W rodzinie ojca mego to zbiór reportaży o zwartych szeregach środowisk kościelnych, które same nazywają siebie Rodziną Radia Maryja. Autor, były dziennikarz "Gościa Niedzielnego", próbuje zmierzyć się z fenomenem toruńskiego imperium medialnego skupiającego kilkanaście milionów zaangażowanych katolików. Wójcik oddaje głos wiernym, kapłanom i kościelnym prominentom, cytuje audycje radiowe i listy pasterskie, jeździ na msze odprawiane przez księdza Piotra Natanka i pikietuje pod Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, a nawet zapisuje się na studia na uczelni ojca Rydzyka. Dzięki temu, że nie boi się pytać ani słuchać, jego książka, pisana od wewnątrz, napędzana ciekawością i chęcią przeniknięcia do źródeł wspólnotowości, staje się bezprecedensowym portretem jednego z obliczy polskiego Kościoła.
Reportaże Wójcika fascynują, ale nie dają łatwych odpowiedzi na pytania, czy możliwa jest wspólna płaszczyzna dialogu i jaka jest przyszłość naszego katolicyzmu.
Kwintesencją tej książki i odzwierciedleniem myślenia zwolenników (żeby nie rzec fanatyków) Radia Maryja są słowa jednego z bohaterów tej książki: "Telewizję Trwam oglądam zawsze, Polsat News i TVN 24 nagrywam, jak relacjonują ważne dla Polski wydarzenia. Później sprawdzam czy kłamali. (...) Porównuję z tym, co powiedzieli w Trwam". Marcin Wójcik ma nosa do tematów swoich reportaży. Mój problem z jego tekstami polega na tym, że Wójcik jest dojrzałym reporterem, ale niedojrzałym pisarzem.
Niektóre rozdziały jeszcze się broniły, jak np. rozdziały o protestach związanych z nieprzyznaniem telewizji Trwam miejsca na multipleksie cyfrowym, ale inne były po prostu złe, jak ten (chyba najgorszy) o przemocowym mężu, który zamordował swoją żonę, mimo, że na co dzień słuchał, nie zgadniecie, Radia Maryja! Może nie mam już siły na polską szkołę reportażu, a może jest to po prostu słaba książka.
Jeden po drugim reportaże z Czarnego odbierają mi chęć do życia i wiarę w świat. "W rodzinie ojca mego" czyta się jak powieść fantastyczną - przez większość czasu człowiek myśli, że to jest niemożliwe i że to się nie dzieje naprawdę, potem zaczyna mu się wydawać, że to musi być być jakaś miejska legenda albo zamierzchła historia z czasów sprzed powszechnego dostępu do edukacji, a potem uderza go, że przecież i widział Natanka na YouTube i słyszał Rydzyka w radiu.
Trudno to opisać. Wójcik mocno wtapia się w środowisko, które opisuje - manifestuje ze zwolennikami Radia, chodzi na wykłady, zagląda do domów wiernych wyznawców Rydzyka. Inflitruje w pełnym tego słowa znaczeniu. Podziwiam to zaangażowanie i wytrwałość.
Podziwiam także za to, że Wójcik nie poniża swoich rozmówców, nie upokarza ich, traktuje z szacunkiem i nie kryguje się, kiedy może pokazać pozytywy. Równe uczciwie przybliża jednak sytuacje skrajnie patologiczne, punktuje wynaturzenia i potworność. Obraz, jaki powstaje, jest niejednorodny, zastanawiający, skomplikowany. I, co istotne, przebija spod niego desperacja ludzi, którzy rozpaczliwie łakną poczucia wspólnotowości, którzy potrzebują, aby ktoś wyjaśnił im świat przyprawiający nieodmiennie o zawrót głowy. To poczucie zagubienia i strachu przez nieznanym, potrzeba polaryzacji wartości i określenia skrajności, rozmywających się coraz bardziej, prowadzi do fundamentalizmu i radykalizmu.
Śmieszno-straszne jest to wszystko - na pozór bawi, ale szybko zaczyna przerażać. Wystarczy uświadomić sobie zasięg tych ruchów, donośność ich głosów, realny wpływ na zmiany następujące w kraju. I niestety, z materiałów zebranych przez Wójcika wynika dość jasno, że pole do pełnej wzajemnego szacunku dyskusji po prostu tu nie istnieje. Bo według jego rozmówców wojna już trwa w najlepsze.
