Nie każdy upadek kończy się na dnie. Czasem dno jest dopiero początkiem drogi.
Życie Martena, oficera marynarki Koralowego Lorda, miało być prostą ścieżką ku zaszczytom. Skończyło się jednak na polu bitwy, w krwi kompanów, gdzie dwa księżyce zwiastowały szaleństwo. Aby przeżyć, Marten musiał sięgnąć po sunu - narkotyk, który raz skosztowany, staje się jedynym panem i władcą. To wyrok zapisany w żyłach, przed którym nie ma ucieczki.
Oto historia dwóch braci, których los rozdzielił, a ambicja i błędy przeszłości znów pchnęły ku sobie. Starszego, który walczy o resztki godności w oparach magicznego głodu, i młodszego, Cobara, który w pogoni za wielkością zbyt często zapomina, że dno rzeki jest bliżej niż szczyt masztu.
To kronika świata, gdzie salwy burtowe i świst korsarskich kordelasów zagłuszają szept politycznych intryg. Magia nie jest tu darem bogów, lecz bronią, która najpierw uzależnia, a potem pożera duszę i ciało. A gdy wielka polityka zderza się z desperacją wyjętych spod prawa, jedno pozostaje pewne - każda decyzja ma swoją cenę, najczęściej płaconą krwią.
Może jak mnie kiedys jakas recenzja mocno zachęci to do tego wrócę, ale na chwilę obecną moje zaangażowanie i ciekawość co się dalej zdarzy wynosi okrągłe 0
Marynistyczne fantasy to wciąż rzadkość, dlatego sam pomysł na świat w „Poławiaczach sunu” Michała Organiściaka to ciekawy powiew świeżości. Niestety, to jedyny jasny punkt tej książki. Gdzieś na horyzoncie majaczył potencjał, ale cała reszta tonie w morzu błędów warsztatowych, przez co debiut ten jest zwyczajnie nieangażujący i błyskawicznie ulatuje z pamięci.
Największym problemem powieści jest to, że autor sam chyba nie wie, o czym chciał napisać i jaką historię prowadzi. Tytułowe "poławianie" narkotyku (sunu) to czysty żart takie zjawisko na łamach książki występuje w dopiero w połowie, a sam motyw sunu jest ograny skrajnie słabo. Coś na czym można oprzeć narracje i stworzyć bardzo ciekawą historie jest po prostu gdzieś w tle. Czasem działa jako motor napędowy ale brak tam głębi.
Fabuła przypomina pozszywanego potwora Frankensteina. Książka nie potrafi się zdecydować, czy jest kameralną opowieścią, czy wielkoskalową epopeją czytelnik cały czas czuje drastyczne skoki skali. Intrygi wrzucane są zupełnie losowo co 5-6 rozdziałów. Gdzieś na początku kręci się mroczny, edgy ziomek (z którym pojedynkuje się Marten)z ma motywem zemsty, a jak działa upływ czasu w tej powieści, nie wie chyba absolutnie nikt. To jeden wielki bałagan. Ostatecznie pod koniec czujemy, że to taka historia skali średniej??? I gues?
Koszmarne zarządzanie perspektywą (POV) i zabite tempo. Sposób prowadzenia narracji to absolutna katastrofa, która bezlitośnie wybija z rytmu. Zamiast oprzeć historię na naturalnym POV głównych graczy (Marten, jego brat i Vlad), autor wprowadza niepotrzebny chaos. Rozdziały z udziałem Vlada to festiwal nietrafionych decyzji. Z niewiadomych przyczyn nie dostajemy jego własnej perspektywy. Zamiast tego autor serwuje nam POV mnóstwa całkowicie losowych postaci z tła, które wprowadzono tylko po to, by na koniec wpadły na Vlada. Ten zabieg całkowicie psuje tempo i sprawia, że historia niemiłosiernie się rozjeżdża, bo zanim ta postać dojdzie do Vlada to musi wykonać x rzeczy.
Kreacja bohaterów to istny Disney opiera się na tak znanych i wyświechtanych archetypach oraz schematach, żeby czytelnik przypadkiem nie zmęczył się głębszą analizą tekstu. Główni bohaterowie, Marten i Cobar, są boleśnie nijacy i kompletnie pozbawieni charyzmy. Nie dają żadnego powodu, by angażować się w ich losy czy im kibicować. Cobar gdzieś tam ma zakopany potencjał i da się z niego coś wyksztusić. Marten to niestety typowy main hero bez chakteru z animacji wczesnych 2000. Widzisz tą postać wiesz, że to dobry koleś i główny bohater nic więcej o nim nie powiesz. A Vlad to typowy złodupca z animacji disneya.
Oddzielna krytyka należy się kreacji postaci kobiecych, które zostały potraktowane skrajnie powierzchownie. Można je sprowadzić do miana "kobieta w tle", a fakt, że 3/4 z nich to byłe prostytutki, jest po prostu leniwym i słabym zabiegiem.
Sceny akcji są napisane poprawnie widać, że autor potrafi złożyć do kupy walkę czy dynamiczną potyczkę. Problem w tym, że całkowicie brakuje im dramatyzmu. Przez to, że (jak wspominałem wcześniej) nie zależy nam na bohaterach, starcia nie budzą napięcia i brakuje w nich odczuwalnej stawki. Po prostu się dzieją.
