Wiosna 1922. Samobójcze natarcie na pozycje przeciwnika po raz kolejny prowadzi kapral Reinhardt i jego kompania karna – kundle wojny, dezerterzy, podpalacze i najgorsze szumowiny. Straceńcy gotowi na wszystko.
Książka wywarła na mnie dziwne wrażenie. Przez większość czasu zastanawiałem się "no dobrze, ale o co tu ku*** chodzi?" Brakuje od początku jakiegoś szerszego kontekstu, w stylu: która to w sumie wojna? jest to rzeczywista wojna, czy alternatywny świat? jesteśmy w świecie fantastyki, czy nie? Tego typu informacje dawkowane są tak skąpo, że coś pewnego można było powiedzieć dopiero pod koniec. Do tego wojna, wojna, walka z czołgiem, nagle zombie gdzieś, wojna, wojna, potem na końcu trochę info o intrydze, będącej rdzeniem cyklu.... Wszystko przywalone toną akcji - tego nie można tej książce odmówić, sporo się tam dzieje...ale jak nie ma szerszego kontekstu, to wychodzi jak w pralce podczas wirowania - też się sporo dzieje, no ale co z tego?
Co to była za przeprawa… Ta książka to niekończący się wyścig fabularny. Autor uznał że im więcej wybuchów tym lepiej. Główny bohater ma udawać tajemniczego kapitana który ma jakąś traumę, ale kiedy poznajemy czym ta trauma jest to można dostać wylewu. Zakończenie jest absurdalnie śmieszne. Marlene to moje nowe Roman empire. To najbardziej męska książka jaka mogła powstać w naszym kraju!
Dotąd byłem nie tyle fanem Michała Gołkowskiego, współczesnego (ur. 1981) polskiego pisarza i tłumacza, co jego cyklu powieściowego „SybirPunk”, gdyż tylko to z jego twórczości poznałem. Nie mogąc się doczekać czegoś pokrewnego, co by wyszło spod jego pióra, sięgnąłem po „Błoto” otwierające serię powieściową „Stalowe szczury”. Powstrzymałem się, jak to u mnie najczęściej, od jakiegokolwiek researchu na temat dzieła z zamiarem pozwolenia, by przemówiło samo za siebie. Pewne obawy były, no bo gdzie future SF, a gdzie pierwsza wojna światowa, a tego ostatniego się spodziewałem na podstawie grafiki zdobiącej okładkę. No, ale raz kozie śmierć. Wybrałem formę audio w interpretacji Filipa Kosiora i zacząłem słuchać.
Początek bardzo mi się spodobał – pierwsza wojna światowa widziana oczami Niemców, głównie eks-oficera dowodzącego szturmową karną kompanią na froncie zachodnim. Potem, gdy zauważyłem, że zmierza to w kierunku steampunka, prawie się się przeraziłem. Do końca chyba życia będzie mnie prześladować wspomnienie grafomańskiego wybryku „Orzeł bielszy niż gołębica” popełnionego przez Konrada T. Lewandowskiego, który od lat jest w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki synonimem literackiej beznadziei. Owszem, cyberpunk, a właściwie sybirpunk, wyszedł Gołkowskiemu genialnie, no ale gdzie cyber, a gdzie steam… Słuchałem jednak dalej…
No i okazało się, że rzecz, która na początku mnie wciągnęła, jednak nie puściła, i nie tylko dotrwałem do końca, lecz się wręcz rozsmakowałem. A to zakończenie! – niezwykle zaskakujące. Nawet, jak na tę odmianę science fiction, mistrzowsko zaskakujące.
Fabuły nie będę zdradzał, zakończenia tym bardziej. Oczywiście, podobnie jak w „SybirPunku”, opowieść ta to przede wszystkim akcja, ale tyma razem nie tylko. Autorowi udało się genialnie wczuć w klimat, który jak sądzę, jest przekonującym literackim odbiciem atmosfery Wielkiej Wojny, szczególnie zaś rzeczywistości niemieckich oddziałów szturmowych i wojny pozycyjnej. Emocje okopowej nędzy, panicznego strachu, bezsensu wojny, ale przeplatających się z momentami dumy, chwały i bohaterstwa. „Jak pięknie jest umierać za ojczyznę”. Książka wiernie oddaje też rzeczywisty przeskok od wcześniejszych wojen, do pierwszej wojny stechnicyzowanej, przemysłowej. Mamy tu więcej z prawdziwego obrazu I wojny niż w niejednym „poważnym” dziele.
Podobnie,w moim odczuciu, wykreowana przez Gołkowskiego postać protagonisty jest celnym odzwierciedleniem pewnego typu człowieka objawiającego szczególne cechy drzemiące w bliżej niekreślonej liczbie ludzi, ale ujawniające się tylko w określonych okolicznościach.
