Maven Namgung nienawidzi poniedziałków. Zwłaszcza tych, które zaczynają się od jednego telefonu zdolnego uruchomić wszystkie systemy alarmowe w jego perfekcyjnie poukładanym życiu. Gdy zaniepokojony głos dziadka zmusza go do powrotu do Wineley – miasteczka, które od lat omija szerokim łukiem – Maven rzuca miejską klinikę i świat, w którym czuje się bezpiecznie. Dla dziadków zrobiłby wszystko. Nawet wrócił tam, gdzie nigdy nie chciał postawić stopy.
Na miejscu czeka go szok. Dziadkowie… zniknęli. Wyruszyli w podróż życia, zostawiając zamknięty gabinet weterynaryjny, wiejskie zwierzęta i wnuka postawionego pod ścianą. Maven – specjalista od domowych pupili – ma zająć się krowami, kurami i całym chaosem, którego szczerze nie znosi.
Wineley to wszystko, od czego uciekał, a każdy dzień utwierdza go w przekonaniu, że to miejsce jest pomyłką. Aż do chwili, gdy na jego drodze staje Elodie – uśmiechnięta blondynka – i jej rezolutna córeczka Lottie. Wkraczają w jego uporządkowaną rzeczywistość bez pytania, z ciepłem, którego nie planował i którego panicznie się boi.
Czy jeden uśmiech wystarczy, by skruszyć mury, które Maven budował latami? Czy miasteczko, którego najbardziej nienawidzi… okaże się miejscem, w którym odnajdzie to, za czym tak naprawdę tęsknił?
KOCHAM! Specjalnie nie czytałam na wattpadzie, żeby na papierze mieć lepsze wrażenie i Amelka (jestem mega dumna! 💓) stworzyła taką słodką historię, pełną ciepła i spokoju. Bardzo to do mnie trafiło. Tyle słodyczy i komfortu pomiędzy stronami, a równocześnie sama Lottie była takim słodziakiem. Czekam na jej książkę!
trochę mnie wynudziła ta książka 🙈 bardzo dużo opisów i powolne tempo sprawiło, że czytałam ją dość długo i do końca nie potrafiłam się wkręcić w tą historię. plus za slow burn, relację lottie z mavenem i sam klimat miasteczka, ale te ciotki, ich plotki i wtrącanie się w nie w swoje sprawy niesamowicie mnie irytowały. biorę też poprawkę na to, że to był debiut, ale nie porwała mnie ta książka jakoś bardzo
Kocham, kocham, kocham... Ta książka rozgrzała moje serce i wycisnęła masę łez 🥹❤️ Maven i Elodie są tacy słodcy, a już nie wspomnę o Lottie. Zdecydowanie czekam na historię Charlotte i Marshalla. Nie umiałam się oderwać ❤️❤️
Jakiś czas temu miałam okazję czytać jedną z książek Amelii na wattpadzie i już wtedy bardzo spodobał mi się styl pisania autorki, ale i zamysły fabularne, dlatego też czekałam z ogromną niecierpliwością na „Każdy twój uśmiech” bo bardzo się na nią nakręciłam i po prostu chciała, żeby się pojawiła na legami, żebym mogła ją czytać i powiem wam, że nie zawiodłam się! Bawiłam się podczas czytania naprawdę przednio i mam nadzieje, że inne książki z uniwersum również doczekają się swojej papierowej wersji!
Tak jak wspomniałam wcześniej styl pisania autorki był przyjemny, lekki ale i wciągający dosłownie od pierwszej strony. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak wkręcona w książek już od pierwszego rozdziału. Czytałam jednej za drugim, żeby tylko dowiedzieć się co wydarzy się dalej, jakie atrakcje Amelka wymyśliła jeszcze swoim bohaterom no i jak całość się zakończy. Cała fabuła też była poprowadzona w świetny sposób, a ja mogłabym czytać o tej trójce bez końca. Nie mogę nie wspomnieć też o tym, że całość pisana jest z dwóch perspektyw, a ja własne takie historie Lubie najbardziej, no i oczywiście nie była bezsensownej dramy na koniec, co też jest ogromnym plusem!
