Ona wchodzi do jego świata bez zaproszenia – w różowej mini, z bezczelną pewnością siebie i planem, który może zrujnować najważniejszy projekt mężczyzny. Saylor Adams nie przyszła po pracę. Zamierza walczyć. O budynek. O ludzi. O coś, co dla niego jest tylko liczbą w tabeli.
Hays nie negocjuje. On stawia warunki. Jest bezpośredni do granic przyzwoitości i niczego nie udaje – jeśli coś go denerwuje, mówi to wprost. A Saylor? To kobieta, która nie cofa się ani o krok. Przyjmuje posadę jego asystentki… za darmo. Na własnych zasadach. Z jednym celem: przebić się przez beton, którym otoczył siebie i świat.
Między nimi szybko rodzi się coś, czego żadne nie chce do siebie dopuścić. Chemia. Pożądanie. Gniew. Fascynacja.
A potem wraca przeszłość – pewien starszy o dwadzieścia trzy lata mężczyzna, który zna każdy sekret Saylor i którego obecność burzy wszystko. Traumy, niedopowiedzenia… Nagle okazuje się, że ich historie od dawna biegną równolegle – aż w końcu musiały się przeciąć.
To opowieść o kobiecie niebojącej się wejść w ogień oraz o mężczyźnie od lat udającym, że nie czuje nic. O przerażającym pragnieniu. O sekretach zdolnych spalić wszystko. I o walce, w której stawką nie jest już tylko projekt w pracy, lecz czyjeś serce.
Jeszcze chyba nie miałam do czynienia z książką która miała tyle żenujących określeń na bohaterkę. Delfinku, małpko, małpo- wydaje się okej prawda? Ale do tego dochodzi, uwaga… NAROWISTA KOBYŁO. Książka jest okropnie chaotyczna. I byłoby to spoko gdyby tyczyło się to zaawansowanej fabuły, ale nie- to sposób pisania autorki. Jesteśmy w akcji, za chwilę jesteśmy wyrzuceni do kolejnej, ale poprzednia nie została zakończona. Momentami miałam po prostu wrażenie, że wydawca przez przypadek wyciął przy druku pół strony. No ale nie, to nie wydawca, to autorka. Zdaję sobie sprawę, że każdemu może się podobać lub nie podobać dana książka. Ja osobiście się potwornie męczyłam przy tym sposobie przedstawienia historii. I żeby nie było, nie muszę mieć wszystkiego tłumaczonego jak krowie na rowie. Potrafię czytać między wierszami. Ale te wiersze muszą w ogóle istnieć. Nie sprawdzałam kim jest autorka, że zebrała wierne grono czytelników. Ale ich komentarze pod nieprzychylnymi opiniami są wyjątkowo zaskakujące. Do tego momentu jestem po przeczytaniu 57% książki i przysięgam że nie wiem czy dam radę więcej. Żeby dodać więcej absurdu głównej bohaterce robi się gorąco bo ogląda kopulujące małpy, tu już cyrk odjechał. Ta cała konfrontacja w pokoju hotelowym była w mojej opinii bezcelowa dla głównej bohaterki. Ale żeby wytłumaczyć dlaczego, musiałabym zrobić spory spojler. A jeśli komuś się ta książka spodoba to nie chcę psuć zabawy. W każdym razie, konfrontacja miała doprowadzić do tego że główna bohaterka magicznie odnajdzie siebie. Jednak było to niesamowicie na siłę i pompatyczne. Ogólnie sądzę że dialogi i rozmowy głównych bohaterów są ciężkie. Ale nie emocjonalnie, są najzwyczajniej w świecie toporne. Kolejne słowa są świeżo po skończeniu książki (dzięki bogu za audiobooki i sprzątanie). *jednak SPOJLER ALERT* Na samym końcu po przeskoczeniu w czasie o kilka lat autorka wraca do wątku uprowadzonej siostry głównej bohaterki. Ale żeby nie było, nie dostajemy rozwiązania tej zagadki. No ale cóż, tak bywa w prawdziwym życiu w takich sytuacjach, prawda? Tylko po co na sam koniec wprowadzać wątek, którego nie planuje się dokończyć? Bo w trakcie rozmowy z prokuraturą już wiemy że nie zna ona prawdy. Na tym mogło się skończyć, to byłoby prawdziwe choć bolesne. Ale nie, autorka wraca do wątku sprzed kilkuset stron. I co robi? A no nic, nie kończy go tylko kończy książkę. XD Więc ja też już zakończę pisanie tej opinii. Kursywa: koniec.