Oczywiście, taki sukces, w postaci udanego dzieła w bardzo trudnym gatunku, nie bierze się znikąd. Podobnie jak w przypadku „SybirPunka” tak przekonujące oddanie realnych elementów nie byłoby możliwe bez tytanicznej pracy przy researchu, którą pisarz musiał wykonać. Tym bardziej, że „Błoto” to całkowicie odmienny czas i rejon kulturowy niż Rosja przyszłości z „SybirPunka”.
Narracja jest tak dynamiczna i plastyczna, że bez problemu przeniosłem się w świat przedstawiony i audiobooka wręcz połknąłem. Filip Kosior dał radę! Jedyne, czego żałuję, to że głównym bohaterem nie jest Polak. W końcu po obu stronach Wielkiej Wojny nasi brali czynny udział, co niemal nie ma odbicia w naszej świadomości historycznej. Polecam na przykład historię drugiego i trzeciego w dziejach niemieckiego wojska szturmu z użyciem masowego ataku gazowego, jakie miały miejsce niedaleko Skierniewic, w których jak zwykle, i po stronie zwycięzców, i ofiar, byli Polacy. No, ale z założeń fabuły powieści, a jeszcze bardziej cyklu powieściowego, wynikało, że protagonistą musiał być Niemiec. Może to i dobrze…
Oczywiście, nie jest to powieść dla każdego. Steampunk to specyficzny kanon, więc jeśli nie jesteście jego fanem, nie polecałbym od „Błota” zaczynać poznawania dorobku Michała Gołkowskiego. Dla mnie jednak była to bomba, chociaż za tym podgatunkiem fantastyki nie przepadam. I choć „SybirPunka” oceniam wyżej; w końcu steampunk to nie cyperpunk, a ja w SF wolę więcej science niż fiction, to już nie mogę się doczekać drugiej części „Stalowych szczurów”. Polecam gorąco.
Rok 1922. Dalej trwa I Wojna Światowa. Nadzieje o jej zakończeniu w 1918 prysły niczym stanowisko ckm zmiecione pociskiem artyleryjskim. Cesarstwo Niemieckie dalej zaciekle stawia opór państwom Ententy i zadaje im brutalne ciosy. Obydwie strony wysyłają do walki nowe wynalazki i zaawansowane machiny bojowe, ale gdy technologia idzie naprzód, taktyka pozostaje ta sama zaś ciężar wojny dalej dźwigają żołnierze. Kąpiący się w błocie, czołgający się między zwłokami, miotający granaty i przekleństwa, zdychający w własnych wnętrznościach, żyją od szturmu do szturmu. Najgorzej mają niemieckie kompanie karne, złożone z skazanych na śmierć morderców, gwałcicieli, złodziei, podpalaczy i dezerterów. Wysyła się je na misje z których się nie wraca, na wycieczki z biletem w jedną stronę. Książka opowie losy takiej właśnie niemieckiej kompanii szturmowej, dowodzonej przez prawdziwego psa wojny, Kapitana Wilhelma Reinhardta pod którego rozkazami służą grenadier-filozof Otto, wulgarny operator miotacza ognia Siggy, socjopatyczny nożownik Egon oraz wiele innych szturmowców-indywidualistów. Wszyscy razem będą musieli stawić czoła wielu przeciwnikom i niebezpieczeństwom wojny w czasie swojego straceńczego rajdu na tyły wroga. Ale dla nich to chleb powszedni bo wszyscy są weteranami a prowadzi ich prawdziwy kochanek wojny który codziennie patrzy śmierci w oczy.
Zalety - Idealnie odwzorowane realia I Wojny Światowej. - Kapitalnie zarysowane i skonstruowane postacie, głębokie i interesujące. - Fabuła z początku wyglądająca na wojenną powoli zamienia się w iście szatańską intrygę. - Klimat, klimat i jeszcze raz klimat, poczujecie się jakbyście razem z postaciami czołgali się przez błoto między trupami, odganiali szczury, szukali osłon przed ogniem wroga, kąpali się we krwi i starali przeżyć w okopach I Wojny - Ciekawe, zabawne i ogólnie przyzwoite dialogi.
Wady - Melduję iż nie odnaleziono Herr Kapitan !
Link do mej recki na mej stronce o tematyce geekowskiej :)
Do tej pory znałem "stalkerskie" dokonania literackie Autora, tutaj sięgnąłem po "coś innego", co wyszło spod tego samego pióra.
