadza się? Aż nagle wchodzi Asia - cała na biało z Rhettem i powoli zaczyna odczarowywać dla mnie ten znienawidzony motyw.
„Na końcu świata” udowadnia, że czasem trzeba zgubić się gdzieś daleko, żeby w końcu odnaleźć siebie. Asia Mordak zabiera nas do klimatycznego Whiskey Creek - małego miasteczka w Teksasie, pełnego rancz, kowbojskich kapeluszy, lokalnych barów i ludzi, którzy potrafią uleczyć nawet najbardziej roztrzaskane serce. I z każdym kolejnym rozdziałem zaczynałam zatapiać się w tym klimacie jeszcze bardziej. 🤎🤠
Phoebe trafia do Teksasu po tym, jak odkrywa zdradę swojego chłopaka. Pod wpływem emocji kupuje pierwszy lepszy bilet i ląduje w miejscu, które początkowo miało być jedynie chwilową ucieczką od problemów. Tam poznaje Rhetta - gburowatego kowboja, z którym spędza jedną gorącą noc, przekonana, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Los oczywiście ma wobec nich zupełnie inne plany, bo kilka dni później okazuje się, że to właśnie Rhett jest jej nowym szefem.
Uwielbiam dynamikę między tą dwójką. Phoebe to chodzące słoneczko - trochę chaotyczna, spontaniczna i wiecznie uśmiechnięta, nawet jeśli pod tym uśmiechem ukrywa mnóstwo bólu i niepewności. Dosłownie zobaczyłam w niej siebie. Z kolei Rhett jest jej całkowitym przeciwieństwem. Zamknięty w sobie, zdystansowany i momentami naprawdę trudny do polubienia. Ale właśnie to sprawiło, że fascynował mnie jeszcze bardziej. Nie jest idealny. Jest poraniony, zgorzkniały i przerażony bliskością, a obserwowanie tego, jak powoli zaczyna otwierać się przed Phoebe, było jedną z najlepszych rzeczy w tej książce.
Relacja bohaterów rozwija się naturalnie. Choć ich historia zaczyna się intensywnie, później wszystko zwalnia i pozwala naprawdę poznać ich emocje, lęki i pragnienia. Między nimi czuć ogromne napięcie, ale autorka nie opiera tej historii wyłącznie na chemii. Najważniejsze są tutaj uczucia, wzajemne zrozumienie i to, jak dwoje zranionych ludzi uczy się ufać sobie nawzajem.
Ogromnym atutem tej książki jest klimat. Asia świetnie oddała atmosferę małego teksańskiego miasteczka - ranczo, konie, festyny, tańce, bary z mechanicznymi bykami… wszystko to sprawia, że podczas czytania naprawdę można poczuć ten wyjątkowy vibe. To zdecydowanie jeden z tych romansów, przy których człowiek się uśmiecha i po prostu dobrze bawi.
Kocham styl Asi - jak zawsze jest lekki i niesamowicie wciągający. „Na końcu świata” przesłuchałam praktycznie na raz. To książka pełna humoru, emocji, czułości i bohaterów, których nie da się nie pokochać.
Jeśli kochacie romanse kowbojskie, motyw grumpy x sunshine, małe miasteczka i historie o drugich szansach, to ta książka zdecydowanie jest dla was. 🤎
Uwielbiam romanse kowbojskie, to chyba wiedzą już wszyscy. A kiedy książka ma w sobie motyw szef x pracownica, ona jest dziewczyną z miasta i do tego ich historia zaczyna się od jednonocnej przygody, to jestem kupiona całkowicie.
Phoebe została zdradzona, więc decyduje się na samotną podróż, która ma być dla niej szansą na odzyskanie samej siebie. W ten sposób trafia do Teksasu, a tam do miejscowego baru w małym miasteczku, gdzie poznaje pewnego kowboja, z którym spędza noc. Na tej jednej nocy miała skończyć się ich znajomość, jednak niedługo później, gdy kobieta ma odbyć swój pierwszy dzień w nowej pracy, staje przed nią ten sam charyzmatyczny kowboj, który właśnie okazuje się być jej szefem. Rhett nie chce jej na farmie, jednak jakimś cudem pozwala jej dla siebie pracować. Nie może także wyrzucić z głowy wspomnień z tamtej nocy, ale nauczony błędami rodziców i ranami z przeszłości wie, że nie może sobie pozwolić na żadne uczucia względem tej radosnej dziewczyny. Ona jednak ma inne zdanie, więc obydwoje będą musieli mierzyć się z niespodziewanymi uczuciami, zaufaniem i strachem.