Książka •Concrete Boss• zaczyna się sceną, w której główną bohaterka wpada do gabinetu bardzo gburowatego szefa biura architektonicznego, udając że chce dostać się do pracy, a tak naprawdę mając w zanadrzu plan, który w swoim założeniu ma popsuć mu pewien duży projekt. On wtedy nie przebiera w słowach, jest bezpośredni do granic przyzwoitości, co początkowo może wprawić czytelnika w osłupienie i zdziwienie. Ona natomiast zamierza walczyć o pewien budynek, o ludzi, o uczucia i w tej walce również nie przebiera w środkach. Przyjmuje posadę asystentki zupełnie za darmo, ale na własnych zasadach. No i powoli dąży do tego, by przebić się przez beton, którym Hays otoczył nie tylko siebie, ale cały swój świat. W tle pojawia się również wątek przeszłości, która wraca i zaskakuje. Okazuje się bowiem, że sama historia tej dwójki i pewne ich ścieżki już dawno się przecinały, a to, co niesie za sobą ta informacja, nie będzie łatwe do przyjęcia. Ta historia, to nie tylko romans biurowy, który zadowoli czytelniczki rollercoasterem emocji. To powieść, która wymaga skupienia na swoim drugim dnie - dzięki wrażliwemu podejściu autorki jesteśmy w stanie poznać demony zamieszkujące w głowach naszych bohaterów, tajemnice, o których boją się mówić, traumy, o których nie chcą pamiętać. Autorka z wyjątkową empatią zbudowała złamanych bohaterów, którzy mają swoje ograniczenia i walkę, którą toczą z samymi sobą, by to pokonać. •Concrete Boss• to książka o bohaterce, która nie boi się wejść w ogień i sparzyć, by odkryć uczuciową wersje bohatera, który udaje, że już dawno wyłączył swoje uczucia. To książka o fascynacji i pragnieniu, które zbyt często jest romantyzowanie, a istnieją sytuacje, w których ono niszczy ludzi i związki. To książka o współpracy, podczas której okaże się, że najważniejszym celem naszej dwójki wcale nie był wielki projekt budynku - a uczucie, które się między nimi budowało. Przede wszystkim, to nie jest kolejny romans biurowy, który ma dostarczyć spicy scen i szybszego bicia serca. To powieść o ludziach, którzy znaleźli w sobie ratunek, kiedy myśleli, że nigdy go nie znajdą.