Maven to idealny przykład chodzącego gburka, za to Elodie i Lottie to chodzące słoneczka, i chodź mogłoby się wydawać, że są od siebie kompletnie inny, ale razem tworzyli zgraną parę, a razem z Lottie piękną rodzinę! Od samego początku podobała mi się kreacja zarówno Mavena jak i El, a ich małych krokach ku sobie i pięknej relacji jaką stworzyli mogłabym przeczytać i kolejną książkę, bo opisana została w piękny, delikatny sposób, a sama myśle, że mogę się pokusić, że cała książka może być spokojnie nazwana „Comfort book” i przeze mnie, ale pewnie nie tylko ja mam takie zdanie!
to nie była moja książka, brakowało mi w niej przede wszystkim jakiegoś większego problemu fabularnego, który miałby jakieś znaczenie
ta historia nie powaliła mnie także przez to, że wiele razy powtarzane były te same tematy, praktycznie te same zdania i po którymś razie już miałam dość wspominania, że kendra i rhet tak bardzo skaczą sobie do gardeł, że każdy tylko czeka aż będzie z tego coś więcej, lub że maven tak bardzo się zmienił po przyjeździe do miasteczka, czy powtarzania przez elodie, że lottie to jej największe szczęście
nie mam nic do słodzenia w książkach, nawet to lubię, ale nie gdy tematy i powody tych słodzeń są tak recyklingowane…
ciągnęło mnie, żeby czytać dalej, ale niektóre sceny były przedramatyzowane, na przykład ta z użądleniem przez pszczołę, samo ściągnięcie mavena do miasteczka przez dziadków też było nienaturalne takie jakieś
dziwne też były niektóre monologi w opisach, które smagały tematy podejmowane w książce, ale brzmiały bardzo jak coś przemyconego przez autorkę jako moralny przekaz, trochę mi to tu nie pasowało
co do formy, jakby wyrwać rozdziały i je trochę poprzestawiać, to nie zrobiłoby książce większej krzywdy, bo nie było tu ciągu, który byśmy mogli śledzić, tylko takie powyrywane scenki, bardzo nie lubię tego mówić, ale taki wyrywkowy wattpadowy styl ma ta książka, niektórzy na pewno taki lubią, ale ja wolę coś, co chętniej się śledzi, wiedząc, że jakaś sytuacja może mieć konsekwencje, tutaj tego niestety nie znalazłam
przyjemnie mi się ją mimo wszystko czytało, jeśli ktoś chce przeczytać przesłodzony romans w małym miasteczku z motywem single parent (dla niego głównie sięgnęłam po tę książkę) to myślę, że będzie to nawet git wybór
Mam bardzo sprzeczne odczucia co do tej książki... Niby mi się podobało, czytało się szybko i przyjemnie, a na twarzy czasami pojawiał mi się uśmiech, ale... Jednocześnie sporo drobiazgów nie zagrało, a nazbierało się ich tyle, że nie mogę przejść koło tego obojętnie 🤷🏽♀️
Totalnie nie rozumiem tego "podstępu", aby Maven przyjechał do Wineley. Skoro ma TAK DOBRĄ relację z dziadkami, to dlaczego nie postanowili oni z nim po prostu porozmawiać? W ogóle ta ich relacja średnio została poprowadzona, bo ja jako czytelnik nie poczułam, żeby faktycznie byli dla siebie tacy ważni, jak to było przedstawiane. Możliwe, że się czepiam, ale jak można przez pierwsze 10 stron pisać, jacy to dziadkowie są dla niego ważni i praktycznie się z nimi wychował, aby potem, 5 stron później, wyszło, że nawet nie wiedział o tym, że nie lubią oni kawy. Dosłownie chłop jest w szoku, że jego ukochani dziadkowie piją herbatę.
Takich pierdół było więcej jak to, gdy główna bohaterka zabiera gdzieś Mavena i prosi, by wziął coś na przebranie, a mężczyzna kilka stron później krzyczy do niej, że przecież nie ma nic na przebranie. Swoją drogą ona też nic nie zabrała, a przecież sama wymyśliła to wyjście i mu o tym przypominała.