Uwielbiam tą różnicę charakterów między naszymi głównymi bohaterami. Phoebe to dosłownie chodzące słoneczko, wiecznie uśmiechnięta, chociaż pod tą fasadą kryją się też pewne rany. Mimo to, docenia każdy dzień, jest głośna i radosna, chodzi w kolorowych kowbojkach i kwiatowych chustach, a tym samym ogromnie działa na nerwy Rhettowi. On jest totalnym gburem w zasadzie dla większości, ale dla niej w szczególności. Woli odpychać od siebie ludzi, niż pozwolić im się zbliżyć i naprawdę poznać. On też ukrywa pewne bolesne fakty i to także ze względu na nie zabrania sobie uczuć do Phoebe.
Uwielbiam tę dwójkę zarówno osobno, jak i w połączeniu. Te przeciwieństwa zdecydowanie się przyciągały, panowało między nimi ogromne napięcie i mogli temu zaradzić tylko w jeden sposób. Poddać się temu, co nieuniknione. Niesamowicie dobrze bawiłam się, czytając o bezradności, ale takiej dobrej, którą odczuwał Rhett, gdy miał styczność z Phoebe. Irytowali się nawzajem, a jednak żadne z nich nie potrafiło powstrzymać rodzących się uczuć.
Klimat tej książki jest równie świetny jak wątek romantyczny. Farma, konne przejażdżki, małe miasteczko, festyny, miejscowe bary z mechanicznymi bykami - no ja to po prostu ubóstwiam! Asia świetnie opisała wszystkie te rzeczy, dzięki czemu ta książka miała perfekcyjny vibe. Czułam się, jakbym też tam była i jak tylko myślę o tej książce, od razu się uśmiecham.
„Na końcu świata” to kolejny cudowny kowbojski romans, który musi znaleźć się na waszych listach z książkami do przeczytania. Ta książka dostarcza masę emocji i napięcia, a także radości, takiego wytchnienia i pozytywności. Z całego serca polecam!
[współpraca reklamowa Wydawnictwo Niegrzeczne Książki]
Na końcu świata to zdecydowanie tytuł, przez który pokochacie kowbojskie książki! 🤠🌼
Historia opowiada o Phoebe, która na lotnisku odkrywa, że jej chłopak ją zdradza, więc pod wpływem emocji postanawia uciec pierwszym lepszym samolotem 🤭 Takim sposobem trafia do miasteczka położonego w Teksasie, gdzie spotyka pewnego gburowatego kowboja, z którym spędza noc. Oboje myślą, że po niej już więcej się nie zobaczą, ale los ma dla nich inne plany i okazuje się, że będą razem pracować.
Znajomość Phoebe i Rhetta zaczynamy z grubej rury, żeby potem zwolnić i dać im się naprawdę dobrze poznać. Mimo że wydają się bez skaz, oboje są zranieni i chyba właśnie to polubiłam w nich najbardziej. Zarówno Phoebe, jak i Rhett przeszli w życiu przez różne rzeczy, nie poddali się i mimo chwilowego zamknięcia w sobie znaleźli kogoś, komu pozwolili zobaczyć swoje blizny i je uleczyć.
Uwielbiam momenty, kiedy zderza się charakter Rhetta, który diametralnie różni się od cech i podejścia do życia Phoebe. On jest typowym gburowatym kowbojem, który unika przywiązania, potrafi walczyć o swoje i najbardziej lubi to, co zna. Phoebe z kolei to kobieta, która cieszy się z najmniejszych rzeczy, potrafi podjąć zwariowane decyzje (np. podróż pierwszym lepszym samolotem 😆) i bardzo surowo ocenia swoje wybory przez to, że wcześniej jej samoocena została podkopana przez najbliższe osoby.