I wanted to give you a zero, but that’s not possible, so I give you ✨a one✨
EDIT: Nie ukrywam, ta recenzja nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Od razu zaznaczam, że moja negatywna opinia nie jest oceną Was jako czytelników czy autorki personalnie. Macie prawo czytać co chcecie, a opinii jest tyle, ile jest czytelników.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Rebelde
Opis książki od wydawcy:
Ona wchodzi w jego świat bez zaproszenia – w różowej mini, z bezczelną pewnością siebie i planem, który może rozsadzić najważniejszy projekt mężczyzny. Saylor Adams nie przyszła tu po pracę. Przyszła walczyć. O budynek. O ludzi. O coś, co dla niego jest tylko liczbą w tabeli. B. Hays nie negocjuje. Stawia warunki. Jest bezpośredni do granic chamstwa i nie udaje kogoś, kim nie jest – jeśli coś go denerwuje, mówi to wprost. A Saylor? Nie cofa się ani o krok. Przyjmuje jego propozycję asystentki… za darmo. Na własnych zasadach. Z jednym celem: przebić się przez beton, którym otoczył siebie i świat. Między nimi szybko rodzi się coś, czego żadne z nich nie chce nazwać. Chemia. Pożądanie. Gniew. Fascynacja. A potem wraca przeszłość – mężczyzna starszy o dwadzieścia trzy lata, który zna każdy sekret Saylor i którego obecność burzy wszystko. Traumy, niedopowiedzenia… I nagle okazuje się, że ich historie od dawna biegną równolegle – aż w końcu musiały się przeciąć. To opowieść o kobiecie niebojącej się wejść w ogień oraz o mężczyźnie od lat udającym, że nie czuje nic. O przerażającym pragnieniu. O sekretach zdolnych spalić wszystko. I o walce, w której stawką nie jest już tylko projekt, ale serce.
Do „Concrete Boss” podeszłam z całkowicie czystą głową. Zachęciły mnie motywy, no bo błagam, kto by się nie skusił na age gap i szef x pracownica? Niestety, nie mogę powiedzieć, że przyjemnie spędziłam przy tej książce czas. Historia od samego początku jest chaotyczna, a sposób prowadzenia fabuły pozostawia wiele do życzenia. Zacznijmy od żartów z molestowania. Cytuję: „Patrząc mu w oczy, rozpinam bluzkę, a on z uwagą śledzi każdy mój ruch. Widzę doskonale, jak jego oczy nie mogą oderwać się od mojego dekoltu, a klatka piersiowa zamiera, gubiąc swój wcześniejszy rytm zaciągania się życiodajnym powietrzem. - A może to ja oskarżę ciebie o molestowanie, co? - rzucam mu wyzwanie. - Nie ubrałeś się, gdy cię o to poprosiłam, a teraz pogwałciłeś moją przestrzeń osobistą. - Zauważ, że ten los zgotowałaś sobie sama.” Nie wiem, czy w ogóle muszę do tego fragmentu dodawać jakikolwiek komentarz, bo to raczej mówi samo przez się, ale naprawdę? Kobieta wtargnęła do biura prezesowi firmy architektonicznej, po czym mówi coś takiego? Nie bawią mnie takie żarty ani takie sytuacje i uważam, że jest to bardzo nie na miejscu. Kreacja bohaterów jest pełna chaosu i po prostu niewiarygodna. Hays jest dużym dzieckiem, który nie potrafi panować nad swoimi emocjami, a jego ataki agresji budzą niepokój. Przytoczę tutaj sytuację, w której bohaterka została poproszona o dowiezienie szefowi dokumentów, ale on ją wyśmiewa, bo okazuje się, że wysłali ją z pustymi kartkami. Po co? Żeby się pośmiać? Tak się zachowują dorośli ludzie? Oliwy do ognia dolewa fakt, że kiedy po kłótni bohaterka chce już jechać, on nagle mówi: „Teraz chcę teczkę, znajdź ją.” Bohater cały czas mówi do Saylor, aby się od niego odjebała, wyzywa ją, krzyczy, okazuje agresję, okazuje jej zerową ilość