Gladius. Świat potomków ostatnich, prawdziwie wolnych kolonistów. Powoli i metodycznie mordowany.
Prawo jest tu najwyższą wartością. Prawem jest Sędzia. Egzekutor. Tanator.
Najeźdzcy. Ich technologia nie daje obrońcom najmniejszych szans. Ich okrucieństwo przekracza granice wyobraźni.
Dominium Solarne. Ostatnia nadzieja dla Gladiusa. Ale i absolutne podporządkowanie. Wpasowanie w tryby galaktycznego molocha. Bezwzględnego, bezdusznego, bezlitosnego.
Tomasz Kołodziejczak (ur. 13 października 1967 w Warszawie[1]) – polski pisarz science fiction i fantasy oraz wydawca, publicysta i redaktor w mediach związanych z fantastyką i komiksem.
Tomasz"Emognt"Kołodziejczak miał najwyraźniej ambicję stworzenia kawału porządnego, polskiego science fiction militarnej space opery z politycznym ciężarem, filozoficznym zapleczem i rozmachem godnym zachodnich klasyków gatunku. Początek cyklu o Dominium Solarnym faktycznie daje nadzieję na świetną rozrywkę i obiecujący świat przedstawiony. Niestety, im dalej w lekturę zbiorczego wydania obejmującego zarówno „Kolory sztandarów”, jak i „Schwytanego w światła”, tym bardziej całość zamienia się w niezwykle bolesny zjazd w dół. Stosunek bylejakości tych powieści do rozgłosu, jaki zdobyły w polskim środowisku fantastycznym, pozostaje wręcz zdumiewający. Mówiąc krótko: to dno i sześć metrów mułu.
Największym paradoksem pierwszego tomu jest już sam tytuł. „Kolory sztandarów” sugerują wieloznaczność, konflikt racji i moralne szarości. Tymczasem Kołodziejczak dzieli swój wszechświat na Dobrych i Złych z subtelnością godną propagandowej agitki. Solarne Dominium to wcielone zło kosmiczny Sauron, którego można odczytywać jako wyjątkowo toporną metaforę zunifikowanego, opresyjnego superpaństwa co jest zabawne bo LITTERLANIE OBOK MAMY KOMISTÓW EKSPERYMENTUJĄCYH NA LUDZIACH. Naprzeciw niego stoi równie papierowa rebelia, a główny bohater, Daniel Bondaree, jest bardziej bezwolnym narzędziem fabuły niż żywą postacią. Autor usiłuje kreować go na szlachetnego rycerza bez skazy, ale trudno dostrzec w nim choćby ślad indywidualizmu, autentycznych wątpliwości czy zwyczajnego człowieczeństwa.
Problem pogłębia się jeszcze bardziej w „Schwytanym w światła”. Bondaree wraca jako kolejny „jedyny ocalały”, który „wie za dużo” i nosi w sobie tajemnicę mogącą zmienić losy świata. To jeden z najbardziej wyświechtanych tropów science fiction i sensacji, ale sam schemat nie byłby jeszcze problemem, gdyby bohater miał jakąkolwiek osobowość. Nie ma. Wciąż pozostaje nieskazitelnym, nudnym twardzielem cierpiącym za miliony, jest bardziej kamerą do obserwowania świata niż pełnoprawną postacią. Jego dramaty nie wywołują emocji, bo nigdy nie sprawia wrażenia człowieka z krwi i kości.
Jeszcze gorzej wypada warstwa obyczajowa. Książki są przesiąknięte dziaderskim klimatem „męskiej fantastyki lat 90.”, w którym kobiety istnieją głównie po to, by podziwiać protagonistę albo stanowić dla niego nagrodę. Prawie wszystkie bohaterki choć i tak jest ich niewiele z niewiadomych powodów lgną do płaskiego protagonisty. Kulminacją żenady pozostaje poboczny motyw stereotypowo przerysowanego homoseksualisty, który okazuje się „seksowną kobietą w przebraniu” i oczywiście również natychmiast zaczyna pożądać głównego bohatera. Trudno potraktować coś takiego inaczej niż jako wyjątkowo przaśną fantazję autora.