Postać Cole'a i jego wątek totalnie bez sensu. Nic nie wniosło do fabuły i tylko irytowało. Ciotki przez pierwsze pół książki również przyprawiały mnie o ból głowy.
Za dużo zbędnych i powtarzających się opisów. Niestety powtórzenia są bardzo częste, a słowa nie raz i nie dwa są źle odmieniane bądź mają literówki. Szyk zdania też czasami leżał. No i najważniejsza rzecz — gesty znaczą czasami więcej niż słowa. Naprawdę, nie potrzebuję po raz któryś czytać tego samego monologu czy tłumaczenia oczywistych gestów. Zachowania głównych bohaterów w zdecydowanej większości bronią się same i nie trzeba na siłę ich jeszcze wyjaśniać.
Dialogi niestety w większości były nienaturalne. Monologi również, a było ich sporo. Dodatkowo często były zbędne lub parafrazowały wcześniejsze wypowiedzi.
Bardzo lubię, gdy książki poruszają ludzkie, codziennie problemy. Historie z przekazem są ważne i taki też chyba był zamysł na KTU, ale wyszło... różnie. Pojedyncze sytuacje były hiperbolizowane, a te umoralniające gadki dziwne i sztywne — głównie chodzi o te monologi z poprzedniego akapitu.
Książka sama w sobie jest jednak bardzo słodka. Relacja Mavena z Elodie i jej córeczką Lottie jest przeurocza, a uśmiech czy lekkie wzruszenie towarzyszyły mi praktycznie przy każdej ich scenie. To chyba właśnie El zdobyła najwięcej mojej sympatii.
Zamysł na tę historię bardzo przypadł mi do gustu, a wykonanie trochę w zależności od rozdziału, ale muszę przyznać, że bawiłam się nie najgorzej. Czytało się bardzo szybko, nie musiałam się do tego zmuszać i nie licząc Cole'a, nie uświadczyłam zbędnych dram, co w romansach zawsze mnie cieszy.
Z pewnością sięgnę jeszcze kiedyś po książkę tej autorki, bo widzę potencjał. Większość błędów zdecydowanie mogłaby zostać wyłapana i poprawiona na etapie redakcji, bo nie są one jakieś ogromne. Trochę przykro, że jednak nie udało się tego zrobić, bo KTU wiele by na tym zyskało.
Maven nie spodziewał się, że jeden telefon może skończyć się wywróceniem jego życia do góry nogami. Chociaż przecież był poniedziałek. Dziadkowie ściągają go podstępem do miasteczka, w którym się wychował – Wineley. Jak możecie się domyślać nie jest on wielkim fanem tego miejsca. Po przyjeździe dowiaduje się jednej istotnej informacji - dziadkowie zniknęli. Wyruszyli w podroż życia, a chłopakowi pozostawili pod opieką gabinet weterynaryjny dziadka. Maven nie był tym faktem zachwycony. Jego poukładane życie zostało zaburzone. Miasteczko, które zniszczyło jego dzieciństwo stało się jego domem na kilka najbliższych miesięcy. A jedna plotka, goniła kolejną. Pierwszego dnia pracy wybrał sie, aby zaszczepić świnki. Co mogło pójść nie tak? No wiecie trzeba je złapać. Spotkał tam dwójkę dzieci - Lottie i Marshalla, którzy w dość dosadny sposób uświadomili doktorkowi, że nie ma pojęcia, jak wykonać swoją pracę. Dziewczynka pobiegła po swoja mamę, aby ta pomogła weterynarzowi. Tak poznajemy Elodie. Jest ona samotną mamą, która prowadzi swoją cukiernie i nie boi się ubrudzić sobie rąk. Pomaga w łapaniu świnek, oraz zostaje w głowie naszemu