Rozmowy między postaciami wypadają w miarę okej. Dialogi w większości się kleją i brzmią w miarę naturalnie, choć raczej nie znajdziemy tu cytatów, które zapadną w pamięć na dłużej. Spełniają swoją funkcję i tyle.
Kwestia humoru w książkach to zawsze sprawa subiektywna. Autor próbuje rozładowywać napięcie żartami, ale ten rodzaj humoru zwyczajnie do mnie nie trafił. To po prostu nie mój klimat, przez co żarty częściej mijały się z celem, niż wywoływały uśmiech.
„Poławiacze sunu” to książka, w której autor nie wiedział, w jakim kierunku chce podążać. Pomijając chlubny wyjątek rzadko spotykanych klimatów marynistycznych, brakuje tu angażującej historii, wyrazistych postaci i spójnej wizji. To debiut, o którym niestety bardzo szybko się zapomina. Gdzieś potencjał w tej książce jest. Niestety jest głęboko zakopany. 2/5 Głownie dlatego, że dalej jest to czytelne bez wyrywania sobie sobie włosów z głowy.
Jestem miło zaskoczony tym, że w moje ręce wpadła tak dobra powieść która dzieje się na morzu. W dodatku zupełnie nie odczułem faktu, że jest to debiut. Czekam z niecierpliwością na kolejne książki od autora.
Poławiacze sunu to niezwykła książka osadzona na morzu, którą napisał Michał Organiściak. Jest to powieściowy debiut, o którym bym nie powiedziała, że jest debiutem. Książkę wydało Wydawnictwo Fabryka Słów.
Poławiacze sunu to morska opowieść o dwóch braciach, którzy muszą mierzyć się z różnymi przeciwnościami losy. Starszy, Marten, to żeglarz będący o krok od objęcia roli kapitana okrętu, który mierzy się z skrywanym w tajemnicy uzależnieniem. Z kolei młodszy, Cobar, to student prawa, którego bardziej interesują romanse niż nauka, przez co pakuje się w kłopoty. Ich losy zbiegają się i wprowadzają czytelnika w opowieść pełną magii, morza i morskich potyczek.
Pierwszym, co skrada uwagę przy tej pozycji, jest sunu. To narkotyk wyławiany z dna morskiego, który nie tylko uzależnia na zawsze, ale również daje potężne moce – od wyostrzonych zmysłów, przez supersiłę, aż do magii. Jest to naprawdę świetny zabieg światotwórczy. Nie dość, że nakłada ograniczenia na użytkowników magii, to jeszcze zmusza ich do ponoszenia potężnej ceny. Stanowi to bardzo dobrze przemyślany element świata, który stworzył autor i już za samo to należy mu się uznanie.
Postacie są bardzo ciekawie skonstruowane. Czytelnik z łatwością może je polubić i to niezależnie od tego, czy podziela ich przekonania lub wspiera decyzje. Nie jest też ich wiele, dzięki czemu nie tylko nie sposób się pośród nich pogubić, ale również można każdego bohatera poznać lepiej. Sporo ułatwia tutaj także styl autora, który jest naprawdę przyjemny, a do tego bardzo obrazowy. Przez książkę się płynie i kolejne rozdziały mijają w mgnieniu oka.
Jeśli chodzi o fabułę, może się wydawać, że wiele jej elementów się ze sobą nie łączy, ale to tylko pozory. Autor zadbał, by nie zostawiać niczego przypadkowi. Każde przedstawione na kartach powieści wydarzenie jest tam nie bez powodu, niczym kawałek układanki, której pełen obraz pojawia się dopiero przy złożeniu w całość. Igra to z umysłem czytelnika, ale równocześnie przynosi mnóstwo satysfakcji, gdy kolejny kawałek wpada na swoje miejsce i następuje moment „aha!”.
Akcja jest naprawdę warta. Nawet w chwilach, które funkcjonują jako mała dygresja od głównej osi fabularnej, tempo jest zachowane i żaden rozdział nie odbiega od narzuconego rytmu. I chociaż narracja prowadzona jest z kilku punktów widzenia, nie ma poczucia chaosu czy przesycenia. Autorowi udało się zachować wszystkie elementy w niemal idealnej równowadze. Sprawia to, że książkę naprawdę trudno jest wyrzucić z głowy. W ciągu dnia łapałam się na tym, że myślałam o ostatnich punktach fabularnych i nie mogłam się doczekać, aż znów usiądę do lektury.
Świat przedstawiony w Poławiaczach sunu to świat magiczny. Zostały w nim wprowadzone różne stworzenia, które ożywiają całość i nadają mu różnorodności. Wszechobecna magia, nawet jeśli niesie ze sobą wielką cenę, działa w tym świecie dobrze. Stawki są jasne od początku, a do tego napędzają sobą motywacje bohaterów. Chociaż muszę przyznać, że mam pewne wątpliwości co do rozwiązania problemu uzależnienia, który w pewnym momencie został dość mocno złagodzony. Oczywiście, rozwiązanie funkcjonuje w myśl zasady coś za coś, ale nie jestem fanką wiadomości, którą to wysyła czytelnikowi, a mianowicie, że uzależnienie można wyleczyć przez działanie drugiej osoby.