Największym rozczarowaniem pozostaje jednak zmarnowany potencjał science fiction. Kołodziejczak co chwilę sygnalizuje interesujące motywy transhumanizm, modyfikacje ciała, społeczne skutki technologii, imperialną strukturę kosmicznego państwa ale nigdy nie rozwija ich w sposób pogłębiony. Technologia i świat przedstawiony istnieją wyłącznie jako dekoracja dla ideologicznych monologów. Zamiast budować wiarygodne uniwersum, autor nieustannie wygłasza pseudo-filozoficzne wykłady o patriotyzmie, heroizmie, moralnym upadku elit czy „samoubóstwieniu człowieka”. Wszystko to podane jest z subtelnością ciosu obuchem. Dialogi brzmią jak publicystyczne tyrady, a nie rozmowy między ludźmi. Od pewnego momentu człowiek zaczyna omijać całe akapity, bo doskonale wie, że znowu dostanie łopatologiczny manifest polityczno-obyczajowy zamiast rozwijającej się fabuły.
Gdyby jednak te wszystkie wady warsztatowe i fabularne nie wystarczyły, na sam koniec pozostaje nam wisienka na torcie ideologiczny fundament cyklu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że cała ta kosmiczna batalia to nic innego jak toporna, bogoojczyźniana agitka. Złe, toksyczne i zdegenerowane obyczajowo Dominium to w wizji autora uosobienie najgorszych lęków o zepsutej Unii Europejskiej, która chce zniszczyć resztki tradycji i wchłonąć wszystko, co jeszcze trzyma się dawnych zasad. Kto zaś stoi na straży prawdziwych wartości, opierając się tej kosmicznej, zbiurokratyzowanej zarazie? Oczywiście ukryta pod płaszczykiem nieskazitelnej, bohaterskiej rebelii Wielka, Katolicka Polska. Subtelność tej metafory uderza w czytelnika z gracją pędzącego walca drogowego i sprawia, że obie książki czyta się ostatecznie nie jak fantastykę, ale jak polityczny manifest wygłoszony na imieninach u mocno oderwanego od rzeczywistości wujka na 4chanie/wykopie/twiterku/chuj wie gdzie.
Co gorsza, drugi tom dodatkowo zarzyna tempo. O ile „Kolory sztandarów” przynajmniej chwilami próbowały maskować swoje problemy akcją i militarną dynamiką, tak „Schwytany w światła” tonie w ekspozycji i przegadaniu. Fabuła staje się jedynie pretekstem do kolejnych wykładów o zepsuciu elit, deprawacji cywilizacji i moralnym kryzysie ludzkości. Czyta się to bardziej jak ideologiczny manifest sfrustrowanego cryptokonserwy publicysty niż wciągającą space operę.
W efekcie zbiorcze wydanie obu tomów działa wręcz na niekorzyść całego cyklu, bo doskonale pokazuje, że problemy pierwszej części nie były wypadkiem przy pracy. „Schwytany w światła” nie naprawia żadnej z wad „Kolorów sztandarów” przeciwnie, podbija je jeszcze mocniej. To wciąż czarno-biały świat bez psychologicznej głębi, bez wiarygodnych postaci i bez emocji, za to pełen topornej ideologii oraz męczącego moralizatorstwa. Jeśli po pierwszych stronach miało się nadzieję na ambitne polskie science fiction, to po lekturze całego tomu zbiorczego zostaje już tylko poczucie zmarnowanego czasu.
Skala Moherowa: -6/10 – Czuć ciężką, staroświecką publicystykę i obsesję na punkcie „upadku wartości”, ale jeszcze nie aż tak, żeby bohater co rozdział cytował felietony z tygodników opinii. Bardziej „wujek przy grillu filozofuje o cywilizacji” niż pełny odlot.
Skala Seksistowska: 7/10 – Kobiety są tu pisane tak, jakby autor autentycznie nie wiedział, jak rozmawiają ludzie. Większość bohaterek istnieje wyłącznie wokół protagonisty, a część wątków obyczajowych jest tak żenująca, że trudno uwierzyć, iż ktoś uznał je za dobry pomysł nawet w latach 90.
Skala Wujostwa: 9/10 – Książka emanuje energią faceta, który po dwóch piwach zaczyna tłumaczyć młodszym przy stole, że „świat schodzi na psy”. Mnóstwo topornego moralizowania i przekonania, że subtelność to wymysł słabych ludzi.
Skala Dziadowa: 7.5/10 – To nie jest jeszcze absolutne dno dziaderskiej fantastyki, ale momentami bardzo blisko. Heroiczny twardziel bez emocji, papierowe kobiety, militarna napinka i filozofia z młotkiem zamiast skalpela. Wszystko pachnie fantastyką, która uważa samą swoją „męskość” za głębię.