Wcześniej zaczynają pracę, ale później przechodzą na emeryturę. Wcześniej kończą edukację. Wcześniej umierają. Częściej ulegają wypadkom i wykonują najcięższe, najmniej bezpieczne zawody. Pięciokrotnie częściej odbierają sobie życie. Częściej są bezdomni. Nie mówią o swoich problemach, bo boją się oskarżeń: o mizoginię, słabość albo „brak męskości”.
Żyjemy w czasie, gdy tradycyjne role płciowe tracą swoją jednoznaczność. Kobiecość i męskość przestają być z góry określonymi zestawami oczekiwań. To moment, w którym – obok dyskusji o emancypacji kobiet – warto zobaczyć również te nierówności, które dotyczą mężczyzn. Nierówności często tak oczywiste, że wydają się naturalne lub niewidzialne.
Dr Michał Gulczyński, współzałożyciel Stowarzyszenia na Rzecz Chłopców i Mężczyzn i autor głośnego raportu Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce, pokazuje społeczeństwo z innej perspektywy. Pisze o nierównościach w edukacji, dostępie do opieki zdrowotnej i wymiarze sprawiedliwości, o alienacji rodzicielskiej i stereotypach męskości utrwalanych przez media.
Bardzo dobra i potrzebna książka. Co ważne, niepisana z zamiarem „orania feministek” jak niektórym mogłoby się wydawać. Autor zwraca uwagę na obszary, w których to mężczyźni, a co ważniejsze - chłopcy doświadczają nie tyle dyskryminacji co są zostawieni sami sobie. Podoba mi się jak w dużej mierze mamy tu do czynienia z faktami natury naukowej. Dużo jest statystyk i odkłamywania narosłych przez lata stereotypów. Nie ma tu udowadniania, że kobiety dyskryminowane nie są. Narracja nie wpada też w prawdopośrodkizm albo schlebianie czy umniejszanie którejś ze stron. Ton książki jest wyważony co pozwala wziąć stawiane tezy na serio.
Z minusów na pewno szkoda, że tak mało jest o korzeniach i przyczynach niektórych zachowań no i też parę jest tu niepotrzebnych dowodów anegdotycznych. Głównie pojawiają się one jako czyjś komentarz w internecie co przecież nic nie udowadnia.
Nie mniej - warto. Czuć, że autor ma serce po dobrej stronie.
Temat ważny, sama książka i przekaz tematu wypadł licho.
Zacznę od tego, że autor wybiórczo decyduje, gdzie poda źródło, a gdzie nie. Zdarzały się przypisy, w których brakowało numeru strony, a czasami miałam wrażenie, że źródła były traktowane wybiórczo i dobierane specjalnie pod tezę, chociaż nie do końca odnosiły się do konkretnego faktu, który przedstawiał autor. Zastanawia mnie to, bo autor ma doktorat. W opisie dostajemy informację, że ta książka „nie szuka winnych”, a jednak są momenty, w których pojawiają się dla mnie niejasne pretensje. Autor bardzo często powołuje się na argumenty anegdotyczne, które mają nijaką wartość w tej książce. Wielokrotnie pisze, że rozmawiał „z kimś” „gdzieś”, jest nawet świetny moment, w którym pisze, że rozmawiał z jednym z liderów jednej z partii rządzącej (czy to tajemnica, z którym? skoro wypowiedź była raczej pozytywna). Jeden z moich ulubionych fragmentów dotyczy tego, że znajomy ojciec ze szkoły opowiedział historię, jak w szkole był festiwal, podczas którego dzieci miały opowiadać o swoim hobby. Nauczycielki odrzucały propozycje chłopców np. pokazywania wojskowych plakatów, bo uznały je za związane z przemocą (valid), gier komputerowych (polskie szkoły nadal mają do nich problem najwyraźniej) i kolekcjonerskich kart (też niefajnie). A pomysły dziewczynek spotkały się z entuzjazmem (strój do jazdy konnej, pokazanie tańca). Ten akapit udowadnia, że autor sprowadził