szacunku, a co robi kobieta, gdy inny pracownik nazywa go dupkiem? Staje w jego obronie, tak, dokładnie. Jakim cudem czytelnik ma uwierzyć w to, że ta bohaterka jest silna i twardo stąpa po ziemi? Hays jest dorosłym człowiekiem, który prowadzi firmę, natomiast kiedy się zdenerwował, to w tym amoku kopie swoje projekty, depcze i rozrywa je na pół. Nie rozumiem, co czytelnik ma w tym bohaterze polubić. Jest wiele takich absurdalnych sytuacji – mężczyzna zdenerwował się w samochodzie, więc w emocjach ściągnął marynarkę i koszulę (scena absolutnie nie została napisana pod to, żeby bohaterka mogła chwilę podywagować o tym, jaki to on nie jest piękny, no wcale🙃), czy też kopie w drzwi taksówki, z której wysiadła Saylor, bo kierowca coś do nich powiedział albo rzuca tekstami typu: „– Zżarłbyś jakiś odświeżacz, bo z ryja jebie ci dnem oceanu.” – kurtyna. Benton Hays, dorosły człowiek. Do kreacji damskiej bohaterki nie mam aż tylu zastrzeżeń, bo jest nijaka. Jedyną jej cechą charakteru jest ślinienie się do swojego szefa, podziwianie jego „męskiej energii” (czyli darcie się na wszystkich, wyżywanie się na pracownikach oraz wybuchy agresji) oraz rozmyślanie o swoim eks. Do kolejnych absurdów na pewno dopiszę scenę, w której bohater idzie do windy i wchodzi do włazu na suficie windy, tylko po to, żeby trochę sobie powisieć. Co ma na celu ta scena? Co ona wnosi do fabuły? Nic, ona nie ma żadnego sensu, jest po prostu absurdalna. Najwidoczniej humor autorki do mnie nie trafił. Przejdźmy teraz do kwestii językowych. Warsztat pisarski autorki jest, delikatnie mówiąc, niedopracowany. Sposób prowadzenia fabuły oraz budowania zdań wprowadza po prostu chaos. Mamy tutaj wiele niezręczności językowych, np.: „lekko spocone pachy kleją się do białej koszuli” (to koszula klei się do pach), „przyszłam ci zjeść lodówkę” (smacznego, ale może być ciężko), „Ruszam za nim, bo naprawdę nie chcę zostać sama w opuszczonym budynku, który bębni mi na nerwach.”, „Niczym w transie otwieram drzwi samochodu, bo percepcja każe mi chłonąć ten widok z bliska.” i „Wiem, że w tej chwili, gdy wszelką percepcją stara się mi wmówić, że jest zimny i obojętny na wszystko między nami, jego serce nie kłamie.” (Percepcja, jak podaje Słownik języka polskiego to: „odbieranie jakichś zjawisk za pomocą zmysłów” – percepcja nie może kazać czy czegoś wmawiać, bo to jest nasz prywatny proces poznawczy), „I bynajmniej nie jest to szansa, która przyprawia mnie o pozytywne odczucia.” (duży plus za poprawne użycie „bynajmniej”, ale mamy tutaj oksymoron, bo, z definicji, szansa może być tylko pozytywna), oniryczna faktura zarostu (nie wiem, czy faktura zarostu może być nierzeczywista). Pojawił się błąd w nazwie własnej, ponieważ Plumb Beach zostało zmienione na Plumb Bitch i tym oto sposobem, zamiast plaży, mamy szmatę. W kilku sytuacjach dialog został źle zapisany, np. „Nie umiem całkowicie wyrzucić cię ze swojej głowy dodaję a te słowa mnie ranią. Nie powinnam czuć się w ten sposób, a co dopiero tak bardzo się przed nim odstaniać. Oboje doskonale wiemy, że to związek bez przyszłości, ponieważ nasze cele życiowe zdecydowanie się rozmijają. - Więc tego nie rób.