Mavenowi. Zapytacie, co połączyło naszych bohaterów? Ból. Niestety dla obojga los nie był łaskawy. Plotki, zdrada, rodzina. Ale chyba dadzą rade, prawda? Muszę wspomnieć o tym jak książka jest pięknie wydana. Kolory oraz barwione brzegi z nadrukowanymi świnkami totalnie do mnie przemówiły! Postać Mavena była kreowana na wielkiego gbura, gdzie uważam, że może w pierwszych rozdziałach to była prawda, ale dość szybko poszło to w nie pamięć. Dużym plusem książki była postać Lottie. Jej spojrzenie na świat i rozmowy z Mavenem sprawiły, że czekałam na jej pojawienie w książce. Minusem dla mnie było to, że praktycznie, co rozdział czułam się jakbym czytała o tym samym. Ciągle było podkreślane jak to, co wydarzyło się sie w przeszłości skrzywdziło Mavena. Napięcie było budowane przez cała książkę, ale w wyjaśnieniu dostaliśmy tylko jeden rozdział. Brakowało mi rozwinięcia tej sytuacji. Oczekiwałam po prostu, że po takim napięciu dostaniemy po prostu więcej wyjaśnienia. To samo miało miejsce z wydarzeniami z przeszłości Ellodie. Jeden rozdział to za mało. Przynajmniej dla mnie. Bardzo chciałam dowiedzieć się więcej o ich przeszłości. Styl autorki jest przyjemny do czytania. Podsumowując. Książka mi się podobała. I na pewno sięgnę po kolejną, aby poznać losy….;) [współpraca reklamowa]
𝐭𝐲𝐭𝐮ł: Każdy Twój Uśmiech 𝐚𝐮𝐭𝐨𝐫: Amelia Nowińska 𝐨𝐜𝐞𝐧𝐤𝐚: ♾️/5 ⭐️
| współpraca reklamowa/patronat medialny |
𝐇𝐞𝐣𝐤𝐚, 𝐳𝐚𝐩𝐫𝐚𝐬𝐳𝐚𝐦 𝐰𝐚𝐬 𝐧𝐚 𝐫𝐞𝐜𝐞𝐧𝐳𝐣𝐞̨ 𝐩𝐚𝐭𝐫𝐨𝐧𝐚𝐜𝐤𝐚̨ !!
Na samym początku chciałabym po raz kolejny ogromnie podziękować Amelce za tak wielką szansę, jaką mi dała. Nigdy nie będę w stanie wyrazić swojej wdzięczności, bo możliwość bycia częścią tak pięknej historii to spełnienie moich marzeń. 🥹🩷
„Każdy Twój Uśmiech” to książka, którą chciałam przeczytać, jeszcze jak była dostępna na wattpadzie. Lecz niestety mi się to nie udało, więc wtedy pozostało mi tylko czekanie na premierę. Ale dzięki Amelce dostałam szansę poznania tej cudownej historii wcześniej.
A teraz chciałabym wam przedstawić bohaterów, którym oddałam całe swoje serce.
On miał zostać tutaj tylko na chwilę. Dla niej najważniejsza była córeczka. Co wyniknie z relacji tej dwójki? Czy któreś z nich zostanie ze złamanym sercem? A może uda im się znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu, na końcu będzie czekać na nich upragnione szczęśliwe zakończenie?
Elodie Sanders to młoda kobieta mieszkająca w małym, uroczym miasteczku. Samotnie wychowuje małą córeczkę i prowadzi swoją cukiernię. Wszyscy mieszkańcy ją wręcz uwielbiają. Ja również ją pokochałam. Elodie to bohaterka, która nie miała łatwego życia, ale ma bliskich, na których zawsze może liczyć. Ogromnie ją podziwiam, bo stara się jak może, aby być najlepszą mamą dla Lottie, choć nie raz łapią ją myśli, że zawiodła. Jej życie kręci się tylko wokół córeczki i cukierni, nie ma czasu dla siebie. Wszystko zmienia się, gdy w miasteczku pojawia się mężczyzna, który już od pierwszego spotkania ją zaciekawił. Każde kolejne sprawia, że między nimi zaczyna pojawiać się uczucie, które nie tak łatwo będzie można zignorować.