Stalowe Szczury - od tytułowego błota okopów po blichtr salonowych przyjęć. Bardzo pozytywne zaskoczenie! A właściwie nie tyle zaskoczenie, co dużo pozytywnych emocji podczas czytania. Autor tworzy świat mający w jakiś sposób odwzorowanie w historii, kreuje wspaniałe postacie o mocnych charakterach i silnych osobowościach.
Bardzo podoba mi się ogrom pracy włożonej w książkę. Materiał jaki trzeba było przekopać, żeby umieścić go "mimochodem" w książce, jakby to było coś oczywistego - robi duże wrażenie. I to wszystko jest tylko tłem dla zmagań głównych bohaterów (wbrew pozorom, nie jest to tylko postać Reinhardta); maszyny wojenne "ówczesne", no może troszkę podrasowane fabularnie, realia wojskowych strategii tamtych czasów, mundury i uzbrojenie - Panie Gołkowski gratulacje!
Ciekawie przetykane fabularnie sceny, budowane przez autora napięcie i zakończenie, które sprawia, że na pewno sięgnę po drugą część. Fanom Wielkiej Wojny (i nie tylko!) zdecydowanie polecam!
Pałam do pana Gołkowskiego niezwykłą sympatią, bo mam wrażenie, że w jego tekstach widać to, że jest totalnie zajarany tym, co tworzy. Po "Ołowianym świcie" chciałem zrobić sobie swoiste porównanie uniwersów. Nie zawiodłem się. Mamy tutaj do czynienia z reimaginacją Wielkiej Wojny. Autor jak zwykle nie zawodzi w żadnym aspekcie przedstawionych opisów batalistycznych. Jest dużo krwi, dużo brudu i mnóstwo szczegółowych, geekowskich wręcz opisów sprzętu. W porównaniu do uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a nie ma tutaj wrażenia korytarzowości, co jest zdecydowanym plusem. Widzę w "Błocie" jednak dwa problemy. Nagromadzenie tak dużej ilości niezbyt odznaczających się bohaterów totalnie rozmyło obraz ich jako drużyny. Wszystko stało się na tyle nieodznaczające się, że ciężko było nadążyć za chronologią. Ale nie zmieniło to nic w aspekcie rozrywkowym tej pozycji. Bazując na cliffhangerowym zakończeniu spodziewam się naprawienia tego babola w następnych tomach. Cud miód i orzeszki, będę czytał dalej.
Nawet ciekawa historia z życia Karnej Kompanii w świecie "końca" I Wojny Świtatowej. Jest dużo akcji z całkiem porządnymi opisami potyczek, jest tajemniczy dowódzca i trochę ciekawych postaci do śledzenia i ciągle wiszące w powietrzu napięcie, dzięki czemu ksiązki sluchało mi się bardzo przyjemnie. Jedyne czego było tam moim zdaniem za dużo, to słowo "bynajmniej", które autor w pierwszej części książki namiętnie stosował przy każdej nadarzającej się sytuacji. Ale to tylko ja, ostatnio to słowo ciągle pcha mi się w oczy i mam go już serdecznie dość ;)
Nie spodziewałem się że książka wojenna może mi się jakkolwiek spodobać. A okazuje się że podobała mi się bardzo. W książce można się zastanawiać do samego końca na ile rzeczy które widzą bohaterowie są realne i czy książka zakrawa o fantasy. Książka w pewnym momencie wciąga fabułą i trzyma do samego końca w napięciu. "pół książki chłopa o samochodach i dwa słowa o babie" tutaj autor odwalił majstersztyk w tym co można wymyślić w tym temacie i mnie po prostu to strasznie bawi.
Książka świetnie oddaje realia I wojny światowej, pomimo tego że dzieje się w alternatywnej rzeczywistości. Minusem bądź plusem (kto jak lubi) są bardzo długie oraz bogate opisy otocznie pełne porównań (podobnie jak u Tolkiena). Opisy te pozwalają się wczuć bardzo dokładnie w otoczenie, ale momentami wydają się być zadługie. Postacjie są barwne, charaktery są idealnie dopasowane do czasów i otoczenia.
No i ten cykl Gołkowskiego podoba mi się dużo bardziej niż o Zahredzie. Cała plejada ciekawych postaci, akcja praktycznie non-stop już od pierwszej strony. Czyta się szybko i przyjemnie, a zakończenie daje nadzieję na równie dobrą kontynuację. No i genialna okładka, jedna z lepszych jakie w życiu widziałem. Na pewno sięgnę po kolejne tomy.