Sytuacje, kiedy tak skrajnie różne osoby krzyżują się ze sobą, niejednokrotnie doprowadzą was do śmiechu albo do wzruszenia. Przemiana tych bohaterów zapadnie mi w głowie na długi czas. Chwila, w której Phoebe zaczyna walczyć o siebie i wie, że zasługuje na o wiele wartościowsze osoby w swoim otoczeniu oraz Rhett, który w końcu pozwala sobie czuć i jest w stanie zawalczyć o osobę, która w nim te uczucia wywołuje…no wtedy na pewno ich pokochacie.
Styl pisania Asi jak zawsze mnie nie zawiódł. Książkę czytało się naprawdę bardzo przyjemnie, szybko i przede wszystkim była wciągająca, ale to do tego stopnia, że odłożycie ją dopiero wtedy, kiedy będzie to coś bardzo, bardzo pilnego 😆
Upalny Teksas, słodka dziewczyna z miasta i gburowaty kowboj to klimat, który zdecydowanie pokochacie! 🤎🤠
Widzę na horyzoncie kowboja i od razu wiem, że muszę go poznać. Bardzo czekałam na tę książkę, bo jestem fanką twórczości autorki, a ta historia zawiera motywy, które uwielbiam.
Phoebe była wręcz definicją słoneczka i chociaż z reguły bardzo lubię takie uśmiechnięte gaduły, tak tym razem często towarzyszyła mi większa lub mniejsza irytacja. Dla mnie zachowanie Phoebe balansowało na granicy bycia uroczym, a żenującym. Jej nieporadność i wpędzanie samej siebie w niezręczne sytuacje czasami się broniło, a czasami nie. Muszę jej jednak oddać, że miała w sobie taką niewymuszoną szczerość i autentyczność, a to wielki plus.
Rhett natomiast był niczym gradowa chmurka 😅. Nie oszczędzał w słowach, chcąc pozbyć się Phoebe, ale za tą nieprzyjazną, zdystansowaną maską krył się facet, który nie chciał pokazać swoich prawdziwych emocji i obaw. Zdecydowanie potrzebował w swoim życiu słońca, a Phoebe mu je zapewniła.
Ta dwójka długo krążyła wokół siebie. Oboje byli równie zdeterminowani - ona chciała, by ją polubił, a on - by dała sobie spokój i opuściła ranczo. Jestem mile zaskoczona kierunkiem, w którym potoczyła się ich relacja. Obawiałam się zbyt dużego nacisku na aspekt fizyczny, ale autorka bardziej skupiła się jednak na tym emocjonalnym. Szczerość, czułość i zrozumienie - właśnie tego oboje potrzebowali, a z racji, że Rhett był emocjonalnie niedostępny, Phoebe miała trudne zadanie, by do niego dotrzeć. Czy się poddawała? Absolutnie nie i brawa jej za to.
Trochę brakowało mi klimatu rancza, ale doskonale rozumiałam przeczucie Phoebe, że to jej miejsce na ziemi, bo sama też chętnie bym się tam przyniosła.
Naprawdę dobrze spędziłam czas z tą historią i chociaż nie jest to najlepszy kowbojski romans, jaki czytałam, to i tak jestem zadowolona z lektury i polecam 🧡.
𝑵𝒂 𝒌𝒐𝒏𝒄𝒖 𝒔𝒘𝒊𝒂𝒕𝒂 ma kilka motywów, które bardzo lubię, więc teoretycznie powinna mi się podobać. Jednak nie końca tak było.
Muszę przyznać, że autorka bardzo dobrze poprowadziła jeden z moich ulubionych motywów, czyli grumpy&sunshine. Phoebe to idealny przykład słoneczka. Zawsze radosna i wesoła. Próbuje znaleźć jakąś pozytywną stronę dosłownie we wszystkim. Co w przypadku Rhetta jest bardzo trudne. On to lekkoduch, który łamie serca miejscowym kobietom. Ten mężczyzna to skomplikowany przypadek. I to bardzo.
