Sięgnęłam po bestseller Sylwii Chutnik ponieważ bardzo podobał mi się Barłóg Literacki, który prowadziła z Karoliną Sulej. Obejrzałam wszystkie odcinki i zainspirowana recenzjami jakie obie pisarki dawały przeczytanym książkom, radami jakich udzielały ludziom którzy chcą być pisarzami, a także krytyką wobec innych książek/pisarzy, kupiłam kilka książek autorstwa Sylwii, Karoliny i innych polecanych przez nie pisarzy i reporterów. Cwaniary są zachwalane w mediach, był chyba nawet spektakl inspirowany książką. Liczyłam na fajną opowieść pod względem fabuły jak i kunsztu pisarskiego. Recenzja pani Jandy na okładce książki informuje że zachwyciły ja 'krwiste postaci wspaniały język, atmosfera dawnej Warszawy'. No to się skusiłam (nie żebym była jakąś tam zagorzałą fanką Krystyny Jandy).
Jak ja żałuję że przeczytałam tę książkę! Jestem zła i czuję się oszukana. Sylwia Chutnik swoim Barłogiem, w mojej głowie postawiła sobie wysoka poprzeczkę i nie podołała oczekiwaniom.
Po pierwsze postaci są bardzo słabo rozbudowane. Bohaterowie są stworzeni jakby na szybko, ci główni jak i ci drugoplanowi, mam wrażenie że są 'niedokończeni'. Postać jest wprowadzana w opowieść w takim zarysie i taka już zostaje- dwuwymiarowa.
Bardzo chciałam żeby Warszawa w tej książce była jednym z bohaterów, żeby można było odczuć atmosferę starego miasta bo takie książki lubię. Opowieść rozpoczyna się opisem cmentarza na Bródnie i jest nieźle, klimatycznie ale potem to już po łebkach, wplecione nazwy ulic i to wszystko. Nie odczułam atmosfery dawnej Warszawy tylko atmosferę ponurej kamienicznej bramy, w której często przebywa tzw. element społeczny trudniący się zapluwaniem chodników. To nie jest atmosfera dawnej Warszawy, każde wieksze polskie miasto ma takie miejsca po dziś dzień. Słysząc o pięknie oddanej atmosferze starego czy dawnego miasta z jego przyjemnymi i mniej przyjemnymi aspektami, na myśl przychodzi mi Michel Faber i jego 'Szkarłatny płatek i biały'. U niego czuć wilgoć w powietrzu, zapach miasta zimowym wieczorem, słychać stukot końskich kopyt na mokrym od mgły bruku, a jak z komina kłębi się czarny dym to wstrzymujesz oddech. U Sylwii Chutnik Warszawa tak jak i bohaterowie książki zostali potraktowani po macoszemu, niby jest ale tak nie do końca. Da się odczuć miłość autorki do miasta i jego historii ale czegoś jednak brakuje.
Jeżeli chodzi o język to książka ma dobre momenty ale było ich za mało. Do tego Sylwia w swoim pisaniu stosuje zabieg którego nie znoszę i który dosłownie prowadzi do przerostu formy nad treścią. Chodzi o natrętne ciągi porównań albo wymienianie po przecinku słów o podobnym znaczeniu, jest tego mnóstwo, na przykład:
'sam się rozwija, jak grzyb na grzybni, jak kwiat na kompoście, jak pleśń na wilgoci', '... podpisywać ważne dokumenty papierem ściernym, zarazą, dżumą... ', '...zżeranej przez multiplikujące się guzy, przerzuty, wybrzuszenia...'. Takie zabiegi psują opowieść.
Moje wydanie jest w twardej oprawie, marginesy są bardzo szerokie i paginy (tak to się chyba nazywa, możliwe że się mylę- chodzi mi o obszar kartki nad i pod tekstem) są bardzo duże. Czcionka jest duża i odstępy między wierszami też. W moich oczach sprawia to wrażenie jakby ktoś próbował na siłę stworzyć bardziej obszerna książkę. Ludzie podobno 'boją się' krótkich opowiadań i zbiorów opowiadań to może dlatego tak a nie inaczej.
Po krótce, jestem bardzo zawiedziona, pani Sylwia świetnie się zareklamowała swoim 'Barłogiem' ale nie przekonała mnie do siebie jako pisarki. Mam wrażenie że Cwaniary to książka niedopieszczona i pisana w pośpiechu. Na mojej półce z książkami stoi też 'W krainie czarów' ale boję się przeczytać, może kiedyś... Nie mniej jednak chciałabym dodać że bardzo lubię panią Sylwię i to co sobą reprezentuje. Cenię ja za odwagę i poglądy i z przyjemnością słucham jej podcastów.