tutaj wszystkie hobby do płci. Jestem pewna, że mnóstwo dzieci bez względu na płeć miało na tym festynie zaprezentować różne rzeczy, które przyjęły się w różny sposób, ale dowiadujemy się o ułamku i jak mamy wciągnąć z tego ogólny wniosek na temat problemów edukacji? Rozmowa z tatą z jakieś szkoły? Myślę, że to tylko świadczy o tym, co już wiemy, czyli że nauczycielki często nie wiedzą, czym dzieci się interesują, jeżeli jest trochę bardziej niszowe albo związane z technologią. Autor często ma sensowne myśli, ale mam wrażenie, że ucieka mu pełen obraz spraw. Mnóstwo problemów, które są podejmowane w książce, to skutek biedy, wykluczenia komunikacyjnego, ogólnie sytuacji na wsi i gdy autor do tego dochodzi, to ostatecznie wniosek jest taki, że „chłopcy są bardziej wrażliwi na to, w jakiej rodzinie się urodzili i w jakim miejscu chodzą do szkoły”. Nie podoba mi się również pisanie rzeczy typu „taki argument nigdy nie pojawiłby się wobec kobiet” albo „gdyby sytuacja była odwrotna”. ALE NIE JEST. NIE ROZMAWIAMY O TYM. Jest też część, w której autor przyznaje, że nie angażuje się w działania na rzecz równości na uczelniach, bo uczelnie, na których studiował nie miały problemu z niedoborem mężczyzn, „ze względu na potencjalne konsekwencje”, ponieważ musiałby tłumaczyć niuanse swojego rzadkiego punktu widzenia, czyli zwracania uwagi na problemy mężczyzn. Pan pisze książę o tym, że muszą być zmiany, a sam się nie angażuje w dyskutowanie o tych zmianach, gdy powstają zespoły ds. równości na uniwersytetach XD Jest też fragment o tym, że odsetek kobiet wśród młodszych naukowców jest większy niż w starszym pokoleniu i, że wpływa to na tematykę badań. Ma to być argument za tym, że nierównowaga płci jest zła. Rozumiem to, ale warto wziąć pod uwagę, że przez BARDZO DUŻO CZASU kobiet w nauce w ogóle nie było i niewiele naukowców zajmowało się tematyką badań związana z kobietami. Zresztą nadal mamy mnóstwo luk w zakresie chociażby medycyny. Już nie wspomnę o testowaniu leków czy samochodów… Także myślę, że warto wziąć pod uwagę to, że kobiety muszą trochę nadrobić lata badań, co nie zmienia faktu, że nierównowaga oczywiście nie jest za dobrą perspektywą, ale dobrze jakby autor nie upraszczał tak sytuacji, która ma mnóstwo niuansów. Była część ze statystyką na temat zgonów według czynnika ryzyka i płci w Polsce (2021), w którym był słupek na „Niezabezpieczony stosunek płciowy”, autor nic na ten temat nie wspomniał (chociaz o innych w kontekście kobiet coś napisał), tutaj po prostu chciałabym wiedzieć, co to właściwie ma oznaczać. Brakowało informacji. W tej samej części była też informacja o tym, że mężczyźni częściej umierają w wypadkach drogowych. Oczywiście nie było nic na temat „brawurowej” jazdy mężczyzn. Nie podobało mi się również ironizowanie autora i obrażanie się na czyjeś anegdoty (które były stereotypowe), podczas gdy on sam w swojej książce takowe podawał. W trakcie części o samobojstwach zwraca uwagę na dużo ważnych kwestii, ale wspomina też, że mężczyźni może jednak czasem potrzebują konkretnych rozwiązań, a nie „ujścia emocji” i twierdzi, że mężczyźni inaczej sobie radzą z problemami, potem jednak pojawia się problem, gdy mężczyźni jednak chcą mówić o swoich emocjach, ale wtedy to już w ogóle partnerka nie chce słuchać (co jest problemem). Zabrakło mi naprawdę pokazaia w tej książce, że terapia jest okej, że pomóc specjalisty jest ważna. I przejdziemy tutaj do tego