Michał Organiściak stworzył naprawdę dobrze dopracowaną powieść, przy której bawiłam się fenomenalnie. Zostawił przy tym na tyle szeroko otwarte zakończenie, że czytelnik ma spore podstawy oczekiwać ciągu dalszego. Jestem naprawdę ciekawa, co jeszcze autor ma w zanadrzu i liczę, że pozwoli na powrót do świata Martena oraz Cobara.
Recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem.
Czy to jest na serio debiut?! Bo ja w to niedowierzam. Genialna historia, z założenia dosyć prosta ale jak wybitnie poprowadzona! Sam uwielbiam morskie klimaty w fantasy więc ta historia na samym starcie u mnie plusuje😂. Autor naprawdę sobie świetne radzi z tworzeniem postaci i prowadzeniem fabuły. To wszystko wydaje się tak bardzo żywe, wszystko jest tu zgrabnie opisane i dokładnie na tym miejscu na którym powinno być. Ja potrzebuje kolejnej części i więcej takich genialnych debiutów!
⚓🌊 Poławiacze Sunu autorstwa Michała Organiściaka to powieść, która już od pierwszych stron wciąga czytelnika w surowy, bezwzględny świat morskiej przygody i moralnych wyborów. To historia, w której nie ma miejsca na prosty podział na dobro i zło, a każda decyzja niesie konsekwencje. Autor prowadzi nas przez opowieść pełną bitew, zdrad i wewnętrznych zmagań bohaterów, tworząc klimat ciężki jak wilgotne powietrze na pokładzie okrętu tuż przed sztormem.
⚓🌊 Główną osią fabularną jest los Martena, człowieka, który miał przed sobą świetlaną przyszłość, lecz jego droga szybko zamienia się w walkę o przetrwanie. Jego upadek nie jest jednak końcem, a początkiem trudnej i bolesnej przemiany. Szczególnie interesująco wypada motyw uzależnienia od sunu, które nie jest tu jedynie fabularnym dodatkiem, lecz symbolem słabości i ceny, jaką płaci się za przetrwanie. Autor świetnie oddaje psychiczne rozdarcie bohatera, dzięki czemu jego historia wydaje się autentyczna i przejmująca.
⚓🌊 Równie istotną rolę odgrywa relacja między braćmi. Cobar, młodszy i pełen ambicji, stanowi kontrast dla doświadczonego i złamanego życiem Martena. Ich losy splatają się w sposób naturalny, a napięcie między nimi budowane jest stopniowo i przekonująco. To nie tylko opowieść o przygodzie, ale też o rodzinie, błędach przeszłości i próbach odnalezienia własnej drogi w świecie, który nie wybacza słabości. ㅤ ⚓🌊 Na szczególną uwagę zasługuje styl narracji, który momentami przypomina gawędę starego marynarza snutą przy kuflu rumu. Taki zabieg nadaje książce wyjątkowego klimatu i sprawia, że czytelnik czuje się uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko ich obserwatorem. Opisy są barwne, pełne detali i dobrze oddają zarówno piękno, jak i brutalność morskiego życia. Autor potrafi balansować między akcją a refleksją, nie pozwalając, by tempo opowieści zwolniło. ㅤ ⚓🌊 Świat przedstawiony w powieści jest spójny i przemyślany. Magia nie jest tu czymś wzniosłym czy czystym, lecz niebezpiecznym narzędziem, które kusi i niszczy. To podejście dodaje historii ciężaru i sprawia, że każda scena z jej udziałem ma znaczenie. Dodatkowo obecność politycznych intryg i konfliktów sprawia, że fabuła nabiera głębi i nie ogranicza się jedynie do przygodowego schematu. ㅤ ⚓🌊 Poławiacze Sunu to bardzo udany debiut, który zaskakuje dojrzałością i pewnością prowadzenia narracji. Książka oferuje nie tylko emocjonującą przygodę, ale też refleksję nad ludzkimi słabościami i konsekwencjami wyborów. To lektura dla tych, którzy szukają czegoś więcej niż prostej historii o piratach. Jeśli ktoś chce poczuć zapach morza, ciężar decyzji i smak dobrze opowiedzianej historii, zdecydowanie powinien po nią sięgnąć.
Poławiacze Sunu to piracka historia, której nie wiedziałem, że tak potrzebuję. To świetna książka i bardzo udany debiut, o którym powinno być ZDECYDOWANIE głośniej!
Początkowe założenia samej historii są dość proste - skupia się ona na perypetiach dwóch braci: szanowanego w marynarce nawigatora Martena oraz jego brata lekkoducha, Cobara. Pierwszy z nich staje do fatalnego w skutkach pojedynku, a drugi robi kolejny krok, by popsuć swoją reputację na Archipelagu Tysiąca Wysp, wplątując się w problem natury męsko-damskiej. To dopiero początek przygody, która obfituje w rum, morskie przygody, bitwy, towarzyszy na śmierć i życie, pojedynki na rapier i... orki.
I choć to debiut, zdecydowanie odstaje od podobnych książek w swojej kategorii. Choć wciąż jest to dość lekka historia, ma dobrze zbudowany świat, nakreśloną politykę zagraniczną, historie bohaterów (również tych drugoplanowych) i podłoże systemu magicznego. Postaci niejednokrotnie stają przed trudnymi wyborami, jednak nie brakuje również momentów humorystycznych, które świetnie je równoważą.