Maven Namgung to mężczyzna, który mieszka w mieście i razem z najlepszym przyjacielem prowadzi klinikę weterynaryjną. Całe jego życie zmienia się po jednym telefonie od dziadka, który podstępem ściąga go do miasteczka, które w dzieciństwie znienawidził. Maven to bohater, którego od razu pokochałam. Choć na początku był sceptycznie nastawiony do wszystkiego w Wineley, tak z czasem przypomniał sobie, że kiedyś kochał to miasteczko. Lecz blizny przeszłości nie dają mu zapomnieć o tym, dlaczego jego miłość przerodziła się w nienawiść. Jednak w zapomnieniu pomoże mu pewna młoda kobieta i jej urocza córeczka. Ta dwójka na nowo ożywi w nim uczucia, które on skrył za grubym murem.
Elodie i Maven to bohaterowie, których pokochałam od samego początku. Elodie to promyczek, który z każdym dniem rozświetlał świat Mavena coraz bardziej. Ich relacja rozwijała się powoli. Drobne gesty, jakie inicjował Maven, dla Elodie znaczyły wiele. Żadne z nich się nie spieszyło, choć wiedzieli, że zbliża się nieuchronne pożegnanie. Przecież Maven miał zostać tutaj tylko na 4 miesiące i wrócić do swojego dawnego życia, a dom Elodie jest właśnie tutaj…
Charlotte Sanders to bohaterka, która zasługuje na całą miłość. Ta dziewczynka to największa słodziara tej książki. Nie ma osoby, która by jej nie pokochała. Idealnym przykładem jest Maven, który nie sądził, że ta mała tak bardzo skradnie jego serce, a wystarczyło, że Lottie go o cokolwiek poprosiła, a on bez zastanowienia na wszystko się godził.
Muszę wam jeszcze wspomnieć o trójce cudownych i bardzo ważnych bohaterów. Kendra to najlepsza przyjaciółka naszej El. Te dziewczyny zawsze trzymają się razem i są dla siebie ogromnym wsparciem. Dziadkowie Mavena to najukochańsi ludzie jakich poznałam. Są tak ogromnym wsparciem dla niego, nawet jeśli on mówi, że poradzi sobie ze wszystkim sam. Ale w głębi serca dobrze wie, że oni nigdy go nie zawiodą i zawsze przy nim będą.
Styl pisania Amelki jest tak przyjemny, że jej historie mnie po prostu pochłaniają. Gdy je czytam zapominam o całym świecie i jedyne, o czym myślę to, aby one nigdy się nie kończyły. W każdej jej następnej książce zakochuje się jeszcze bardziej, chodź myślałam, że bardziej się już nie da.
Są takie historie, których nie chce się kończyć. „Każdy Twój Uśmiech” stała się jedną z nich. Nie chciałam się żegnać z tymi bohaterami, miasteczkiem i całym klimatem. Chciałam już na zawsze pozostać w Wineley. Niestety każda piękna historia kiedyś będzie musiała dobiec końca. Pożegnanie było bolesne, ale wiedziałam, że w każdej chwili będę mogła po prostu wrócić i po raz kolejny się zatracić. Wierzę, że tak jak ja odnajdziecie w tej historii ciepło, które ogrzeje wasze serca i zapewni wam niezapomniane wspomnienia, a bohaterowie skradną wasze serca. 🥹🩷 𝐝𝐨 𝐧𝐚𝐬𝐭𝐞̨𝐩𝐧𝐞𝐠𝐨 𝐊𝐚𝐫𝐨𝐥𝐤𝐚 ♥
"Przeznaczenie miało to do siebie, że czekało, aż człowiek je dostrzeże i zrozumie, że kolej na zrobienie ważnego kroku. Ja tak właśnie postąpiłem, a tym samym stałem się najszczęśliwszym mężczyzną we wszechświecie."
Maven w ciągu jednej chwili zmienił swoje życie tylko i wyłącznie dlatego, że poprosili go o to dziadkowie którzy byli dla niego wszystkim. Oczywiście nie obyło się bez podstępu, ale kto by tam o tym pamiętał. Elodie samotnie wychowuje córeczkę, a przy tym jest niesamowicie miłą i uczynną osobą. Pomimo tego kobieta ciągle ma wątpliwości czy dobrze zajmuje się swoim dzieckiem.