ironizowania, ponieważ autor powołał się na termin „mankeeping”, ktory oznacza „niewidzialną pracę emocjonalną i społeczną, wykonywaną przez kobiety na rzecz mężczyzn (partnerów, kolegów) obejmująca zarządzanie ich nastrojami, relacjami i codziennymi sprawami”. Autor ewidentnie nie bierze tego zbyt na poważnie i napisał, że „termin oznaczający właśnie spadający na kobiety ciężar, jakim miałoby być wysłuchiwanie mężczyzn. Autorka artykułu żaliła się, że kobiety coraz częściej muszą „wykonywać pracę emocjonalną”, żeby zaspokajać potrzebny społeczne emocjonalne swoich partnerów. Trudno budować związek czy jakąkolwiek relację, jeśli jedna ze stron traktuje wsparcie jak „niewynagradzalną pracę”” FIU FIU FIU… Zacznę od tego, że bardzo fajnie się tak bagatelizuje problemy, o których nic nie wiemy, ale mamy jakieś założenie i się wypowiemy w swojej książce na temat równości. Druga sprawa, nie wiem jak nie można połączyć kropek w tej kwestii w momencie, kiedy autor później poświęca część książki na to, że mężczyźni nie mają swoich społeczności, a relacje między mężczyznami są w dzisiejszych czasach trudne (chociaż szczerze mogło tego nie być, mogłam to sobie wymyślić, a jeżeli nie było to tym bardziej masakra, bo to Bardzo ważny temat). Potem jest fragment o festiwalu dla samych mężczyzn, gdzie nie ma „alkoholu ani kobiet”, dobrze, że te dwie rzeczy zostały postawione na równi XDD Potem był fragment o strajku kobiet w Polsce, który miałby polegać na tym, że przerywają one swoje wszystkie codzienne zadania i to by pokazało, jak wartościowa i nieodpłatna jest praca kobiet. Autor na tę wypowiedź publicystki nie wyciąga żadnego wniosku (że nie chodzi tylko o pracę, ale o zajmowanie się dziećmi, dbanie o dom itp) i stwierdza, że wiele zawodów mężczyzn też jest niedocenianych. No okej. Autor też nie rozumie, czym jest „gender-based violence” i stwierdza, że ten termin wyklucza ofiary męskie (po pierwsze sprawdź co to jest, po drugie sam założył, że chodzi o kobiety chociaż nie ma w nazwie women). O jeszcze strasznie irytowal mnie brak rozgraniczenia partyjnego po stronie lewicowej, było po prostu pisane np. posłanki lewicy. Której? Nie dowiemy się! Rzadko kiedy autor zwracał uwagę na to, czy ktoś jest z Lewicy czy ktoś jest z Razem. Albo uogólniał jakieś stanowiska „lewicy” i no ostatecznie nie wiemy, która lewica miała jakie stanowisko. Autorowi nie podobają się również pomysły feministycznej strony na jak to nazywa „kampanie/warsztaty dla mężczyzn zachęcających do przełamywania stereotypów”, jednocześnie nie poda żadnych dowodów, faktów, które udowodniłyby, że tego typu stanowisko jest złe. W reportażu nie powinno być tego typu opinii, bo jest to literatura FAKTU!!!! W ogóle praktycznie nie był poruszony temat inceli i tej całej manosfery, jedyny fragment był taki: „Ładnych dziewczyn jest bardzo dużo, ale ja chcę czegoś więcej. Chce coś poczuć” – powiedział jej jeden z poznanych chłopaków. I może to zdanie lepiej oddaje pragnienia większości młodych mężczyzn niż to, c widzimy na specyficznych forach internetowych” XDD no tak zignorujemy całego wykopa pełnego inceli, napiszemy ckliwy tekst i weźmiemy wypowiedź jednego mężczyzny i będziemy bazować na tym swoją OPINIĘ Potem autor robi call out na przekłamane statystyki o zabójstwach kobiet przez ich partnerów oraz o liczbie dzieci, które nie dostają alimentów. Problem jest taki, że on również się myli. W pierwszym przypadku w Polsce nie ma takich