Totalnie polecam dać szansę, a ja zdecydowanie będę śledził dalszą karierę autora, bo jeśli to jest debiut to nie mogę się doczekać kolejnych historii spod jego pióra.
Kawał znakomitej przygody, która zaskakuje pomysłem, rozmachem i dojrzałością, daleko wykraczając poza to, czego spodziewam się zwykle po debiucie. To powieść napisana pewną ręką, dynamiczna, emocjonalna i dopracowana w szczegółach.
Poławiacze sunu to fantastyka, która nie należy jeszcze do gatunku high fantasy, chociaż jestem przekonana, że kolejne tomy mogą ją na ten poziom wynieść, jeśli tylko taka będzie wola autora. W tej historii spotykamy dwóch braci, którzy stają się centralnymi postaciami całej opowieści. Jest to wielce szanowany i bardzo ambitny młody nawigator Marten oraz jego zdecydowanie mniej ambitny i zdecydowanie mniej poważany młodszy brat Cobar.
Ta wydaje się, że jak na fantastykę całkiem przeciętna, dwójka na początku historii nie jest nam jeszcze przedstawiona jako wspólnie działający zespół, ani nawet jako para bohaterów funkcjonujących razem, czy też banda lub gang, i tutaj puszczam oko do tych, którzy książkę już czytali. Natomiast od samego początku wyraźnie widzimy, że cała historia zmierza ku spotkaniu obu braci i jest to zdecydowanie jeden z plusów tej opowieści, ponieważ bardzo szybko zaczynamy zżywać się z wizją tego spotkania dwóch młodych mężczyzn oraz z napięciem, które naturalnie rodzi się między rodzeństwem. Szybko też wyczuwamy pewne rozczarowanie Martena Cobarem, i dzięki temu już na wczesnym etapie historii mamy z tyłu głowy myśl, że prawdopodobnie niejedna ciekawa sytuacja może się z tego spotkania rozwinąć.
Zanim jednak do tego spotkania dojdzie, zarówno Cobar, jak i Marten przeżyją kilka dość nieprzyjemnych chwil. Michał Organiściak przez pierwsze mniej więcej sto pięćdziesiąt stron historii wcale nas nie rozpieszcza. Daje nam bardzo szeroki obraz Archipelagu Tysiąca Wysp, stopniowo komplikuje system magiczny i wprowadza nowe formy magii. Robi to zresztą w sposób bardzo ciekawy, ale jednocześnie taki, który przez dłuższy czas nie pozwala nam w pełni zrozumieć mechanizmów działania przedstawionego świata i sposobu wykorzystywania mocy nadnaturalnych.
Wyjątkiem pozostaje właściwie tylko jeden element, a jest nim tytułowy narkotyk - sunu. Ten nowy sposób na pozyskiwanie mocy magicznych jest jedną z najbardziej intrygujących części tej historii. Pojawia się informacja, że jest to podmorska substancja, jednak przez długi czas nie dostajemy pełniejszego wyjaśnienia jej natury. I przyznam się wam szczerze, że jedna z niewielu rzeczy, której w treści Poławiaczy sunu zabrakło, to właśnie dokładniejsze wyjaśnienie pełnego działania tej substancji. Miałam bowiem wrażenie, że za Sunem kryje się coś znacznie więcej niż tylko zwykły narkotyczny „haj” i moc, ograniczona w mniejszym lub większym stopniu.
Autor bardzo umiejętnie prowadzi nas przez meandry charakterów obu braci i nie oszczędza nam ani ich wewnętrznych rozterek, ani też momentami bardzo zabawnych sytuacji, które każdy z nas może spokojnie porównać do własnych doświadczeń z rodzeństwem. Jeśli ktoś z was ma młodszego brata lub siostrę, to bez trudu odnajdzie w tej historii pewne znajome napięcia i drobne rodzinne utarczki.
Momentami ta narracja może się wydawać nieco naiwna, ale w rzeczywistości jest po prostu naturalna. Michał Organiściak nie próbuje tworzyć skomplikowanych portretów psychologicznych i nie udaje, że zamierza przeprowadzić głęboką psychoanalizę swoich bohaterów. Nawet wtedy, kiedy wprowadza fragmenty dotyczące historii rodziców obu braci, nie robi tego po to, aby wycisnąć z czytelnika łzy ani po to, aby zmusić nas do poszukiwania ukrytych motywów ich działań. Wszystko jest tutaj bardzo bezpośrednie i wręcz momentami bezczelnie szczere. Moim zdaniem jest to zabieg w pełni świadomy i bardzo trafiony, ponieważ dzięki temu książka nie przytłacza czytelnika nadmiernym ciężarem interpretacji. Przy tempie wydarzeń i liczbie scen zbyt rozbudowana warstwa psychologiczna mogłaby sprawić, że historia tej objętości stałaby się zwyczajnie trudna do śledzenia.