“ I kolejny przykład: Jacques kiwa głową, a Francis odsuwa dla mnie krzesło. Siadam, a do braci zaraz podchodzi uprzejmy kelner, który podaje im po karcie dań. - Skoro mamy za sobą formalne przedstawienie, chciałbym... Uniesiony palec Francisa przerywa jego wypowiedź, szybko ruszając się z lewej do prawej i na odwrót. - Nie dyskutujemy o pracy przed podaniem deseru.” – odnosi się wrażenie, że to kelner zaczyna mówić i to jego wypowiedź przerywa Francis, jednak domyślam się, że chodziło tutaj o wypowiedź Haysa. Podobną sytuację mamy tutaj: „Irene to delikatna, lekko posiwiała kobieta, której czas zdecydowanie nie odebrał urody. Matka Saylor jest od niej niższa, ma nieco pełniejsze usta i pociągłą twarz.” – Irene to matka Saylor, ale budowa tej wypowiedzi sprawia wrażenie, że to dwie różne postaci. Kolejny błąd językowy mamy tutaj: „Nie pragnę – nie jedynie. Nie potrzebuję – nie tylko. Chcę. Aż chcę. – „pragnę” to znaczy bardzo czegoś chcieć, więc nie powinno to być postawione w takim kontraście. W tej książce mamy też ogromną liczbę przekleństw, często w dziwnych kontekstach, np. „na zakurwisty wypadek”, zamiast „na wszelki wypadek”. Wisienką na torcie były dla mnie odzwierzęce przezwiska – delfinku, małpo, mała małpko i uwaga… NAROWISTA KOBYŁO… Skąd się wzięła obsesja na punkcie małp w tej książce? Nie wiem, ale w sytuacji, w której główni bohaterowie podniecili się na widok kopulujących małp się załamałam. To było dla mnie zbyt obrzydliwe. Absolutnie nie polecam tej pozycji. Bardzo się męczyłam podczas czytania i pierwszy raz miałam tak, że musiałam się ZMUSZAĆ do sięgnięcia po książkę, tak źle się czułam. Szkoda, ale dla mnie jest to zdecydowanie źle napisana powieść, pełna chaosu, absurdu i błędów.
Kiedy po raz pierwszy sięgałam po „Concrete Boss” Aleksandry Wasilewskiej, spodziewałam się kolejnego, być może nieco schematycznego romansu biurowego, który umili mi wieczór. Jakże bardzo się pomyliłam, bo ta historia uderzyła we mnie z siłą rozpędzonego taranu, zostawiając po sobie ślad, którego zupełnie nie potrafię zignorować. To nie jest zwykła opowieść o szefie i asystentce; to literacka walka o ogień, w której stawką jest przetrwanie własnej tożsamości. Moje oczekiwania zostały nie tylko spełnione, ale wręcz zmiażdżone przez emocjonalny ciężar tej powieści, która bez wątpienia jest jednym z najbardziej intensywnych i poruszających debiutów, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku. Akcja książki rzuca nas w sam środek bezwzględnego świata wielkich inwestycji i szklanych biurowców, gdzie Saylor Adams pojawia się niczym jaskrawy ptak w klatce z betonu. Wkracza w życie potężnego B. Haysa w swojej ikonicznej różowej mini, uzbrojona jedynie w bezczelną pewność siebie i plan, który ma uratować coś znacznie cenniejszego niż pieniądze. Punktem wyjścia staje się ich nietypowy układ. Saylor zostaje darmową asystentką człowieka, który nie zna litości i gardzi słabością. Od pierwszej strony czujemy gęstniejącą atmosferę, bo choć wszystko zaczyna się od konfliktu o budynek, szybko orientujemy się, że prawdziwe pole bitwy znajduje się w ich sercach, a każda wymiana zdań to starcie dwóch potężnych osobowości. Bohaterowie wykreowani przez Olę są tak krwiści i autentyczni, że niemal czułam ich oddech na karku. Saylor Adams to postać, którą pokochałam za jej nieustępliwość, to kobieta, która wchodzi w ogień bez mrugnięcia okiem, nie po to, by spłonąć, ale by go oswoić. Z kolei B. Hays, tytułowy „Betonowy Szef”, jest postacią tragicznie fascynującą. Jego brutalna szczerość i emocjonalny chłód są jedynie pancerzem, przez który Saylor próbuje się przebić milimetr po milimetrze.