statystyk, w drugim chyba też ale już nie pamiętam przepraszam. Ogólnie to Pan napisał, że się mylą, ale nie dlatego że nie ma statystyk albo że to jest oszacowane tylko, że to wszystko to są zawyżone liczby!!!!!!! i podaje swoje wersje (nieprawdziwe). Zwraca uwagę na to, że mężczyźni mogą myśleć, że kobiety są na wyższych stanowiskach i lepiej zarabiają, bo jak jest taki pracownik w fabryce to widzi panie w garsonce (sekretarki, menadżerki, kadrowe), a nie tego wielkiego, bogatego typa na górze drabiny i dlatego nie mają poczucia, że mężczyźni są uprzywilejowani. Bo tego nie widzą XD taki argument to daleko zajdzie Potem jest fragment o tym, że nie ma żadnego święta mężczyzn w kalendarzu ONZ, a kobiety mają dużo. Nie wiem, czy to jest sensowny argument w kontekście Polski, bo obchodzimy normalnie Dzień Chłopaka i Dzień Mężczyzny, normalnie mamy Dzień Ojca i Dzień Dziadka, kobiece święta wyglądają tak samo, więc myślę, że to takie trochę zbyt międzynarodowe. Myślę że reprezentacja jest wazna, fajnie jakby ONZ uznało ten dzień mężczyzn już, ale no nie skupiałabym się mocno na ich kalendarzu, bo mają też Dzień Języka Rosyjskiego i Dziej Języka Chińskiego i nie sądzę, żeby to świadczyło, o tym że ONZ jest jakaś rusofilska organizacja. No na koniec chciałabym powiedzieć, że ostatecznie nie wiem, jakie Pan miał „konkretne” propozycje na naprawę świata. Książka długa, pełno liczb, rozwiązań niewiele. Nie jest to rzetelny reportaż, tyle powiem.
Przejdziemy sobie do cytatów: „Przeciętny mężczyzna z wykształceniem średnim zarabia znacznie mniej niż kobieta z wykształceniem wyższym” – cytat dotyczący tekstu, który autor ciągle słyszy, czyli że „Mężczyźni i tak zarabiają lepiej”. Wydaje mi się, że dane, które wyciągnął, nie są jakieś szokujące i w żaden sposób nie dodają nic do dyskusji. Poza tym (może źle, że to interpretuje) wydaje mi się, że ten tekst, który autor ciągle słyszy może odnosić się do mężczyzn i kobiet na tych samych stanowiskach. Taka luźna myśl. „Załóżmy na chwilę, że problemem jest nadmierna edukacja kobiet, a nie zbyt słaba edukacja mężczyzn.” – nie zakładajmy, proszę. Czym jest „nadmierna edukacja kobiet”? Czy jak założę, że np. byłby taki czas, że tylko mężczyźni mogli się uczyć, to czy wtedy moglibyśmy to nazwać „nadmierną edukacją mężczyzn”? XD „Trudno te wybory uznać za autonomiczne decyzje mężczyzn – to przede wszystkim wynik tego, w jakim miejscu i w jakiej rodzinie chłopiec dorasta” – cytat odnosi się do wyboru szkoły ponadpodstawowej, oczywiście zgadzam się, ale uważam, że można to odnieść do sytuacji każdego nastolatka i nastolatki „Chłopcy częściej mają dysleksję i autyzm (…)” – częściej mają czy częściej są diagnozowani? „Nierównowaga w wykształceniu wyższym wynika w dużej mierze z wymagań formalnych w sfeminizowanych zawodach. Żeby uczyć w szkole, trzeba skończyć studia. Zarobki pielęgniarki zależą od posiadania tytułu magistra. Dyplom jest też zazwyczaj wymagany w administracji publicznej i stanowiska urzędnicze” – Nooooo, nie wiem, jak mam to skomentować. Tak do niektórych zawodów jest potrzebny dyplom? „Każdy nauczyciel wie, że przykucie uwagi chłopców ma też kluczowe znaczenie dla utrzymania porządku w klasie. W pewnej szkole [JAKIEJ?] nauczycielki narzekały na zachowanie chłopców podczas klasowych wyjsc. Okazało się, że gdy po wizytach w stadninie koni, schronisku dla zwierząt i na konkursie tańca klasa poszła do fabryki szyb samochodowych chłopcy nie