W efekcie skupiamy się przede wszystkim na przygodach bohaterów, na ciągu często feralnych decyzji oraz na tym, co w moim odczuciu staje się jednym z głównych motywów tej książki, czyli na nienawiści. Tak naprawdę wiele wydarzeń w tej historii krąży właśnie wokół niej. Widzimy prywatną nienawiść, którą Baron Pigmentu odczuwa wobec Cobara, widzimy nienawiść wzmocnionego magicznie Wlada wobec Martena, obserwujemy napięcia między Księżną Anabelle i Baronem Pigmentu, a także bardziej osobiste zależności, które podzieliły kapitana Plenawo, piękną czarodziejkę Kiriam oraz jej brata Łyżeczkę. Dzięki temu, że obserwujemy te wszystkie wydarzenia z różnych perspektyw i śledzimy kilka równoległych narracji, bardzo łatwo jest zrozumieć emocje, które kierują bohaterami. Nienawiść przestaje być abstrakcyjnym pojęciem, a staje się czymś naturalnym i logicznym w kontekście wydarzeń, które obserwujemy.
To właśnie w tym tkwi jeden z największych plusów Poławiaczy sunu. Choć śledzimy kilka narracji i poznajemy historię z perspektywy różnych bohaterów, nie mamy wrażenia chaosu ani porzucenia któregokolwiek z wątków. Wręcz przeciwnie. Wszystkie te linie fabularne w pewnym momencie zaczynają się ze sobą splatać i ostatecznie domykają się w ostatnim akcie książki, jednocześnie otwierając zupełnie nowe możliwości dla kolejnych historii z tego uniwersum. Na które przyznam się Wam, że czekam z niecierpliwością!
Jeśli chodzi o sam język autora, mamy do czynienia z czysto przygodową fantastyką. Autor tego nie ukrywa, wydawca również nie i ja także nie będę tego przed wami zatajać. To książka, która ma przede wszystkim dać czytelnikowi rozrywkę. Sprawić, że zwiąże się z bohaterami, co dzieje się bardzo szybko, i pozwoli cieszyć się po prostu dobrze spędzonym czasem. Ja bardzo doceniam fakt, że książka została napisana w sposób, który pozwala skupić się na historii i dosłownie ją pochłonąć. W moim przypadku zajęło to zaledwie kilka godzin.
Ma też w sobie niezwykle przyjemny klimat przygodowej wyprawy z nutą karaibskiej atmosfery. Morze, wiatr, rum (i nie tylko) i wyraźnie zaznaczona tropikalna pogoda sprawiają, że podczas lektury niemal czuje się tę przestrzeń. Ta podróż, która z początku wydaje się zwykłą wyprawą, przynosi jednak zupełnie nieoczekiwane konsekwencje i staje się przygodą życia. W pewnym sensie nawet spełnieniem marzeń, których bohaterowie sami nigdy nie odważyliby się nazwać.
Finał książki jasno sugeruje, że ta historia dopiero się zaczyna. Bo jeśli czegoś w Poławiaczach snu właściwie nie ma, to wielkiej polityki. Pojawia się oczywiście drobna polityka lokalna, ale nie znajdziemy tutaj rozbudowanych intryg politycznych ani szerokich planów przejmowania władzy. Są to jedynie zarysowane motywacje niektórych postaci, nie główny temat tej książki. Jej celem jest przede wszystkim poznanie świata Archipelagu Tysiąca Wysp i to właśnie udaje się autorowi znakomicie.
Czy pokochacie wszystkich bohaterów? Nie - jednak zwiążecie się z tymi najważniejszymi. Poczujecie niechęć do głównego antagonisty, najpierw jednego, później drugiego. Tego drugiego, tak jak mnie, być może nawet trochę będzie wam żal. Ja mam poczucie, że weszłam w sam środek ciekawej opowieści. Takiej, która nie próbuje na siłę przemycać wielkich idei ani tłumaczyć skomplikowanej natury ludzkich relacji, ale po prostu żyje chwilą.
Ja za tę lekturę, dzięki której razem z bohaterami Poławiaczy sunu mogłam przez kilka godzin właśnie żyć chwilą, z całego serca autorowi dziękuję. Polecam tę książkę wszystkim fanom fantastyki, niezależnie od tego, czy kochają high fantasy, cozy fantasy czy historie nieco mroczniejsze. Bo to bardzo dobre przypomnienie, czym w gruncie rzeczy powinna być książka jako forma rozrywki. Gdyż Poławiacze sunu to świetna rozrywka z zadatkami na o wiele więcej!
This entire review has been hidden because of spoilers.
"Poławiacze sunu" to debiutancka powieść Macieja Organiściaka, która przyciągnęła mnie przede wszystkim swoim klimatem oraz obietnicą opowieści o upadku, uzależnieniu i cenie ambicji w świecie, gdzie magia splata się z przemocą i bezwzględną polityką. Autor kreśli rzeczywistość pozbawioną klasycznych, krystalicznych bohaterów, a zamiast nich dostajemy ludzi podejmujących decyzje podszyte lękiem, pychą i instynktem przetrwania. I choć całość naprawdę potrafi wciągnąć, zaskoczyć zwrotami akcji i utrzymać uwagę czytelnika… To jednocześnie pojawia się pewne „ale”, które sprawia, że książka nie jest dziełem idealnym. Aczkolwiek zacznijmy może od początku, dobrze?