Dałabym ten książce 3,5 gwiazdki, ale na GR nie ma połówek ;) Byłam bardzo ciekawa tej książki, więc wzięłam się za nią z zapałem. Z początku chciałam sobie notować najciekawsze fragmenty, jednak doszam do wniosku, że byłoby tego za dużo. Niemal każda strona przynosi informacje, które powodują opad szczęki i uniesienie brwi. Czyta się tą książkę jak paranoiczną dystopię, w której rzeczywistość i logika traktowane są jak wróg, którego należy zniszczyć za wszelką cenę. Przedsiębiorczy Ojciec Dyrektor potrafił w jakiś niewyobrażalny sposób urządzić się w Polsce (nie tylko w Toruniu) i owinąć sobie wokół palca tysiące (setki tysięcy) ludzi. W tym wysoko postawione postacie Kościoła i Rządu. Niemniej to ci szeregowi słuchacze są najgroźniejszą bronią imperium Rydzyka. To oni bezrefleksyjnie łykają "prawdę" mediów Ojca Dyrektora i negują wszystko inne. Z książki wyniosłam jeszcze głębsze przekonanie, że Rydzyk i jego armia są zwyczajnie niebezpieczni. Mimo, że książja jest krótka i wiele części jest zaczerpniętych z poprzednich publikacji autora, czyta się to dobrze. No i szacun dla niego, że potrafił tak głęboko wejść w to towarzystwo i nie zwariować. Ja bym nie wytrzymała z moją niewypażoną gębą ;) Za jakiś czas, jak się trochę otrząsnę z wrażeń po tej książce, rozejrzę się za innymi publikacjami Wójcika, żeby jeszcze trochę podziwić się ludzkiemu zaślepieniu.
Bardzo interesująca książka! Autor opowiada historie stojąc w samym środku opisywanych zdarzeń. Włos się jeży na głowie i trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się dziś. Że mentalność ludzi, nienawiść, antysemityzm i brak tolerancji dla czegokolwiek co nie przystaje do jedynej poprawnej wizji świata jest tak silna. Aż w zasadzie z tego zdziwienia powinno się puścić Radio M i posłuchać chwilę alternatywnej rzeczywistości.
Fascynują mnie książki o polskim kościele (szczególnie te pokazujące jego obłudę i siedzące w nim zło), także książka o Rydzyku wydawała mi się strzałemw dziesiatkę. Niektóre fragmenty świetne, inne nieco chaotyczne i dziwnie nieklejące się z resztą. Chciałam trochę więcej spójności. A mafia Rydzyka przerażająca.
Bardzo słabo i niekonsekwentnie prowadzony reportaż, nieszczególnie (czasem wręcz tendencyjnie) dobrane historie, mieszanie obiektywizmu z historią własną (to akurat mogłoby być ciekawe, ale napisane jest miałko i nijako), zero pogłębionej refleksji. W zasadzie zbiór średnio udanych formalnie i merytorycznie historii, które mniej lub bardziej pośrednio łączy jeden wspólny mianownik.
Tam, gdzie ten reportaż powinien trafić, tam będzie nazwany żydo-masońskim oczernianiem katolików. Bez wtórnej refleksji, niestety.
Myślę, że Marcin Wójcik wydaniem tej książki być może zepchnął z piedestału bibliotecznej półki nienawiści nawet osiem segregatorów wycinków z Gazety Wyborczej.