Autorka posługuje się pięknym, a zarazem surowym językiem, który idealnie oddaje dualizm tej relacji, od nienawiści, przez obezwładniające pożądanie, aż po lęk przed odkryciem własnej wrażliwości. Każdy dialog tętni naturalnością, a tempo akcji nie pozwala na ani chwilę wytchnienia, zmuszając nas do refleksji nad tym, ile jesteśmy w stanie poświęcić, by uciec przed demonami przeszłości.
W kontekście całego gatunku romansów biurowych, „Concrete Boss” wyróżnia się mroczniejszym tonem i odwagą w eksplorowaniu traum. Ola udowadnia, że potrafi pisać o pożądaniu w sposób, który nie jest wulgarny, lecz głęboko intymny i psychologicznie uzasadniony. Jeśli uwielbiacie historie w stylu klasycznego „enemies to lovers”, gdzie napięcie budowane jest powoli, a chemia między bohaterami jest niemal namacalna, to ta książka całkowicie Was pochłonie. Autorka stworzyła coś świeżego, co wykracza poza ramy typowego romansu, dodając do niego wątki niemal thrillerowe, które sprawiają, że serce bije szybciej nie tylko z powodu miłosnych uniesień. Podsumowując, ta książka to absolutny majstersztyk w swojej kategorii, a jej najmocniejszą stroną jest to, jak umiejętnie łączy kruchość z siłą. Choć momentami brutalność Haysa może budzić opór, to właśnie ta bezkompromisowość sprawia, że ich przemiana jest tak wiarygodna. Finał historii to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, który zostawia czytelnika z pustką w piersi i łzami pod powiekami.
Po wielu dobrych recenzjach tej książki postanowiłam ją przeczytać. Nie znałam autorki i z tego co wiem to debiut, więc oczekiwań nie miałam. Niemniej jednak czuję się mile zaskoczona. Pióro Aleksandry jest całkiem przyjemne, pomysł na fabułę nietuzinkowy, a poprowadzenie akcji też niczego sobie. Choć początkowo miałam zagwozdkę z główną bohaterką, Saylor. No nie przemawiała do mnie za bardzo, ale z czasem się polubiłyśmy. Jest to zwariowana, młoda kobieta, która skrywa swoje tajemnice przed światem. W jednej z recenzji widziałam porównanie jej z Elle Woods z Legalnej blondynki i kurcze no nie sposób się nie zgodzić z tą opinią! Jej wtargnięcie do biura Pana Haysa mnie rozbawiło. No i kto by się spodziewał, że w pomieszczeniu będzie siedział facet bez koszuli! Już od początku zaczyna między nimi iskrzyć, choć żadne z nich nie daje tego po sobie poznać. Ona wpada tam w zupełnie innym celu, niż tłum kobiet. Każda inna chce z nim pracować, a ona jedynie chce zmian w jednym z jego projektów. Mężczyzna zatrudnia ją na stanowisko swojej asystentki, co mnie bawi, a późniejsze wydarzenia jeszcze mocniej rozśmieszają. Cała historia jest dobrze napisana, jak na debiut, to jest ti naprawdę w dobrym stylu i gratulacje dla autorki! W książce czuć ogrom emocji, widać włożone w nią serce. Bohaterowie zostali dopieszczeni, każdy z nich ma wyrazisty charakter, ale nie brakuje im również tajemnic. Saylor została doświadczona przez życie, ale mimo tego nie brakuje jej zwariowanych pomysłów. Strata siostry w dzieciństwie, to coś czego nikt nie chciałby przeżyć. Pan B. który długo nie ujawnia swojego imienia i to jest dla mnie zaskakujące niczym nie ustępuje kobiecie. Ciężko mi go było rozgryźć i długo nie wiedziałam co o nim myśleć. Jednak w końcu wyjawia powód takiej decyzji i to zaskakuje. Choroba jego bliźniaka jest czymś, czego ona sam się obawia i przez to nagrywa każdą rozmowę. Poznając przeszłość Haysa możemy się wiele dowiedzieć o nim, jego rodzinie, relacjach. Niektóre fragmenty bolą i ten ból odczuwamy również my, czytelnicy. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić wam tę książkę. Moja ocena 4,5/5☆
Saylor jest niesamowicie bezpośrednia i to tak bardzo, że potrafiła wparować do gabinetu obcego typa i tak po prostu usiąść na jego ulubionym fotelu. B. Hyes jest nieprzystępny, zawsze mówi to co myśli a co najbardziej że jest bucem.
