Sorin ma już wszystko. Karierę, sławę, kontrakty i miliony fanów. Jako wschodząca gwiazda futbolu dokładnie wie, czego chce od życia i jak to osiągnąć. Emocje i serce trzyma poza boiskiem, nie pozwalając, by cokolwiek go rozproszyło.
Aż do dnia, gdy kontuzja przyjaciela sprowadza go do kliniki i stawia naprzeciw niego zamkniętą w sobie lekarkę, która nie ulega ani jego urokowi, ani pozycji. Rozmowa z Aurorą to starcie pełne napięcia, przez które mężczyzna po raz pierwszy czuje, że świat, który tak starannie zbudował, może się zachwiać.
To nie miało prawa się wydarzyć. Nie między kimś, kto żyje w blasku, a kimś, kto nauczył się żyć w cieniu. A jednak… czasem właśnie zderzenie dwóch odmiennych światów przynosi najczystszą harmonię.
Gra, która miała być tylko rozgrzewką, może się okazać najważniejszym meczem życia.
Zanim napiszę cokolwiek o fabule, muszę powiedzieć o stylu. Nie dlatego że fabuła nie zasługuje na uwagę, zasługuje, i to jak, ale dlatego że styl jest tym, co uderza jako pierwsze i nie przestaje uderzać przez wszystkie 365 stron. W trakcie lektury postanowiłam sprawdzić częstotliwość kilku fraz. Było to łatwe, bo czytam na Legimi gdzie jest jakże przydatna opcja "szukaj". I tak: "cisza/milczenie" - 184 wystąpienia "głęboko" w kontekście emocjonalnym - 48 "prawdziwy/prawdziwość" - 33 "pękanie" emocjonalne - 22 "pod skórą" - 17 "rozpadanie" - 8 Ponad 300 powtórzeń sześciu motywów na 365 stronach. Powtarzający się motyw może być świadomym zabiegiem artystycznym. Ale "cisza która nie ciąży" użyta dwukrotnie w tej samej scenie, na sąsiednich stronach, to już nie jest motyw, to jest brak redakcji. Proza jest zbudowana z fraz które brzmią literacko dopóki się im nie przyjrzeć. "Smakowała jak ciepło i niedopowiedzenia." "Cień który chciał zostać zapamiętany." "Serce drżało inaczej. Nie szybko, nie mocno. Inaczej" - definicja przez negację która nic nie definiuje, ale za to brzmi ładnie. Narracja jest pierwszoosobowa, ale bohater regularnie wie rzeczy do których nie ma dostępu. Zna stany emocjonalne innych postaci nie jako interpretację zachowania, ale jako pewnik. To błąd warsztatowy który powtarza się na tyle często że przestaje być drobny. Kilka scen nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Bohaterka siedząca przy stoliku i jedząca hamburgera "przytula kolana do klatki piersiowej." Krzyk z mieszkania na trzecim piętrze jest słyszany przez kogoś siedzącego w samochodzie na ulicy. Policja, której procedury nie istnieją, bo tak jest wygodniej dla fabuły. Logika tej historii konsekwentnie służy efektownym scenom, nie odwrotnie. Postacie podejmują decyzje które nie wynikają z ich charakteru, tylko z potrzeb fabuły. Przypadkowe zbiegi okoliczności zdarzają się dokładnie wtedy kiedy dramatyzm tego wymaga. Trudne emocjonalnie momenty są omijane przez wygodne fabularne skróty. Motywacje bohaterów są deklarowane zamiast pokazywane. Psychologia istnieje jako etykietka, nie jako rzeczywistość. Postacie są zbudowane z jednej cechy każda. On jest gwiazdą, której nikt nie dostrzega "naprawdę" a ona jest zraniona i zamknięta w sobie. Przez całe 365 stron nie wychodzą poza tę jedną cechę. Efekt jest taki, że gdzieś około strony 300 zorientowałam się, że zapomniałam jak bohaterka ma na imię. Musiałam przewinąć do tyłu. Ta książka to klasyczna wydmuszka. Tekst, który ma ambicję bycia romansem, thrillerem i powieścią psychologiczną. Wiele obiecuje, ale pod skorupką jest pusto. No chyba że weźmiemy pod uwagę te wszystkie "pęknięcia", "wchodzenie pod skórę" i "rozsypywanie się". To pierwsze moje zetknięcie z autorką i ostatnie szczerze powiedziawszy. Nie polecam.
Są książki, które czyta się z przyjemnością… i są takie, które sprawiają, że człowiek chce zostać w ich świecie jeszcze trochę dłużej. „A Star in Harmony” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Po zakończeniu tej historii miałam tylko jedną myśl - dlaczego to już koniec? Bo gdy poznacie Sorina i Aurorę, naprawdę trudno będzie się z nimi rozstać.
