Ta książka stawia pytania, których nie chcemy sobie zadawać: co jeśli rodzic nie jest świętością? Co jeśli matka nie jest uosobieniem dobra i bezpieczeństwa, tylko źródłem strachu, poczucia winy i systematycznego niszczenia?
Matka nikt to opowieść o relacji, w której miłość zostaje zastąpiona kontrolą, a miejsce bliskości zajmuje pogarda. To historia władzy niepotrzebującej przemocy fizycznej, bo wystarczą jej słowa, powtarzane latami, konsekwentnie, aż zaczynają działać jak prawda objawiona: nie jesteś już moim synem, jesteś nikim, jesteś dnem, do niczego się nie nadajesz, twoje życie to bagno.
Te zdania nie znikają wraz z dzieciństwem. One dorastają razem z bohaterem, zmieniają ton i kontekst, ale nigdy nie tracą mocy. Matka nikt pokazuje, co dzieje się z człowiekiem niszczonym dzień po dniu.
Bezlitosna historia przemocy psychicznej – takiej, która nie zostawia siniaków, ale potrafi obrócić świat w ruinę.
Czasem trafiam na książki, które są tak poruszające, że nie wiem co napisać. Odnoszę wrażenie, że żadne słowa nie są w stanie oddać emocji, które towarzyszyły mi w trakcie lektury.
Autor podsumowuje rolę matki w jego życiu. Rolę gorzko-gorzką. Sytuacje bolesne, choć przecież nie nadzwyczajne. Nie ma tu bowiem wielkich czynów, kulminacyjnych momentów. Jest mozolna, nieustępliwa, codzienna czynność współoddziaływania. I niszczenia.
I okładka, która po prostu idealnie oddaje tematykę. Do tego styl, którego ja jestem ogromną fanką, czułam się jakbym rozmawiała z autorem, a nie czytała jego książkę. Niesamowite przeżycie. Piękne w brzydocie doświadczeń.