byli „niegrzeczni”” – Nie wiem, jak autor mógł to napisać i pomyśleć, wow, ale super dałem argument! Nie wiem naprawdę, o czym to ma świadczyć. Że chłopcy się zachowują dobrze, tylko jak robią coś co ich interesuje? Dobrze, że dziewczynki nie broiły na ich wycieczce, chociaż wtedy dostałyby własną, bo nie potrafiły się zachować! Mega wnioski. „Dzięki emancypacji, państwu opiekuńczemu lub ogólnemu rozwojowi kraju kobiety mogą z kolei oddawać się temu, co je naprawdę pasjonuję i do czego mają (być może naturalne) predyspozycje” – tylko mężczyźni żyją w kapitalizmie, kobiety mają zawodową sielankę i żadna nie robi tego, czym się nie pasjonuje, dobrze wiedzieć! „Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa w ogóle nie zauważa genderowego aspektu czytelnictwa mimo ogromnych różnic w umiejętnościach czytania między chłopcami i dziewczętami” – NPRC nie zajmuje się umiejętnością czytania, tyko popularyzowaniem czytania i robi to, robi mnóstwo akcji dla dzieci, a nawet w jednej biorą udział sportowcy (i to mężczyźni) „Że względu na stereotypy czy też ograniczenia związane z czasem pracy zarobkowej ojcowie rzadziej chodzą na wywiadówki czy udzielają się w samorządzie rodziców. Takie wydarzenia jak majsterkowanie w szkolnej pracowni, koncert albo gra w piłkę z rodzicami czy klub ojca w bibliotece również mogłyby zwiększyć zaangażowanie ojców w życie szkoły” – Ojcowie mają ograniczenia związane z czasem pracy, ale znaleźliby czas na wszystkie propozycje pana autora. Z pewnością. Jestem ciekawa czy wszystkie matki, które się angażują w życie szkoły, samorząd rodziców i chodzą na wywiadówki są bezrobotne. „Co czwarta dorosła osoba w Polsce do 45. roku życia nie ma kontaktu ze swoim ojcem” – zostawię to bez komentarza „Światowe produkcje, jak wiedźmin czy mandalorian pokazują ojcostwo nieporadne – stereotypowego mężczyzny z ograniczonym zakresem emocji, chociaż jednak opiekuńczego” DOSŁOWNIE GERALT CIĄGLE MÓWI ŻE JEST MUTANTEM I NIE MA EMOCJI, A JE MA I O TO CHODZI!!!!! UWAŻAM, ŻE GERALT TO SUPER STARY !!!!!! BEZNADZIEJNY ARGUMENT
Książka podejmuje temat realnych problemów mężczyzn żyjących w późnym kapitalizmie, w patriarchacie, jednak autor ewidentnie temu zadaniu nie sprostał. Dostajemy tutaj wyliczankę problemów, które poza zgrupowaniem w ogólną kategorię "dyskryminacji mężczyzn" nie mają żadnej głębszej myśli przewodniej. Jednocześnie książka chce proponować rozwiązania; zacytuję: "Do chłopców mogą też trafiać proste komunikaty wizualne. Piłka na półce przyciągnie wzrok do biografii sportowców". Nie da się tego skomentować z powagą.
W "Mężczyznach" mnóstwo jest dowodów anegdotycznych, prywatnych opowieści autora, czy też argumentów ad absurdum (jak na przykład "Łatwo sobie wyobrazić społeczne oburzenie, gdyby przedszkola przyjęły bardziej aktywną rolę w ich obalaniu – na przykład obowiązkowo przebierając chłopców w sukienki, a dziewczynki w żołnierskie mundury"), które niewiele wnoszą do całej dyskusji. Autor potrafi najpierw przedstawić wyliczankę danych dotyczących np. długości życia, wieku emerytalnego i składek, które jaka płeć płaci; zapytać retorycznie dlaczego bezdzietny singiel miałby się dokładać do emerytury bezdzietnej kobiety, a następnie skwitować to uznaniem, że uwzględnianie tych różnic długości życia obu płci to przesada w drugą stronę. W jakim celu w takim razie podejmować się tego tematu? Ciężko stwierdzić, że chodzi o cokolwiek innego niż wywołanie oburzenia.