„A Star in Harmony” to spin-off dylogii „Bracia Ashworth”, a jednocześnie mój drugi patronat u Mistowej. Po przeczytaniu tej dylogii byłam niesamowicie ciekawa tej historii i powiem wam jedno - absolutnie się nie zawiodłam. Wręcz przeciwnie… dostałam historię, która ponownie wciągnęła mnie w ten świat i przypomniała, dlaczego tak bardzo lubię twórczość tej autorki.
Na początku oczywiście chcę podziękować A.P. Mist, naszej matce Sigmie, która po raz kolejny dała mi szansę wziąć jej książkę pod swoje skrzydła patronackie. Jestem za to ogromnie wdzięczna. To naprawdę niesamowite móc obserwować rozwój historii, które pokochałam, i mieć w tym swój mały udział.
Historia skupia się na Sorinie, którego jeszcze w dylogii poznajemy jako małego chłopca. Tutaj spotykamy go już jako dorosłego mężczyznę - wschodzącą gwiazdę futbolu, prawdziwego „złotego chłopca”, jak nazywają go media. Jego życie to ciągłe treningi, wywiady, błyski fleszy i ogromna presja związana ze sławą.
Podczas pobytu w klinice jego drogi krzyżują się z Aurorą - zamkniętą w sobie lekarką, która jest bardzo uprzedzona do sportowców i konsekwentnie trzyma Sorina na dystans. Ona jest zdystansowana, opanowana i skupiona na pracy. On - przyzwyczajony do uwagi ludzi i świata pełnego kamer. Ich światy zderzają się w najmniej oczekiwanym momencie. I właśnie to zderzenie dwóch zupełnie różnych rzeczywistości jest jednym z najmocniejszych punktów tej historii.
Muszę zacząć od ich relacji, bo została poprowadzona naprawdę świetnie. To nie jest historia, w której bohaterowie spotykają się i od razu wszystko staje się idealne. Ich relacja rozwija się powoli, naturalnie i bardzo autentycznie. Najpierw pojawia się dystans, nieufność i różnice między nimi. Dopiero później zaczynają się rozmowy, drobne gesty i momenty, które sprawiają, że Aurora powoli zaczyna dopuszczać Sorina do swojego świata. To właśnie ta powolność sprawia, że czytając naprawdę czuć rozwój ich uczucia. Każdy kolejny krok ma znaczenie i sprawia, że coraz bardziej kibicuje się tej dwójce.
Bohaterowie zostali wykreowani w sposób, który naprawdę zapada w pamięć. Sorin jest wschodzącą gwiazdą futbolu - jego życie to ciągłe wywiady, paparazzi i ogromna popularność. A jednak mimo tej sławy nie zatracił siebie. Poza boiskiem i z dala od kamer jest cichym, troskliwym i bardzo spokojnym mężczyzną. Widać w nim ogromne serce, empatię i cierpliwość. I powiem wam szczerze… to naprawdę materiał na faceta marzeń.
Aurora natomiast jest lekarką, którą pacjenci często określają jako chłodną i zdystansowaną. Jest skupiona na swojej pracy, profesjonalna i nie pozwala nikomu przekraczać swoich granic. Z początku może wydawać się surowa i niedostępna, ale im bardziej poznajemy jej historię, tym bardziej widać, że za tą maską kryje się po prostu zraniona kobieta, która w życiu doświadczyła zbyt wiele. Bardzo szybko ją polubiłam i ogromnie kibicowałam temu, żeby w końcu pozwoliła sobie na szczęście.
Styl pisania autorki był dla mnie, jak zwykle, idealny. Historia jest napisana lekko, ale jednocześnie potrafi wywołać bardzo silne emocje. Autorka świetnie balansuje między wątkiem romantycznym, codziennością bohaterów a elementami napięcia. W książce nie ma przesadnej ilości wątków futbolowych, ale też nie są one pominięte. Sport jest ważną częścią życia Sorina, jednak nie przytłacza historii. Wszystko jest idealnie wyważone, dzięki czemu nawet osoby, które nie interesują się futbolem, będą mogły w pełni cieszyć się tą opowieścią.
Co więcej… w tej historii pojawia się również pewien stalker. I powiem wam, że czytając te fragmenty naprawdę czułam niepokój i autentyczny strach o bohaterkę. Ten wątek dodaje historii napięcia i sprawia, że momentami trudno odłożyć książkę, bo cały czas chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej.
Nie ma co ukrywać - zakochałam się w tej książce. Jedyną rzeczą, na którą mogę narzekać, jest to, że była po prostu… za krótka. Z ogromną chęcią przeczytałabym jeszcze więcej o tych bohaterach i spędziła z nimi więcej czasu.