Fabuła jest niesamowicie lekka i przyjemna. Jest to komfortowa historia przy której można odpocząć i zrelaksować się, a tym samym poznać bohaterów których po prostu od razu się lubi. Autorka stworzyła uroczą i cudowną historię z bohaterami którzy rozbawiają, ale i rozczulają.
Najlepsza jest relacja pomiędzy głównym bohaterem, a córeczką głównej bohaterki. Mężczyzna pomimo tego, że nie miał do czynienia z dziećmi obchodził się z nią tak cudownie i w tak delikatny sposób, że ten motyw robi świetną robotę. Facet który przebiera się za księżniczkę i pozwala jej się umalować jest top of the top.
"Każdy twój uśmiech" to historia która pokazuje nam jak jedna osoba może popchnąć nas do działania i zmienić całe nasze życie. Tak było w przypadku głównego bohatera, który niespodziewanie pojawił się w miasteczku i musiał zostać w nim przez cztery miesiące, aby zająć miejsce swojego dziadka w klinice weterynaryjnej. To zmieniło całkowicie jego życie i otworzyło mu oczy na rzeczy które wydawały mu się do tej pory nieosiągalne.
Maven trafia do małego miasteczka Winely zupełnie wbrew swojej woli, za sprawą intrygi dziadków. Przez cztery miesiące ma zajmować się lokalną kliniką weterynaryjną, a nienawidzi tego miejsca od dzieciństwa. Wszystko go denerwuje, wszyscy go irytują i ma wrażenie że nie może się tam odnaleźć. Przy pierwszym zleceniu poznaje Elodie, samotną matkę czteroletniej córeczki Lottie i to właśnie od tego momentu zaczyna się coś, co powoli zmienia jego nastawienie.
Relacja między głównymi bohaterami buduje się powoli i z wyczuciem. Chemia jest, przyciąganie jest i czuć że autorka zadbała o to żeby nie pójść na skróty. To zdecydowanie plus.
Absolutnym sercem tej książki okazała się relacja Mavena z małą Lottie.Była przeurocza, naturalna i naprawdę ciepła. Uwielbiam takie wątki.
Muszę wspomnieć o tych miejscowych kobietach, które doprowadzały mnie do szału. Rozumiem klimat małego miasteczka i plotki, ale tutaj momentami było to już naprawdę przesadzone. Obgadywanie, ocenianie, takie zwykłe podcinanie skrzydeł.
Klimat małego miasteczka jest za to świetnie oddany.Miejsca i czas akcji mają ręce i nogi, bohaterowie są dopracowani i nie są mdłymi kreaturami bez charakteru.
Jedyne czego mi brakowało to trochę więcej głębi w kluczowych momentach. Były chwile kiedy chciałam poczuć więcej bólu, więcej wątpliwości, więcej tego czegoś co sprawia że historia zostaje na długo.
To nie jest historia z bardzo rozbudowaną fabułą, raczej skupia się na relacjach i codzienności.
Jeśli szukasz książki bez większych zobowiązań, czegoś ciepłego i lekkiego co po prostu dobrze się czyta, ta historia jest właśnie dla ciebie 🐷🩷
Jest to jedna z tych historii, które mają w sobie coś bardzo spokojnego i kojącego. Taki typ książki, przy której siadasz wieczorem „na chwilę”, a finalnie czytasz dalej tylko dlatego, że po prostu dobrze się w niej czujesz.
Najbardziej urzekł mnie klimat małego miasteczka i relacja między bohaterami. Wszystko rozwijało się powoli, naturalnie i bez niepotrzebnych dramatów, co było ogromnym plusem. Maven początkowo wydaje się chłodny i zamknięty w sobie, ale z czasem pokazuje dużo bardziej miękką stronę, a Elodie i Lottie wnoszą do tej historii mnóstwo ciepła. Szczególnie Lottie totalnie skradła moje serce. Jest takim małym promyczkiem.