Już sam początek tej historii mnie zaciekawił przez to, że główni bohaterowie nie szczędzą sobie uszczypliwości chociaż nawet się nie znają. Naprawdę polubiłam tych bohaterów przez to jacy są zabawni, ale i potrafią wyzywać siebie nawzajem. Z jakiegoś powodu nawet nie przeszkadzało mi to, że w ogóle się nie znali co mogłoby się wydawać wręcz nierealne, aby się w taki sposób do siebie odnosić.
Romans biurowy w połączeniu z dziwnym poczuciem humoru. Takie było moje pierwsze wrażenie po zapoznaniu się z kilkoma pierwszymi rozdziałami. W dodatku historia przepełniona jest przekleństwami, wyzwiskami i scenami erotycznymi które niektórych mogą odstraszyć. Ale mnie się bardzo cała fabuła podobała, ponieważ jest niecodzienna i wywołuje uśmiech na twarzy.
Wydaje się, że jest to łatwa historia, ale wcale tak nie jest. Przepełniona emocjami, walką z samym sobą i pogodzeniem się z rzeczywistością. Autorka wprowadziła też dozę tajemniczości jaka stała za tragedią w rodzinie Sailor a która w dalszym ciągu jest niezasklepioną raną.
"Concrete Boss" to zderzenie z kompletnie inną rzeczywistością. Może zachowania i odzywki głównych bohaterów nie miałyby potwierdzenia w rzeczywistości, ale pomimo tego naprawdę świetnie się na tej książce bawiłam. Była ona niesamowicie zabawna, rozbudowana pod względem złożoności postaci i ciekawym stylem pisania autorki.
Gorąco polecam ❤️ ❤️
PS. Książka jest naprawdę cegiełką pod względem stron i w takich historiach naprawdę trzeba się postarać, aby nie zanudzić czytelnika. I tutaj Oli w pełni się to udało, ponieważ ani przez moment nie chciałam odłożyć tej historii.
Saylor Adams jest przebojową dziewczyną, która wchodzi niezaproszona do gabinetu B. Hays’a. Jako, że akurat trwają tam rozmowy o pracę na stanowisko asystentki Hays'a, naszej bohaterce udaje się podstępem zdobyć przepustkę, wkracza do biura ubrana przebojowo, aby… przekonać mężczyznę, żeby zaprzestał budowy w pewnym miejscu. Hays nie jest człowiekiem, który jakoś specjalnie negocjuje, ale wiedząc kim jest Saylor (wielokrotnie pisała maile w tej sprawie), postanawia ją… zatrudnić, żeby mogła się wykazać i obronić swoje zdanie. I ich historia się zaczyna ;)
Książka zaczyna się jako biurowy romans - i ta część w zasadzie kupiła mnie najbardziej. Bezpośredniość i zaradność bohaterki, szef wulgarny gbur (momentami prostak), powłóczyste spojrzenia na zebraniach, dogryzanie sobie i psująca się niszczarka - to dało mi vibe komedii romantycznych. Gdyby ta sekcja utrzymała się do końca, chyba byłabym fanką książki 🤩
Potem przechodzimy do części głęboko-filozoficzno-kryminalno-psychologicznej. Tutaj niestety zauważyłam chaos w narracji (miałam nawet przypadek, że musiałam sprawdzić, czy mi strony nie ucięło), a dodatkowo bohaterowie ni z tego, ni z owego zaczęli się analizować i doczepiać do siebie głębię. Z szefa gbura, który wymyślał nowe przezwiska i określenia dla swojej asystentki oraz z prostej nauczycielki, dostajemy psychoanalityków, którzy samodzielnie próbują sobie nawzajem zrobić terapię.