Jeśli więc lubicie historie o gorących futbolistach, age gapie, powoli rozwijającej się relacji, emocjach i tajemnicach, koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Naprawdę warto. Bo czasem wystarczy jedno nieoczekiwane spotkanie, żeby dwie zupełnie różne osoby zaczęły tworzyć historię, której żadna z nich się nie spodziewała.
Jak tam u was z romansami sportowymi? Cóż to nie koniecznie moja bajka, ale nazwisko autorki zobowiązuje i książka musiała trafić w moje ręce. Co dla mnie fajne ten motyw sportowy nie jest tutaj dominujący, choć jest ważny. To historia Sorina Ashwortha, to spin off dylogii "Bracia Ashworth", dylogii która skradła moje serce, a historia kolejnego Ashwortha choć mi się podobała już tak mocno się tam nie zakorzeniła.
Sorin pomimo młodego wieku ma już w zasadzie wszystko. Karierę, sławę, pieniądze, fanów i cudowną rodzinę. Jako gwiazda futbolu wie czego chce, podąża obraną ścieżką i nie daje ponieść się emocjom, a przysłowiowa sodówka nie uderza mu do głowy. Do jego idealnie poukładanego świata, wkrada się odrobina ekscytacji. Kiedy na jego drodze w klinice spotyka Aurorę. Pani doktor go zbywa, do czego młody mężczyzna nie jest przyzwyczajony. Sorin coraz częściej dąży do kontaktu z lekarką, ta zaś z każdym kolejnym spotkaniem zaczyna się do niego przekonywać. Choć oboje pochodzą z pozornie różnych światów i ich życia się różnią, to kiedy nadchodzi czas próby oboje właśnie w sowich ramionach odzyskują harmonię, którą będą chcieli utrzymać.
Parafrazując słowa autorki że ona to jedna połowa mózgu, a inna autorka jest drugą połową mózgu, na przykładzie dwóch ostatnich ich premier nie sposób się z tym nie zgodzić. Jedna z nich dała nam Złotego Chłopca - Sorina, a druga dała nam Cudownego Chłopca - Milo. Przypadek? Dla mnie to potwierdzenie tej teorii. Historia Sorina choć mi sie podobała to jednak tam mocno mnie nie ujęła. Sorin z uroczego i wyjątkowego chłopca wyrósł na wspaniałego mężczyznę, nie jedna czytelniczka znajdzie w nim idealnego kandydata na swojego książkowego męża, bo ma on większość pożądanych cech. Dla mnie jest on jednak za idealny i za grzeczny (no ja jednak fanka bad boyów jestem).
Historia jak zawsze w wykonaniu autorki przesiąknięta była emocjami, które towarzyszą nam niemal od pierwszej strony. Oczywiście znajdziemy tutaj też całą masę trudnych tematów, nieco kontrowersji jak i standardowo coś na kształt traumy. Oprócz tego mamy oczywiście wątek sportowy, dostajemy też agepag, z tym że to ona jest ciut starsza. Dostajemy motyw przeciwieństw, czy też dwóch światów, no i oczywiście mamy dramę, może nie pierwszorzędną ale jednak niezłą. Dostajemy też tutaj cudowny romans, rozwijający się w fajnym tempie. Relacja tej dwójki jest złożona, nieco zachowawcza, ostrożna, pełna sprzecznych sygnałów i emocji, złożonych uczuć, ale to co nimi się rodzi jest naprawdę wyjątkowe, i tą chemię naprawdę można było poczuć.
Lektura przyjemna, jak na Mistową powiedziałabym, że spokojna, czytanie było przyjemnością, a lektura dostarczyła mi wielu wrażeń i emocji, nawet pomimo tego, że już ją kiedyś czytałam na wattpadzie. To książka pełna trudnych spraw, ale też cudownych wartości, takich jak rodzina, przyjaźń, wsparcie, czy walka o siebie i swoje marzenia. Autorka w cudowny sposób pokazała, że można spełniać marzenia, być na szczycie a jednocześnie pozostawać wiernym wyznawanym wartościom czy przekonaniom.
Podobało mi się, przeczytałam za jednym zamachem, okładka jest cudowna, a sama opowieść na pewno spodoba się każdej romansierze, dla której liczy się głębia historii, emocji czy uczuć. Znajomość dylogii nie jest konieczna by cieszyć się w pełni lekturą, ale może wam coś niecoś zaspojlerować, więc mimo wszytko zachęcam do jej poznania przed rozpoczęciem lektury.
⭐️2/5 Strasznie mnie wynudziła… Próbowałam naprawdę długo i dawałam jej kolejne szanse, ale niestety - nie dałam rady dotrwać do końca. Poddałam się gdzieś przy 3/4 i szczerze, to chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo mi nie siadła. A szkoda, bo naprawdę chciałam ją polubić.