Chociaż ich relacja zaczęła się bardzo intensywnie, to ta głębsza więź potrzebowała czasu, żeby się między nimi wytworzyć. Ta relacja może jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła, ale uważam ją za dobrze przedstawioną. Idealnie sprawdził się tutaj motyw gburka i słoneczka. Phoebe razem ze swoimi kolorowymi butami wkroczyła w życie Rhetta. Była pełna blasku. Była urocza. Natomiast on był szorstki, czasem złośliwy. Często żartował sobie z dziewczyny. Chciał zachować dystans, choć Phoebe uparcie starała się to zmienić. W końcu spotkali się połowie drogi.
Phoebe szybko pokochała miasteczko Whisky Creek, podobnie jak ranczo Rhetta. Szczerze mówiąc, motyw małego miasteczka był według mnie trochę pomięty. Brakowało mi tego. Rancza podobnie, choć w tym przypadku było lepiej. Zwyczajnie liczyłam na więcej.
Chociaż pióro autorki należy do tych lekkich i przystępnych, to mi średnio odpowiadało. W książce głównie brakowało mi dialog��w, a opisy mi się dłużyły. Czasami miałam wrażenie, że już o czymś czytałam we wcześniejszych rozdziałach. Brakowało mi też rozwinięcia niektórych wątków. Mimo to książkę uważam, za udaną, jednak chyba styl autorki do mnie nie pasuje🩷
Jak już wiecie, uwielbiam pióro Asi i naprawdę nie mogłam się doczekać tej lektury, bo nie ma co ukrywać, faza na romanse kowbojskie jeszcze mi nie minęła🤠
Phoebe po trudnym rozstaniu decyduje się wyjechać, żeby poukładać sobie życie na nowo. Trafia do Teksasu i przypadkiem poznaje kowboja, z którym spędza jedną noc, nie spodziewając się, że to dopiero początek tej historii.
Szybko okazuje się, że ich drogi znów się krzyżują, tym razem w pracy, gdzie Rhett okazuje się być jej szefem. On jest chłodny i zdystansowany, wyraźnie niechętny jej obecności, ale mimo to daje jej szansę. Widziałam, jak oboje próbują ignorować swoje emocje, choć ewidentnie nie jest to takie proste.
Najbardziej podobała mi się ich dynamika. Według mnie Phoebe to pełna życia, trochę chaotyczna dziewczyna, która mimo wszystko chce czuć się ważna. Rhett z kolei to zamknięty w sobie facet, który unika bliskości. Ich różnice prowadzą do zabawnych, ale i poruszających momentów. Po prostu pokochałam tę dwójkę!
Dodatkowo postacie drugoplanowe świetnie wykreowane. Gdy była o nich mowa, nie nudziłam się, co uważam za ogromny plus. Autorka pięknie przedstawiła relacje rodzinne i muszę przyznać, że nie raz się wzruszałam.
Pióro Asi jak zwykle genialne. Książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie i szybko i naprawdę nie chciałam jej odkładać. Jest słodko, ale jest też gorzko. Dostajemy sceny pełne humoru, ale również takie, podczas których zakręci się w oku łezka. Za to właśnie uwielbiam styl Asi.
Choć historia nie jest bardzo oryginalna, mnie wciągnęła. Klimat rancza, powoli rozwijające się uczucie i emocje bohaterów sprawiły, że naprawdę ją polubiłam.
Phoebe Valentine wsiada do samolotu i ląduje 2600 kilometrów od domu — w małym, kowbojskim miasteczku. Tam, w barze, poznaje przystojnego kowboja, z którym postanawia zaznać chwili zapomnienia. Kiedy rano wymyka się z jego łóżka, jest pewna, że to jednorazowa historia…
Los ma jednak inne plany. 😏 Bo Rhett nie tylko pojawi się ponownie w jej życiu, zostanie jej SZEFEM i jasno da do zrozumienia, że najchętniej pozbyłby się jej z farmy.
A potem w jej budce z całusami na aukcji charytatywnej wykupuje 1,5 godziny jej czasu. Tylko po to, żeby porozmawiać (no dobra i jeszcze po to, aby żaden napalony palant się do niej nie zbliżał). 👀💋
To kolejny romans kowbojski, który totalnie mnie kupił 🤠❤️ Phoebe to chodzące słoneczko. Widzi światło nawet tam, gdzie inni widzą tylko mrok. Rhett? Klasyczny grumpy. Jest szorstki, zamknięty w sobie, ze złamanym sercem i przeszłością, która nie pozwala mu nikogo do siebie dopuścić.