Bardzo podobał mi się też motyw weterynarii i zwierząt, bo dodawał tej historii jeszcze więcej uroku i takiego sielskiego klimatu. Całość momentami naprawdę otulała jak ciepły koc, a styl autorki sprawia, że przez książkę po prostu się płynęło.
Jednocześnie zabrakło mi trochę większej głębi i emocji, które mocniej by mnie poruszyły. Fabuła była przewidywalna, a ja szukam w książkach mocnych emocji, które aż mną zawładną. Mimo wszystko to naprawdę przyjemny, komfortowy romans z cudowną atmosferą, idealny na spokojny wieczór.
Na pewno dla wielu z was ta książka może wydawać się infantylna, bo trochę taka była i do momentu, w którym nie zobaczyłam gdzieś porównania jej do manhwy, to byłam pod wrażeniem tak fajnego wbicia się w fabułę. Niestety tak uderzające podobieństwo jest dla mnie w książkowie trochę faux pas. Co innego się zainspirować, a co innego przepisać scenę 1:1. Niemniej szukałam pozytywów i trochę ich znalazłam. To serio fajny slow burn dla mało wymagających czytelników. Można się świetnie bawić przy tej książce i to jest całkowicie cool. Porusza ważne i niecodzienne tematy, które są dla wielu osób powodem do wstydu. Wiecie, w końcu Maven pokochał nie jedną, a dwie kobiety i jedną z nich traktował jak własną córkę, mimo że nie miał z nią nic wspólnego – i tu duże brawa, no ale jednak niesmak pozostaje. Książka trafia do kategorii „No spoks książka, ale drugi raz nie przeczytam”, dlatego otrzymuje 2,5 gwiazdki za treść i 4 za wygląd okładki, bo akurat wydana jest świetnie.
“Każdy twój uśmiech” skradł nie jeden mój uśmiech w trakcie czytania!!
Jest to moja pierwsza styczność ze stylem pisania Amelii i muszę powiedzieć, że był on przyjemny do czytania, chociaż nie jest to styl, który jakoś bardzo mi podpasował.
Miałam obawy, że nie będzie to książka dla mnie, ponieważ osobiście czasem mam problemy z przesłodzonymi historiami. Jednak “Każdy twój uśmiech” pomimo, że jest bardzo uroczy i bardzo słodką książką to nie wywołała ona u mnie negatywnych emocji.
Zakochałam się w miasteczku w którym dzieje się akcja!! W trakcie czytania, byłam otaczana wiosenno-letnim klimatem, co kocham w książkach. Elodie skradła moją sympatię swoim urokiem i dobrocią, ale największe wrażenie zrobił na mnie Maven, który jest chodzącą green flag i no co mogę powiedzieć - zawładną moim sercem.
to jest absolutnie jedna z moich ulubionych książek 🥹 kocham w niej wszystko, zaczynając od postaci kończąc na wydaniu książki. maven😭🙏🏻 potrzebuje takiego moje ulubione duo to Marshall i Lottie 🥹 found family w tej książce jest niesamowite, klimat 😭🙏🏻 po prostu WSZYSTKO JEST IDEALNE relacja Mavena i Elodie - o wow. CZUŁAM NA WŁASNEJ SKÓRZE TO NAPIĘCIE, nie mogłam się przestać uśmiechać, no naprawdę... (ps ten reread był mi tak potrzebny 🙏🏻❣️)
Każdy twój uśmiech na zawsze pozostanie częścią mojego serca. Pokochałam tę historię za prawdę, jaką niesie, i za łzy, które przy niej wylałam - bo nie wszystkie były ze smutku.
Gdyby nie to, że mam przesyt słodkości w moim życiu czytelniczym to bym pokochała to bardziej, ale tak to serio jedna z przyjemniejszych książek, które czytałam ostatnio.
Bardzo słodki i przyjemny romans. Jak otulający kocyk potrafi naprawić każdy zły dzień. Wciągnęłam się w fabułę od początku, a koniec był jeszcze lepszy. Polecam każdemu. 🌞