Na pierwszy rzut chciałabym odnieść się do kreacji świata oraz fabuły, bo uważam, że są to najmocniejsze strony historii. Zwłaszcza, że uwielbiam polityczne intrygi, a w tej książce trochę ich znajdziemy, a do tego są one ciekawie splecione z losami bohaterów. Możemy dzięki temu śledzić ludzkie ambicje, pogoń za zemstą czy zmagania młodzieńczej zuchwałości, a to wszystko okalane morskimi wyprawami! Autor dość sprawnie operuje żeglarskimi zwrotami, wiedzą na temat statków, a także buduje bardzo dobry klimat pirackich opowieści. Czuć w tym historię, która naprawdę dzieje się "tam" i choć może zabrzmieć to dziwnie, to rzeczywiście "czułam" też morską bryzę, gdy śledziłam losy dwójki braci. Nie mogę też zapomnieć o tym, że dzięki temu całą książkę czyta się dobrze i naprawdę potrafi ona zaangażować, bo jako czytelnicy płyniemy z fabułą i chcemy odkrywać kolejne sekrety mórz.
Jednakże... To na co zwracam mocą uwagę są bohaterowie, a także ich wpływ na fabułę czy rozwój pojedynczych wydarzeń. I choć fabuła potrafi być intrygująca, to po czasie może sprawiać wrażenie powtarzającej się lub też idącej w dość niespodziewanym kierunku (i tutaj nie mam na myśli czegoś pozytywnego). Autor od samego początku wciąga czytelnika w historię Martena, czyli morskiego oficera, którego życie załamało się w jednej chwili przez brutalną sytuację oraz jego brata Cobara, lekkomyślnego chłopaka, który zdecydowanie najpierw robi, a później myśli. To właśnie ta dwójka napędza główny ciąg wydarzeń, choć na przestrzeni rozdziałów napotkamy również inne perspektywy, ale ci dwaj są najważniejsi. No i cóż... Nie umiałam się z nimi polubić, ani też polubić inne postacie. Często miałam wrażenie, że są dość specyficznie ukształtowane pod jedno hasło - ktoś ma być lekkomyślny, ktoś ma kierować się zemstą, a ktoś ma po prostu być. Tu troszkę boli mnie fakt, że praktycznie każda kobieta reprezentowała podobny styl życia (choć paradoksalnie często należały do dwóch różnych światów), no i jeśli miał ktoś umierać... To również one. Dobrze, rozumiem to, czasami tak jest, ale cierpiałam przez to, bo cierpiały też relacje bohaterów. Może i relacja braci była dla mnie satysfakcjonująca, bo akurat tutaj czułam te braterskie oczekiwania, poczucie zawodu czy chęć wykazania się, to cała reszta była jakaś pusta lub zdecydowanie za szybka. I tak, mam tu na myśli relacje romantyczne, które w większości przypadków kierowały się strefą fizyczną - i niekiedy rozkwitały w coś wielkiego po zaledwie kilku dniach i nie tylko. Być może to moje osobiste przekonania, ale tak bardzo mi się to gryzło i momentami denerwowało, że odbierało mi to radość z pozostałych aspektów powieści.
Na koniec warto wspomnieć jeszcze o jednym problemie. Choć pochwaliłam fabułę, to wielokrotnie miałam wrażenie, że niektóre wydarzenia pojawiają się wyłącznie po to, by pchnąć akcję do przodu. Bohaterowie wpadają w skrajnie trudne sytuacje i dość niespodziewanie zostają z nich wybawieni. Gdyby zdarzyło się to raz lub dwa, to przymknęłabym oko, ale niestety, im częściej się powtarzało, tym bardziej działało mi to na nerwy.
No cóż, finalnie mam mieszane odczucia, ALE... Tak jak miałam swoje "ale" i marudzenia do "Poławiaczy sunu", tak jednocześnie jestem ciekawa dokąd dalej popłynie ta historia. Mimo wszystko wiem, że to debiut i to w dość poważnej fantastyce, więc trzymam kciuki za kolejne części i naprawdę z chęcią poznam dalsze losy braci.
Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądaliby „Piraci z Karaibów” na haju? Jeśli tak, to już nie musicie, bo Michał Organiściak przychodzi z gotową odpowiedzią pod postacią swojej debiutanckiej powieści „Poławiacze sunu”. Jest to jeden z najlepszych debiutów, jakie czytałem w ostatnich latach, pewnie od czasu „Apostaty” Łukasza Czarneckiego.
„Poławiacze sunu” opowiada przede wszystkim o Martenie Duvallecie, ambitnym oficerze w służbie Koralowego Lorda. Marten marzy o byciu kapitanem we flocie, jednak może mu w tym przeszkodzić jego młodszy, nieokrzesany brat Cobar. To niejedyne intrygujące postaci w tej przygodzie. Mamy tu wielu bohaterów, którzy spokojnie mogliby dostać swoją własną historię do opowiedzenia.
Ponadto, wielkim plusem tej powieści jest intrygujący system magiczny oparty na tytułowym sunu, którego wydobywa się z dna mórz i oceanów, a który niesamowicie uzależnia, ale i daje ogromną moc. Jednak jego odstawienie prowadzi do dosyć szybkiej śmierci.
Cała fabuła jest niezwykle wartka i wciągająca. Całość przeczytałem w 3 dni, a każde przerwanie lektury było niczym odstawienie sunu, naprawdę bolesne. Powieść jest niezwykle humorystyczna, ale i bardzo wyważona, mamy tutaj zatem akcję, ale i spokojniejsze momenty, dramatyzm i wspomniany humor, a nawet i wątek romantyczny.
