Literaturę czeską doceniłam późno, już jako dorosła osoba. W liceum znałam chyba tylko Hrabala, reszta autorów to mgła niewiedzy. Od kilku lat wiem, że Czesi to gwarancja lektury, która zachwyci humorem, absurdem, celną obserwacją i puentą. Opowiadania Petra Šabacha, pod jakże niestandardowym tytułem, utwierdzają mnie w przekonaniu, że literatura czeska to moja literatura.
Każda historia to inna odsłona absurdu, ale też każda to jazda bez trzymanki, jeśli chodzi o inwencję twórczą. Bywa mrocznie, bywa zaskakująco. Puenty jak perełki albo brak puenty i czytelnik w zdziwieniu.
Garść obrazków na zachętę? Proszę bardzo! Złodziej Pepe jak czeska Szeherezada w rękach rezolutnej sześciolatki. Wymyślona dziewczyna, by zadowolić zniecierpliwioną matkę. Złote gody, które odsłaniają prawdę o związku. Muzeum nocą, w którym żywy jest nie tylko ochroniarz. Lodziarz, który niczym diabeł kusi do złego. Świetne nawiązanie do kultowego filmu "Dirty dancing", które wzbudziło mój śmiech, ale i rozrzewnienie.
Mam tu swoich ulubieńców. "Berek" to trochę tragikomedia, trochę psychodelia. Dziecięca zabawa motorniczego z pasażerem zamienia się w refleksję na temat życia w ogóle oraz postrzegania siebie. Tytułowe opowiadanie z kolei to też - trochę zabawna i mocno smutna historia o staruszku, który wyznanie miłosne usłyszał nie wtedy, kiedy powinien i nie z tych ust, które powinny to powiedzieć.
Petr Šabach potrafi zaciekawić. Jego opowiadania są niczym historie snute przez kumpli przy kuflu piwa. Czytelnik dosiada się do starej ekipy, dostaje własny trunek i słucha, słucha, słucha...