Na końcu mamy trzecią część, miłosną, pełną nadziei na przyszłość (albo i nie).
Myślę, że to pozycja dla fanów nieoczywistych bohaterów, którzy z czasem zyskują. Zakończenie jest w stylu słodko-gorzkich.
Recenzja powstała we współpracy reklamowej z wydawnictwem.
Niedawno miałam okazję czytać pierwszą część historii i była naprawdę fajna, a autorka zostawiła nas z takim zakończeniem, że byłam ciekawa co czekać na nas będzie w tej części, a ta okazała się dużo dużo lepsza od tej pierwszej i jak na poprzedniej bawiłam się naprawdę dobrze to tutaj pochłonęłam całość na raz i chętnie przeczytałabym jeszcze więcej rozdziałów!
Uwielbiam styl pisania Lilki, więc i tutaj też się nie zawiodłam, tak jak przyznałam już wcześniej całość naprawdę dobrze się czytało, a cały zamysł na fabułę był o wiele fajniejszy niż w pierwszej części, choć też ta pierwsza część była potrzebna, żeby ta druga mogła istnieć i akcja tak fajnie się rozwinąć. Na początku już mocno plot twist, a każdy kolejny rozdział czytałam coraz szybciej, żeby dowiedzieć się co się wydarzy i jak potoczą się ostatecznie losy naszej pary. Tutaj naprawdę było czuć ten klimat mafii, porwania, powiązania rodzinne, zemsta i wiele wiele więcej!
Kreacja bohaterów podobała mi się już w pierwszym tomie, a tutaj podtrzymuje swoje zdanie z poprzedniej recenzji, że nasza para to dwójka, której raczej się nie uwielbia, a Jack nie zostanie waszym ulubionym książkowym mężem, lecz to dwójka ludzi obcująca w tym szarym świecie i po złej stronie mocy, ale też oboje mają coś w sobie, że obdarzycie ich sympatią i będziecie kibicować, żeby im się to życie ułożyło i ich bardzo specyficzna relacja weszła na dobre tory!
Nie wiem nawet jak to opisać, przeczytałam książkę w 20%. Nie rozumiem napięcia między nimi. Zachowania tej Alice która jest ważna w tej firmie a robi żarciki. Dodatkowo cała ta główna bohaterka jest jakaś chodząca tajemnicą. Dopiero później się dowiadujemy gdzie pracuje ale nic więcej. Cała jej wykreowana postać nie nadaje się do jej pracy codziennej. Dodatkowo z dupy pojawia się jej ex który zrobi dla niej wszystko. Mimo że jest 20 ileś lat starszy to waruje jak piesek? Ona sama ma z 20 parę, a ten ex 50? Rozumiem różnice wieku ale w takim wieku powinien zająć się sobą i szukać osoby innej a nie być na skinienie każde jakiejś gówniary. Nie planuje kończyć.
Tak naprawdę już dawno powinnam zrobić jej DNF. Pierwsza połowa była świetna, jednak im szlam dalej tym bardziej miałam dość. Chyba nie odłożyłam jej z czystego uporu. Zmarnowany potencjał ksiazki, bo sama historia miała ciekawe początki, a potem nie wiem co się wydarzyło...
Nie przeczytałam nawet do końca bo już na początku znalazłam rzeczy z dupy wzięte i nieścisłości to już mi się odechciało , miała potencjał ale został zmarnowany
2,25⭐️ Coś od początku mi nie pasowało ale liczyłam, że później będzie lepiej lecz się ewidentnie przeliczyłam. To nie było dla mnie. Momentami się gubiłam i nic tak naprawdę mnie nie interesowało.