„Poławiacze sunu” mają jeszcze jeden ogromny plus, a mianowicie tytuły rozdziałów, które mam wrażenie pojawiają się coraz rzadziej w literaturze, a osobiście bardzo je lubię. Do tego w tych tytułach rozdziałów, jak i w toku akcji pojawiają się fajne nawiązania, na przykład do innych dzieł kultury. Gorąco polecam Wam „Poławiaczy sunu”, bo to świetna, oryginalna historia, a do tego z ogromnym potencjałem na więcej. Mamy tutaj świat, w którym można popełnić naprawdę sporo ciekawych opowieści, nie tylko ze znanymi nam z tej powieści bohaterami, ale i z całkiem nowymi postaciami. Mam nadzieję, że Michał Ograniściak wykorzysta w pełni to, co stworzył, chociaż poprzeczka jest teraz zawieszona naprawdę wysoko.
Więcej moich recenzji znajdziecie na Instagramie @chomiczkowe.recenzje oraz TikToku o tej samej nazwie, gdzie serdecznie zapraszam.
Lisioły Sunu . Lisioł zawsze szanował postacie, który własnymi rękami dotarły do celu i dalej się wspinają po drabince swoich marzeń. Oficer Marten pełni rolę Nawigatora na fregacie marynarki Koralowego Lorda „Negra”. Jest zdolny, może zostać kapitanem. Jedyna rysa to fakt, że jest uzależniony od narkotyku wydobywanego z dna morza czyli Sunu. Warto podkreślić, że uzależnił się nie z własnej woli i przeżył – wbrew oczekiwaniom osoby, która mu ten narkotyk dała. Sunu daje wiele możliwości. Od super sprawności po magię. Oczywiście wszystko zależy od treningu, ale Martenowi bliżej w tym wypadku do Aragorna niż Gandalfa. Wracając jednak na pokład „Negry”. Marten skrzętnie ukrywa fakt uzależnienia i dobrze mu idzie jak na okoliczności… Sęk w tym, że ma młodszego brata idiotę – Cobara, który koncertowo wskoczył do łóżka córce ważnej szychy i uznał, że brat go uratuje. Wystarczy włamać się na „Negre”. Cóż... można się domyślić, że zniszczył wszystko na co brat pracował. W ten sposób obaj kończą za burtą – z czego tylko jeden z własnej woli. Lisioł z głębokim westchnieniem zapakował zapas Sunu pod ogon, wziął broń pod łapki i zanurkował za braćmi, docierając do bezludnej wyspy. Gdy wszystko wydaje się stracone, los się jednak odwraca… . …Lisioł siedzi z lunetą na drzewie, po czym stwierdza, że coś jest nie tak. Otóż przed wielkim wejściem Cobara, fregata „Negra” przejęła wrogi okręt „Brzask” będący brygiem do poławiania Sunu. Ewidentnie coś się jednak nie zgadza. Czyżby kapitan Plenawo zgodnie z swoim imieniem był plewniakiem? A może jeszcze gorzej? Lisioł może Wam szepnąć, że w tym momencie książka „Poławiacze Sunu” pióra Michała Organiściaka sama zażyła Sunu, dostając ekstremalnego kopa. Akcja przyśpieszyła od 0 do 100 w kilka piśnięć. Plan wydaje się prosty – przejąć „Brzask” żeby uciec z bezludnej wyspy i nie skończyć jako karma dla rybek, ale jakimś dziwnym trafem zamienia się w wielką akcje ratunkową. Mamy pojedynki, magię i człowieka-drzewa! A dalej… cóż dalej jest jeszcze ciekawiej! Lisiołowi się ta przygoda ewidentnie spodobała.
Ależ to była przygoda! Akcja jest wartka, bohaterowie raz po raz wpadają w nowe kłopoty, a kiedy wydaje się, że gorzej już być nie może… zwykle właśnie wtedy robi się jeszcze ciekawiej. Całość ma bardzo przygodowy, momentami wręcz filmowy klimat, który kojarzył mi się z energią znaną z Piratów z Karaibów – choć sama historia zdecydowanie nie jest tylko opowieścią o piratach. Jednym z najbardziej intrygujących elementów świata w tej powieści jest Sunu – tajemnicza substancja o magicznych właściwościach. Podoba mi się pomysł, że w tym świecie magia ma swoją cenę. Sunu działa jak magiczny narkotyk: daje potężną moc, ale jednocześnie niesie konsekwencje. Autor pozostawia wokół niego sporo tajemnicy, co bardzo działa na wyobraźnię. Podczas czytania łapałam się na tym, że zastanawiam się nad różnymi pytaniami: jak właściwie wygląda ta substancja? Skąd dokładnie się wzięła? I czy wydobywanie jej z dna morza nie zaburza jakiejś delikatnej równowagi podwodnego świata, która kiedyś może odbić się na cywilizacji zamieszkującej archipelag? Świat książki jest zresztą bardzo barwny i różnorodny. Oprócz piratów pojawia się cała plejada fantastycznych postaci – czarodziejki, tajemniczy kapłani płomieni, zmiennokształtni noszący w sobie zarodek drzewa, a także syrena. Wątek związany z syreną szczególnie przypadł mi do gustu ale nie będe spojlerować ;) Dużym plusem jest też to, że autor nie ogranicza się tylko do czystej przygody. W tle pojawiają się polityczne intrygi, konflikty interesów i moralne dylematy bohaterów. Bardzo lubię, gdy fantastyka nie jest tylko dekoracją dla akcji, ale splata się z bardziej złożonymi wątkami – tutaj zdecydowanie to działa. Na uwagę zasługuje również styl autora. Z jednej strony potrafi niezwykle plastycznie opisać stworzony przez siebie świat, z drugiej strony w książce nie brakuje humoru – przy niektórych dialogach naprawdę wybuchałam śmiechem. Po zakończeniu lektury zostało mi poczucie, że to dopiero początek większej opowieści i zdecydowanie będę wypatrywać kontynuacji tej historii.