Jak w najprostszy sposób ocenić czy książka z danego cyklu ci się spodobała? Wystarczy zmierzyć poziom irytacji związany z brakiem kolejnej części. Po przeczytaniu ostatniej strony Tańca ze smokami powiedziałem sobie, że nigdy w życiu nie zacznę żadnej sagi, cyklu, serii, która nie będzie miała jasno określonego początku i zakończenia. Dlaczego zatem uległem i dałem „zmieszać się z Błotem”? Wydaje mi się, że nie dawałem tej historii większych szans. Ot, przeczytam i zapomnę lub porzucę ją bezceremonialnie w połowie mówiąc „kończ waść, wstydu oszczędź” Myślałem, że bardzo dobre wydanie od strony graficznej ma na celu odciągnąć uwagę od kiepskiej jakości treści. Jednak w swym roztargnieniu zapomniałem o niegdysiejszej fascynacji między innymi I wojną światową. Zapomniałem również o tym, że cały czas siedzi we mnie coś z małego chłopca wychowanego na filmach typu: Parszywa 12, Działa Navarony czy seria o Bondzie na Gwiezdnych wojnach kończąc. Chyba to najbardziej wpłynęło na to, że książka mnie wciągnęła i pochłonąłem ją w mgnieniu oka. Nie jest to literatura, która zmusza do refleksji nad bezsensownością wojny, nad je brutalnością. Możliwe, że odrobinę się stara lecz nie to jest clou programu. Akcja pędzi od jednego załomu transzei do kolejnego. Krew zmienia ziemię w błoto, gaz wypiera powietrze do oddychania, a trup ściele się gęsto. Brniemy przez to wszystko z oddziałem kompanii karnej na której czele stoi kapral „Herr Kapitan” Reinhardt. To on przykuł moją uwagę. Tajemniczy, diablo inteligentny i oszpecony paskudną raną na twarzy, którą skrywa pod srebrną protezą. Takie połączenia Dartha Vadera z Admirałem Thrawnem z sagi gwiezdnych wojen. Jeśli do tego dodamy kompanijny wachlarz straceńców mamy przepis na idealną historię do sfilmowania a la wcześniejsze tytuły czy bękarty wojny. Jest tu akcja, trochę patosu (tyle ile trzeba), bohaterzy doktórach idzie się przywiązać. Jeżeli szukasz czegoś poważnego i z przesłaniem to Stalowe szczury omiń szerokim łukiem, jeśli zaś szukasz rozrywki w czystej postaci i jesteś fanem starych amerykańskich filmów wojennych to jest to pozycja dla ciebie.
Panie Gołkowski. Dziękuję za obudzenie tego małego chłopca!
„So führe uns, du bist bewährt; In Gottvertrau’n greif’ zu dem Schwert! Hoch Wilhelm! Nieder mit der Brut! Und tilg’ die Schmach mit Feindesblut!”
„Veď nás , ukaž nám cestu; s mečem v ruce s vírou v Boha! Ať žije císař" zhyne nepřítel! hanbu smyjeme krví nepřátel!”
Die Wacht am Rhein („Stráž na Rýnu”), německá vlastenecká píseň
Velká válka jak nazývali současníci válu, kterou my známe jako první světovou není v literatuře moc často zpracovaná. Z pohledu Francouzů ji popsal Henri Barbusse v románu Oheň a z pohledů Němců E. M. Remarque v profláklé Na západní frontě klid. Michał Gołkowski se rozhodl do tohoto zatuchlého rybníčku vnést trochu svěžího vzduchu a zpracovat tento námět moderně a svěže. Prostě ubrat z Remarqua něco levičáckých mouder a nadopovat ho slušnou dávkou kulhánkovských genů. A kurwa, celkem se mu to povedlo. Ocelové krysy sice nedosahují geniality autorových knih z prostředí běloruských stalkerů ale i bez toho jde o nadprůměrný akční příběh ze zajímavého prostředí. A pochvalu si zaslouží i grafické zpracování knihy. A nejde nezmínit i to, že v tomto žánru se moc často nesetkáváme s tím, že by v knize byly nějaké ilustrace i v samotném obsahu knihy. Většinou se nakladatelství omezí pouze na obálku. Samotné peklo zákopové války je mistrně vylíčeno a nevelká skupiny německých vojáků z trestního oddílu na západní frontě vám brzy přiroste k srdci. Včetně hlavního hrdiny, tajemného kapitán Reinhardta, který se svou stříbrnou protézou (půlky obličeje) a chladnou rozhodností připomíná teutonského androida. realistické líčení bojů v zákopech Velké války je šikovně smícháno s fantaskními prvky, trochou té hororové atmosféry a náznaky konspiračních teorií. V závěru příběhu je zázračně „vyzvednut” z bahna zákopů aby mohl smýt reálné i pomyslné bláto a jako znovuzrozený germánský mesiáš, kterému jsou odpuštěny nespecifikované hříchy minulosti , nastoupit k misi, která změní dějiny.