Czym jest głód, a czym sytość? Jakie mamy relacje z jedzeniem? Dlaczego tak mało uwagi poświęcamy czynności, która dostarcza nam życiodajnej energii, radości, satysfakcji z kulinarnego występku, ale też trosk i cierpień? Ta książka jest opowieścią o doświadczaniu, emocjach i pamięci; o niespodziewanych spotkaniach przy stole i zmysłowej fascynacji, która może narodzić się nawet podczas smażenia placków; o czasach, gdy wszystko działo się naraz, a żylasta łapa kucharki nakładała mielone z buraczkami na wyszczerbione talerze; o rodzinnych królowych wypieków obdarowujących nas słodkościami, po których w ustach na zawsze zostaje gorzki posmak; o rosole pitym po seksie, kawie rozpuszczalnej (ma swoje momenty!), barszczu Amino i Cheetosach – tej wspaniałej instant przyjemności; o ciele, diecie, zdrowiu i pracy w gastronomii (od niej wszystko się zaczęło!); i wreszcie o tym, że można czasem odpłynąć w poczuciu winy i spełnienia, w poczuciu porażki i triumfu.
Pomysł bardzo dobry - opisywanie przeżyć i emocji przez pryzmat jedzenia. Czytało się to sprawnie, forma była uderzająca i pozwalała na współodczuwanie przeżyć autorki. Jednak styl sprawiał wrażenie, że już coś takiego czytałem i to sprawiało, że nieco się męczyłem. Być może to nie był dzień na ten tytuł.
Od czego by tu zacząć – może od tego, że jest to książka bardzo mocno oparta na emocjach, wspomnieniach i codziennych doświadczeniach związanych z jedzeniem, relacjami oraz kobiecą cielesnością. Autorka nie prowadzi klasycznej fabuły, lecz buduje opowieść z krótkich scen, refleksji i obserwacji, w których jedzenie staje się symbolem samotności, bliskości, zmęczenia czy potrzeby kontroli. To momentami wręcz intymny zapis codzienności, pełen zapachów, smaków i drobnych sytuacji, które mają wywoływać określony nastrój bardziej niż opowiadać konkretną historię.
Największe wrażenie robi tutaj język. Jest to według mnie lepki, sensualny, momentami wręcz duszny. Hrycyk potrafi pisać o jedzeniu w sugestywny i niepokojący jednocześnie sposób, przez co książka ma swój własny, bardzo charakterystyczny klimat.
Widać też, że autorka świadomie operuje niedopowiedzeniami i emocjonalnym chaosem, co dla wielu czytelników może być dużą zaletą.
Mimo to nie do końca przemawia do mnie ten rodzaj powieści. Brakowało mi bardziej wyraźnej fabuły i mocniejszego punktu zaczepienia w historii, bo książka bardziej skupia się na odczuciach i atmosferze niż na samej opowieści. Momentami miałem wrażenie, że forma jest tutaj ważniejsza od treści, przez co trudno było mi w pełni zaangażować się emocjonalnie w całość.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Girl Dinner” jest książką bardzo charakterystyczną i bardzo świadomie napisaną, która z pewnością znajdzie wśród Was odbiorców lubiących współczesną, eksperymentalną i mocno introspektywną literaturę.
Kozacko napisana, płynęłam z nią jak na fali, narratorka genialnie opisuje życie młodej dorosłej. Cienkie papieroski, lolki, jedzonko - wszystk oto z czego składa się żyćko. Piękna, inna, dziwna, oryginalna, uwielbiam ją - książka - przyjaciółka.
Jedzenie jako nośnik wspomnień i emocji, tych przyjemnych, jak i trudnych. Podobały mi się pojedyncze teksty, jednak jako całość robiło się trochę, notabene, ciężkostrawne. Świetny język, mnóstwo ciekawych zabiegów, ale liczyłem na ucztę, a dostałem ledwo kilka przekąsek.
Girl dinner - literally. Im bliżej końca, tym bardziej mi się podobało - dlatego 4 gwiazdki. Poczucie winy, zakryte uda w szkole i całowanie pokolorowanymi językami - niewypowiedzianie traumy i cudowności, podróż przez nostalgię, ból i (nie)dobre żarcie - podano do stołu