Poławiacze sunu (a nie jak długi czas czytałem "Poławiacze snu", przez co bez czytania opisu wyobrażałem sobie zupełnie inną tematykę książki), to debiut Michała Organiściaka, a jednocześnie hit na rynku polskiej fantastyki! Zdecydowanie zasłużony hit. O ile nie przepadam za marynistycznymi historiami, głównie z uwagi na ich powtarzalność, tak tutaj mi to nie przeszkadzało. Wszystko napisane w sposób prosty, bez zbędnego przedłużania, po prostu świetnie!
!!! UWAGA SPOILERY !!!
Muszę się jednak do czegoś przyczepić. Było parę mniej lub bardziej widocznych niedociągnięć, ale wszak, że to debiut, to musimy autorowi wybaczyć. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie rażące mnie kwestie. 1. Umiejętność używania mocy przez Cobara - rozumiem, że posiada duży talent i dzięki pomocy czarodziejki opanował moc w trybie natychmiastowym, jednak wypadałoby aby trochę się pomęczył, przy treningu, bo inaczej brakuje tego procesu. 2. Brak wyrażenia jakichś emocji typu smutek/gniew/frustracja przez Łyżeczkę, gdy zginęła jego siostra. Marten to przeżywał najwięcej, choć też wcale nie tak dużo, po nim Cobar a Łyżeczka? Tak jakby go to w ogóle nie obeszło, jak gdyby był to dla niego ktoś zupełnie obcy/obojętny, mimo, że to była jego siostra z którą miał raczej dobre (o ile nie, bardzo dobre) relacje. Było coś jeszcze co chciałem napisać, ale zwlekałem przez co zapomniałem.
Jak na debiut to rewelacja! Jak już wspomniałem, mimo paru niedociągnięć, ten tytuł jest jednym z lepszych jakie miałem okazje słuchać (w formie audiobooka) w ostatnim czasie. Fantasy na poziomie które dobrze się wpasowało w mój gust. Zdecydowanie warte polecenia, jak dla mnie nawet 4,5 ⭐️
„Poławiacze Sunu” to debiut Michała Organiściaka i muszę przyznać, że to dość dobry debiut. Jest to historia dwóch braci, których na nowo ścieżki życia przecięły się. Jest to opowieść pełna intryg i magii, która uzależnia by pożreć duszę i ciało. Opowieść ta nasiąknięta jest zapachem morza, prochu i krwi. Bohaterowie to postacie, z którymi nie da się nudzić. Jest to dwóch braci, którzy bardzo różnią się od siebie. Starszy pragnie uratować swoje imię, młodszy zdaje się, jakby na każdym kroku czekały na niego kłopoty. Akcja książki jest raczej dynamiczna i porywa niczym morskie fale, które niosą nas ku kolejnym przygodom i wyborom bohaterów. Mamy tutaj parę zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że od książki nie można oderwać się. Autor posiada dość przyjemny styl pisania, który sprawia, że po stronach tej powieści wręcz płynie się. Jest lekki, a zarazem bogaty w szczegóły. Jeśli lubicie książki, który akcja dzieje się na morzu. Książki o magii i piratach to bardzo polecam „Połowicze Sunu”.
Bardzo nierówny debiut, z jednej strony zakochałem się w tym świecie, system magii jest ciekawy, a wątki bitew morskich zdarzają się w fantasy na tyle rzadko, że od razu miały moje serce. Z drugiej to bardzo prosta opowieść o zemście, która została niepotrzebnie skomplikowana nadmiarowymi povami i chaosem narracyjnym. Książka nie jest pewna czy chce być akcyjniakiem z małą skalą czy książką militarnie polityczną o szachach całych królestw. Wychodzi z tego jadalny miszmasz, który traci bardzo dużo ze swojego potencjału i nie kończy części wątków, co dla debiutanta wydaje się dziwnym wyborem, bo skąd pewność drugiego tomu? Najmocniej zmarnowane wydają się historie poławiania tytułowego sunu, które to zredukowane są do krótkich opisów w których substancja magicznie wpada w ręce bohaterów. Ot mityczny narkotyk, którego pragnie każdy, zredukowany do kilku stron aby mieć pretekst napędowy i paliwo do dalszych walk.
To była dobra lektura. Dobrze napisana. Może trochę zbyt długa ale bez dramatu. To jest pozycja, która może konkurować z zagranicznymi pisarzami.
Trochę uwierał mnie stereotyp przystojnych bohaterów, na widok których dziewczyny szaleją a scena seksu z syreną była lekko absurdalna ale nie mam się do czego mocniej przyczepić
Świetna rozrywka! Marynarskie, zawadiackie przygody, sztormy, walka o władzę, walka na miecze, walka o kobiety, napisane z animuszem - bardzo dobrze mi się to czytało. Polecam!