Dyskusja o sytuacji mężczyzn jest potrzebna, ale ta książka w żaden sposób nie posunie jej do przodu. Co najwyżej może służyć jako materiał do ćwiczeń wykrywania błędów logicznych.
"Kobiety zawsze były głównymi ofiarami wojny. Kobiety tracą w walce mężów, ojców i synów" H. Clinton
Autora kojarzę i śledzę od pamiętnego raportu dla KJ. Chociaż większość zagadnień jest mi już dobrze znana to doceniam zawarcie ich w jednej publikacji, chyba pierwszej takiej na polskim rynku (widać podobieństwa do wielokrotnie cytowanych "Chłopców i Mężczyzn" R. Reevesa) tylko osadzona jest stricte w naszych realiach. Książka ważna i potrzebna, nie po to by licytować się "kto ma gorzej" czy zbierać punkty bycia ofiarą, tylko by uwrażliwić na problemy dotyczące nas wszystkich, nawet jeśli nie bezpośrednio, i co istotne proponuje rozwiązania.
“W dzisiejszej szkole docenia się raczej systematyczność i wszechstronność niż wyjątkowe umiejętności czy szczególne zainteresowania. Takie zachowania są częstsze i stereotypowe u dziewcząt”. Książka ta udaje obiektywną, w rzeczywistości jest zapisem mizoginistycznych poglądów autora. Temat jest bardzo ważny i trzeba o nim mówić, ale Gulczyński swoim podejściem jedynie wzmacnia podziały
mega ważny temat, ale książka dosyć rozczarowująca 🤷♀️ czytelnik jest zarzucony matematyką, chyba żeby ukryć brak argumentacji tez autora, bo nie dostaje odpowiedzi na pytanie: dlaczego dzieje to, co się dzieje? Plus przy niektórych stwierdzeniach autora trudno mi było zachować powagę 🤦♀️
Od razu napiszę, że oceniam książkę a nie przekaz w niej zawarty. Książka "Mężczyźni" w swej formule bardziej przypomina zbiór referencji niż i cytatów (100 stron źródeł na koniec mówi samo za siebie) niż książkę. Brakowało mi tam spójności i czegoś, co sklejałoby kolejne fakty w większą całość. Niestety roli tej nie pełnią pojedyncze anegdotyczne sytuacje, w których brał udział autor. Taki brak, szczególnie w tak ważnym temacie, może spowodować, że książka nie będzie podawana z rąk do rąk. O ile ciekawy może być dany wykres czy liczba, o tyle książka jako całość się nie broni.
I na tym braku całości traci najwięcej przekaz. W świecie, gdzie wszystko jest tak mocno spolaryzowane, gdzie każdy powinien mieć swoją stronę, faktografia musi się jakoś bronić. Skoro autor zakłada spokojne i rzeczowe podejście do tematu (czapka z głowy), to czymś przekaz (nie tezę, bo znów napiszę grubo: tezy tu brak, są fakty) okrasić trzeba. I tego tu zabrakło.
Mocno życzę autorowi, sobie i innym mężczyznom, aby książka ta zdewaluowała się jak najszybciej.
Ważna książka. Bardzo kompleksowo, ale i z taktem oraz wyważenie, pokazuje sytuację mężczyzn w Polsce. Daje materiał i sposób do tego, żeby temat otwarcie i odważnie podejmować. Miejscami nieco przegadana, ale każdy rozdział ma swoje podsumowanie i można ominąć nadmiar przykładów czy szczegółów. Dla mężczyzn i pod rozwagę.
Symetryzm to słowo, które w Polsce stało się już niemal inwektywą. Ta książka pokazuje, jak potrzebne jest nam zdrowe i nieortodoksyjne podejście do szukania racji gdzieś pomiędzy. To też ważna publikacja dla osób, które mając sympatie raczej bliższe lewicy już prawicy, nie odnajdują się jednocześnie w równościowym zacietrzewieniu i agresji. Fajnie, że pojawiają się takie publikacje, które pokazują, że nasze wspólne problemy - no właśnie, są wspólne, a nie tylko po jednej stronie politycznej barykady.