Czyta się jak powieść, a to prawda i to jest najbardziej smutne. Kolejny przykład na to, że Polacy są podatni na manipulacje. i jak łatwo nimi sterować. Wystarczy znaleźć odpowiedniego guru. Tym razem to ojciec Rydzyk, ale wielu już było przed nim i pewnie jeszcze wielu przyjdzie po nim, ponieważ polskie społeczeństwo jest bardzo odporne na wyciąganie wniosków z przeszłości. Dlatego Rodzina Radia Maryja ma się dobrze a Rydzyk z powodzeniem realizuje swoje dzieło oparte na nienawiści, podziałach, kłamstwie, szemranych interesach i przy całkowitym poparciu prawicowej władzy. Książka to studium o tym jak manipulując naukami kościoła stworzyć sektę. Obowiązkowa lektura dla każdego wyznawcy ojca Rydzyka, tylko pewnie połowa owych czcicieli nie zrozumie, a druga uzna, że to spisek wrogich sił lewackich.......... "Chrześcijaństwu w Polsce nie grozi dziś ani laicyzm, ani ateizm, ale parodia religii." ks. Józef Tischner.
Zawartość zgodna z tytułem, więc nie mam się co czepiać, a jednak wolałabym, żeby to była książka głównie o Rydzyku (skąd się wziął - o tym trochę mówi pierwsza część książki, ale na pewno można by powiedzieć więcej!), a nie o nim i jego wyznawcach (sic!). Ten temat to zdaje się wyczerpuje Ojciec Tadeusz Rydzyk. Imperator Głuchowskiego i Hołuba, ai? Damn, czyli to nie tę książkę chciałam przeczytać! ;)
Przykuwa faktami, różnymi, z życia księdzu związanych z radiem, ludzi którzy uwielbiają radio, no i samego twórcy radia choć tych mało. Dla mnie ciekawa bardzo książka mówiąca o ludziach i wpływie treści które oni słuchają. Niestety mam przykłady podobne obok i nie będę nikogo przekonywać że radio robi ludziom ideologiczna wodę z mózgu a ci słuchają Bogiem są wstanie usprawiedliwić każde swoje czyny. Manipulację jak nikt to radio potrafi uskutecznić co autor wykazał bardzo obiektywnie.
Reportaż p. Marcina Wójcika pozwolił mi na głębsze zrozumienie niektórych postaci, zarówno tych wymienionych z imienia i nazwiska jak i tych anonimowych. Nadanie im ludzkiej twarzy i próba zrozumienia ich historii i emocji zmienia spojrzenie. Myślę że to niezwykle cenne.
Dobry reportaż, mimo iż czasem trudno odnaleźć się w gąszczu różnorodnej narracji i licznych metaforycznych podtytułów.
Jeśli treść reportażu pokrywa się przynajmniej w pewnej części z prawdą, to jestem co najmniej zszokowana jak i przerażona. Zgadzam się z pozostałymi recenzjami odnośnie spójności wątków i zauważalnego nieporządku narracji. Jednak nie przesądziły one o złej ocenie książki. Dodatkowo podziwiam za osobiste próby doświadczenia tego środowiska.
Trochę zbyt chaotyczna. Historia Mariana opisana na końcu jest tak smutna, że dawno nie czytałam czegoś tak smutnego. I ten przemocowy mąż, który słucha Radia Maryja, taki oklepany przykład powtarzany w kółko. Oczekiwałam takiego większego przyłożenia się do tematu.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Początek książki był bardzo obiecujący. Jednak po 60 stronach zaczęło to iść w jakąś inną stronę, opowieści ludzi. Pod koniec książki zrozumiałam ten zabieg. Ciekawa historia, ale spodziewałam się czegoś innego po tej książce.
Ksiazka napisana o ksiedzu Tadeuszu Rydzyku i o tym, jak tworzyl swoje imperium skladajace sie z Radia Maryja i Telewizji Trwam. Czlowieku, ktory ma wplyw na umysly milionow Polakow.
... i śmieszno i straszno, chodź chyba bardziej to drugie. Opowieści o cwanym redemptoryście z Torunia, o jego szemranych interesach, imperium medialnym, o fenomenie Rodziny Radia Maryja, o hipokryzji, o rozmodlonych-nienawidzących, sekciarstwie, praniu mózgu i fanatyźmie, bo jak nazwać np. to że starsze miłe panie w moherowych beretach wysyłają najgorsze pogruszki, obelgi i np. odchody w kopertach do władz państwowych? Autorem nie jest jakiś "walczący lewak", a człowiek kościoła. Ja widzę tu wielką troskę autora o Kościół i wierzących, których dzieli i w tak cyniczny sposób wykorzystuje "ojciec-dyrektor". Polecam!