Jak to jest być złą matką? Dokąd może zaprowadzić kobietę rozpacz i nuda? A co jeśli własne dzieci zaczynają przypominać spełnienie przepowiedni?
Do domu na skraju zagórzańskiej wsi wprowadzają się Wioletta i Jerzy – młode małżeństwo z miasta. On, herpetolog, bada lokalne gatunki płazów. Ona, niespełniona artystka, której studia przerwała ciąża, chłonie zapachy ziół i wmawia sobie, że słyszy i widzi więcej niż inni. Z czasem staje się chłodna wobec męża, jakby ich wspólne życie było błędem. Narodziny trzech córek nie przynoszą ukojenia. Wioletta bywa wobec nich okrutna – wycofana, obojętna, surowa. Nie pomagają ani ludowe rytuały, ani miłość męża.
Czy to szaleństwo, czy przemiana w leśnego demona – mamunę odbierającą dzieci? Gdy dochodzi do tajemniczego zaginięcia, na rodzinę pada cień oskarżenia, a granica między zabobonem a rzeczywistością zaczyna się zacierać.
Mamuna to mroczna kronika rozpadu rodziny — niepokojąca opowieść o macierzyństwie, zaniedbaniu i sile mitu, który wciąż potrafi pochłaniać żywych.
Proza, która niesie zapach gleby, ziół i lasu. „Mamuna” to nie tylko doznanie sensoryczne, lecz przede wszystkim interesujące wykorzystanie mitu ludowego jako symbolicznej medytacji nad macierzyństwem, samotnością i rodzinną traumą. Helena Piecuch precyzyjnie rozwija wielogłosową i nieliniową narrację, nadając powieści głębi oraz tajemniczości. Powieść sprawia wrażenie niezwykle „czystej” oraz dopracowanej, co, jak przyznaje sama autorka, było jej celem. Zastosowane motywy oraz stworzone opisy miejsc i postaci splatają się w spójną, wyraźną koncepcję. Piecuch plastycznie obrazuje wizję świata, którą można się urzec bez reszty. Czasem jednak proza zdaje się zbyt wystudiowana i brak jej odrobiny swobody.
„Mamuna” przypomina mi coś na kształt legendy owianej grozą. Dawno, dawno temu byli sobie młodzi ludzie pełni nadziei. Gdy jako młode małżeństwo wyjeżdżają z miasta, by osiedlić się w spokojnej wiosce, wszystko zaczyna być coraz większą równią pochyłą i powoli się walić. Większość miejscowych obserwuje ich z dystansu i bez zaufania. Życie toczy się swoim rytmem, jednak prowadzi on ku powolnemu rozkładowi.
O ile Jerzy na pozór wydaje się być symbolem pewnej stałości, o tyle Wioletta zdaje się coraz bardziej oddalać od tego, co rzeczywiste, zanurzając się w legendach i dawnych wierzeniach. Narodziny każdej kolejnej córki sprawiają, że Wioletta coraz głębiej zapada się w mroczną otchłań, tracąc przy tym kontakt zarówno z rodziną, jak i z realnym światem.
Autorka poświęca uwagę każdej z postaci i oddaje jej głos, dlatego w książce poznajemy perspektywę każdego członka rodziny. Tym, co staje się najbardziej istotne w “Mamunie”, jest właśnie cała rodzina, nie tylko sama matka czy siejące postrach i zamieszanie mamuny. Rozpad rodziny następuje stopniowo, etap po etapie, i w pewnym sensie każdy się do niego przyczynia. Choć to mityczna mamuna sieje zamęt, to oprócz Wioletty, pozostali członkowie rodziny również zdają się stopniowo temu poddawać i coraz bardziej wycofywać.
Moją uwagę szczególnie przykuła relacja pomiędzy trzema siostrami. Minęły lata, a one stały się kobietami w średnim wieku, nie utrzymują ze sobą kontaktu i właściwie wcale go nie chcą. Kojarzą się sobie nawzajem przede wszystkim z domem rodzinnym, a już samo to przywołuje w ich pamięci bolesne wspomnienia sprzed lat, potęgując niepokój.
Ta opowieść o rozpadzie rodziny ukazuje skalę zniszczeń, jakie sieje bezradność wobec narastającej samotności. Rodzina, która powinna być jednością, staje się czymś obcym, materią z którą nie ma się styczności. Tło bazujące na folklorze dodatkowo uwydatnia ludzką podatność na słabości i sprawia, że wszystko wydaje się wyjątkowo kruche.
“Żeby przetrwać zimę, czasem wystarczył sam zapach dziecka”
Tę opowieść o nieszczęściu, bólu, strachu i poczuciu wyobcowania wywołanych macierzyństwem, a może szaleństwem, każdy odczyta po swojemu. Nietypowy zapis choroby psychicznej albo historia wadzenia się kobiety z demonem. “Mamuna” jest gęsta od faktur ziemi i zapachów ziół. Ostatnim, co się czuje, jest zimny popiół.