Ostatnia misja. Bez prawa, bez litości, bez odwrotu.
Karol Hotaro, były komandos i specjalista od ekstrakcji o polsko-japońskich korzeniach, powraca, by wykonać ostatnie zadanie.
Kiedy młody mężczyzna znika w rodzinnej Birmie, jedynie Hotaro może go odnaleźć. Kraj pogrążony jest w brutalnej wojnie domowej, będącej pokłosiem konfliktu między Rosją, Chinami a Zachodem. Hotaro podejmuje się zadania, korzystając z pomocy Kozaka oraz tajemniczej Alyny z ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Przeciw sobie ma pana Li — emerytowanego chińskiego generała, który pragnie zemsty
za śmierć swojego syna. Obaj są pionkami w grze, w której udział biorą chińskie służby, prywatne firmy wojskowe, a nawet technologiczny miliarder.
Po absolutnej petardzie, jaką był Ronin i tym nieszczęsnym, złamanym serduchu, po prostu musiałam natychmiast sprawdzić, co czeka Karola w kolejnym odcinku. Dlatego bez większego zastanawiania sięgnęłam po trzeci tom cyklu pod tytułem Daisho, bo coś czuję, że ten kończący serię tom, to będzie po prostu ogień!
Ostatnie zadanie. W świecie bez zasad przetrwanie gwarantuje tylko pełny magazynek Karol Hotaro, były komandos i specjalista od ekstrakcji o polsko-japońskich korzeniach, wraca z emerytury, by wykonać ostatnie zadanie. Kiedy młody mężczyzna znika w rodzinnej Birmie, jedynie Karol Hotaro może sprowadzić go z powrotem, tym bardziej, że to syn przyjaciela jego ojca. Kraj pogrążony jest w brutalnej wojnie domowej, będącej pokłosiem konfliktu między Rosją, Chinami a Zachodem. Hotaro podejmuje się zadania, korzystając z pomocy Kozaka oraz Alyny z ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Przeciw sobie ma pana Li — emerytowanego chińskiego generała, który pragnie zemsty za śmierć swojego syna. Obaj są pionkami w grze, w której udział biorą chińskie służby, prywatne firmy wojskowe, a nawet technologiczny miliarder, dążący do osiągnięcia przewagi w nowym globalnym układzie sił.
Petarda! Tak jak przypuszczałam – ostatnie spotkanie z Karolem Hotaro to absolutna petarda!
Mój ulubiony polsko-japoński komandos, zamiast planowanej emerytury, ląduje w ogarniętej wojną domową Birmie. Wszystko przez ojca, który podrzuca mu klienta i przy okazji zaczyna zachowywać się wobec syna jakoś tak… inaczej.
W nowej misji towarzyszy mu oczywiście wierny przyjaciel Kozak, a całość szybko zmienia się w krwawy, polityczno-militarny koktajl o najwyższą stawkę. Nie będę się rozwodzić nad chemią między bohaterami czy humorem – o tym pisałam już w poprzednich notkach.
Ale jedno muszę oddać: Arkady Saulski dorzucił w tym odcinku konkretnie do pieca. Od adrenaliny, krwi i trupów trzeba się wręcz odganiać, a całość podkręca genialny research. Szczegóły dotyczące uzbrojenia, taktyki walki i globalnych zależności autor podaje sugestywnym, plastycznym językiem.
Nie oszczędza przy tym nikogo – niczym George R.R. Martin przypomina, że w świecie najemników nikt nie jest bezpieczny.
Akcja porywa od pierwszej strony, a potrójny, nostalgiczny i brutalny finał w stylu Rambo zmusza do sięgnięcia po szklankę melisy.
Reasumując. Daisho Arkady Saulskiego to rasowe, spójne i angażujące kino akcji na papierze, które idealnie domyka tę mocną serię. Fani konwencji będą zachwyceni.
Najlepsza część trylogii. Najbardziej emocjonalna. Najmocniej trzymająca w napięciu.
Arkady Saulski w trylogii z Karolem Hotaro, systematycznie podnosił sobie poprzeczkę i w Daisho wszedł na sam szczyt. Z jednej strony bardzo chcę przeczytać kolejny tom o Gaijinie. Z drugiej, nie wyobrażam sobie, co autor mógłby jeszcze wymyśleć, by podnieść stawkę i dostarczyć czytelnikowi jeszcze większych emocji.
Nie jestem fanem powieści sensacyjnych, ani militariów, ani geopolityki. Jestem fanem fantasy i z tego gatunku znam twórczość autora. Z miejsca wszedł on do mojej topki polskich autorów i skoro przeszedł do innego gatunku literackiego to pozostało mi tylko za nim podążyć. I absolutnie nie żałuję!
Czytając kolejne tomy o Gaijinie, śmiałem się w duchu, że autor głęboko wziął sobie do serca maksymę nauki przez zabawę. Dzięki potężnemu researchowi, autor opisując nawet najmniejsze uliczki lokacji do których trafia Karol Hotaro, potrafi sprzedać czytelnikowi garść wiadomości o danym regionie oraz przedstawić obecną sytuację polityczną, międzynarodową oraz gospodarczą i militarną. A podane to wszystko głosem Krzysztofa Gosztyły to już istna poezja.
Nie jestem w stanie jako laik docenić podanych szczegółów dotyczących uzbrojenia, taktyk walki, zachowania na polu bitwy itp., ale czuć, że autor wie, z czym ma do czynienia i odrobił pracę domową.
Mnie najbardziej interesują emocje i tych było w Gaijinie nawet więcej niż bym sobie życzył. Dość napisać, że de facto są w książce trzy finały. Kiedy myślałem, że główna akcja tej części została zakończona, wtedy autor zaserwował nostalgiczne słodko-gorzkie zakończenie. I kiedy myślałem, że to JUŻ i kolejny tom przedstawi pokłosie tych wydarzeń, Karol Hotaro wszedł w tryb Rambo i cóż, resztę musicie doczytać sami. Na pewno nie jest to powieść dla osób o słabych nerwach. A nawet jeśli ich nie macie to lepiej miejcie pod ręką szklaneczkę melisy.
Podsumowując, Gaijin to dla mnie najlepsza część bardzo mocnej trylogii. Autor genialnie odnajduje się w realiach powieści sensacyjnej. Moje serce fana fantasy nieco krwawi na tę myśl, ale z drugiej najważniejsze, że autor pisze to, w czym czuje się najlepiej. A ja już nie mogę się doczekać, co nowego Arkady Saulski zaserwuje.