Ale wiadomo… dla niej zaczyna się zmieniać. Nawet jeśli oznacza to pogoń aż do wielkiego miasta. 🥹
Ta książka to emocjonalny rollercoaster. Śmiałam się, wzruszałam i kibicowałam im z całego serca. Relacja Phoebe i Rhetta rozwija się powoli, ale intensywnie. Oboje mają swoje rany, ale właśnie dzięki sobie zaczynają je leczyć i otwierać się na coś nowego.
I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. 💛
✨ jeśli kochasz: – motyw grumpy x sunshine, – kowbojski klimat, – historie o drugich szansach
👉 koniecznie sięgnij po „Na końcu świata” Joanny Mordak!
Phoebe dowiaduje się, że jest zdradzana przez swojego partnera, wyjeżdża na drugi koniec Stanów, gdzie spędza jedna noc z pewnym kowbojem, który później okazuje się być jej nowym szefem…
Przez sporą część książki ciężko było mi się przekonać do Rhetta, jego odpychanie głównej bohaterki miało swoje podstawy, lecz dla mnie czasami nie tłumaczyło jego zachowania. Pomiędzy tym swoim dystansem miał dobre momenty, a przy końcowych rozdziałach w końcu udało mi się odnaleźć ten jego urok, który autorka zawsze przemyca do innych męskich bohaterów.
Od początku jestem wielką fanką Phoebe, jej radości z życia choć ostani czas nie był dla niej łaskawy. Jej próby przekonania do siebie Rhetta, były urocze. Zdecydowanie jest bohaterką, której nie da się nie lubić, gdyż przejawia naturalne dobro i radość która zaraża innych. Bardzo mi się podobało jak zaklimatyzowała się na ranczu i jej codzienność.
Ich relacja zaczyna się od wspólnej nocy, po której ona go zostawia. Od ponownego spotkania widać pomiędzy nimi dużą chemię, lecz ich relacja nie jest prosta, bo on chce aby zniknęła z jego ziemi. Choć zaczyna się pikantnie dalsze etapy ich znajomości skupiają się na strefie poznania i zrozumienia co zdecydowanie bardzo doceniam.
Bardzo lubię twórczość autorki, a w połączeniu z kowbojskim motywem nie było szansy, żeby ta książka nie przypadła mi do gustu. Świetnie się przy niej bawiłam, klimat był malowniczy i swojski.
Ocena: 2,5 ⭐️ Książka była taka… średnia. Serio spodziewałam się czegoś lepszego po tylu pozytywnych opiniach. Niby czytało się ją szybko i lekko, ale kompletnie mnie nie porwała. Najbardziej irytowali mnie główni bohaterowie. Momentami zachowywali się jak nastolatkowie, a nie dorośli ludzie i przez to ciężko było mi brać ich relację na poważnie. W ogóle nie czułam, kiedy między nimi pojawiło się to wielkie uczucie. Po prostu nagle byli w sobie zakochani i tyle XD
Rhett też mnie momentami męczył, bo jego powody, żeby się nie angażować, były dla mnie strasznie dziwne i kompletnie ich nie kupowałam. Mam wrażenie, że autorka chciała zrobić z niego takiego „poranionego kowboja”, ale wyszło trochę nijako. Ogólnie akcja niby szła do przodu, ale czegoś mi tu brakowało. Może głębszych dialogów, może większej chemii między bohaterami, a może po prostu większych emocji. Bo zamiast przeżywać ich historię, często było mi totalnie obojętne, co się dalej wydarzy.
Ale żeby nie było — książka nie była tragiczna. To taki lekki romans idealny na odmóżdżenie między cięższymi książkami. Po prostu dla mnie to bardziej „okej przeczytałam” niż coś, co zostanie mi w głowie na dłużej.🫣
Uwielbiam książki o kowbojach więc byłam bardzo ciekawa tej historii. Slow born w tej książce jest super, ale jakoś ta relacja między bohaterami mi się nie podoba. Główna bohaterka daje vibe „głupiutkiej”, nie mam nic do tego typu postaci ale w tej książce mnie to męczyło.