Pewnego dnia sześćdziesięcioletnia Helena wysiada z tramwaju, staje na ruinach kamienicy, w której kiedyś mieszkała. Niegdyś intymne, teraz obnażone, ściany mieszkań tworzą blaknącą mozaikę farb i tapet, jedyną pozostałość po ludziach, którzy kiedyś tu żyli, kochali się i nienawidzili. Helena zaczyna snuć opowieść o sobie, mężu i córce. Z bezimiennego chóru sąsiadów wydobywa dwie tajemnicze kobiety: atrakcyjną Redaktorkę i wypełnioną smutkiem Niedorzeczną. Co łączy te trzy kobiety? Czy podróż pod prąd czasu okaże się oczyszczającą wędrówką ku źródłom, czy też mroczną wyprawą do jądra ciemności?
Czy zmyślenie musi być kłamstwem? Czy pamięć pomaga, czy przeszkadza w opowieści o naszym życiu? Najbardziej oryginalny z polskich pisarzy zabiera nas w jedyną w swoim rodzaju wędrówkę do sedna swoich i cudzych słów.
Wit Szostak (pseudonim, ur. 1976) to polski pisarz, z wykształcenia doktor filozofii, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej. Mieszka w Krakowie. Członek Towarzystwa Tischnerowskiego i miłośnik twórczości Tolkiena. Jest znawcą muzyki ludowej, od kilku lat zapisuje nuty ostatnich skrzypkow ludowych, gra na skrzypcach, gęślach i dudach.
Jako autor debiutował w roku 1999 opowiadaniem „Kłopoty z błaznem” zamieszczonym w „Nowej Fantastyce”.
Jak sam mówi, używa pseudonimu nie po to, by się ukrywać, lecz aby zasygnalizować, że rozgranicza różne dziedziny swoich zainteresowań, jako że pod swoim prawdziwym nazwiskiem publikuje teksty dotyczące filozofii.
Przeczytałam kiedyś w wywiadzie (niestety nie pamiętam z jaką pisarką/pisarzem) o poradzie dla autorów, by zawsze czytali na głos to co napisali, żeby sprawdzali, czy tekst jest płynny, ma rytm, czy nie ma trudności w wypowiedzeniu kolejnych słów po sobie. I ja jako czytelniczka czasami sprawdzam na głos czy tekst się dobrze czyta, czy ma melodię, i proza Wita Szostaka ma. I niech to będzie dla was pierwszy powód, dla którego warto przeczytać „Suche strugi”.
Kolejny to oczywiście sama fabuła,która rozpoczyna się od sceny, w której narratorka wspomina jak przejeżdżając tramwajem przez krakowskie Podgórze w odrapanym murze zobaczyła ściany swojego mieszkania. Gołe ściany swojego mieszkania, które pozostały po wyburzeniu kamienicy, w której mieszkała przed laty. I tak Helena zaczyna opowieść o swoim życiu, rodzinie, o sąsiadkach, o Krakowie podzielonym rzeką.
To książka o opowiadaniu historii o sobie, ale też o opowiadaniu historii innych, których znamy tylko zza ściany, z mijania się. O tym ile prawdy jest we wspomnieniach, o tym jak wpływają na nie podświadome domysły i dopowiedzenia, o tym jak pamięć często jest zmyślaniem.
To powieść splątana, w której się gubiłam, ale w ten przyjemny sposób. Co chwilę wpadałam w konsternację i zastanawiałam się o kim ja teraz tak naprawdę czytam. Historie zlewały mi się, przenikały jedna w drugą, wracałam do poprzednich scen, wertowałam i sprawdzałam, kto mnie oszukuje, czy moja pamięć, czy niewiarygodna narratorka czy to autor tak sprytnie sobie ze mną gra.
Trochę się na to zamieszanie moich myśli irytowałam, ale kiedy zaczęłam rozumieć skąd te nieścisłości, kiedy kolejne elementy układanki zaczęły do siebie pasować, to miałam ciary, jakich dawno przy czytaniu fikcji nie czułam. To powieść wybitna, mistrzowska, pochłaniająca, taka, którą się przeżywa całą sobą, która załazi za skórę, o której myśli się na długo po jej skończeniu, i chce się ją przeczytać jeszcze raz natychmiast po jej skończeniu. Ogromnie wam ją polecam, zanurzcie się w nią i bądźcie bardzo uważne w czytaniu - historia wam tę uważność wynagrodzi.
Wit Szostak w Suchych strugach opowiada różne historie. Historię Heleny, Eugeniusza i Klary, historię życia Felicji, historię kamienicy w której mieszkali, historię Pogórza, na którym ta kamienica została zbudowana i zburzona, historię Krakowa, do którego Pogórze zostało dołączone, i historii Polski, w której itd. historia krótka, bo tylko xx wieczna. Historia bardzo długa, bo całego życia. Smutna, a miejscami radosna. Miejscami pasjonująca a gdzieniegdzie tak sobie, bo życie miejscami jest przeraźliwie nudne. Tu, jak zwykle u Wita Szostaka, język buduje emocje i hipnotyzuje, zaklina i wciąga. Fabuła tak nie wciąga, jak ten język.
Obsesja autora na punkcie rzecznych metafor nie kończy się. Otrzymujemy jednoosobowy wielogłos, który jest zaiste pewnym fenomenem: nudny i bełkotliwy zarazem. Miało być lepiej, niż w Rumowiskach. Moim zdaniem jest sporo gorzej. Męcząca popisówka, niewarta trudu. Wielka przykrość. Po Rumowiskach, które w połowie były jakimś nikomu niepotrzebnym filozoficznym esejem o rzekach, Szostak dostał u mnie żółtą kartkę. Suche strugi były podejrzane już na poziomie tytułu, bo z tego samego pola semantycznego. Zatem długo trzymałam się z daleka. I powinnam była w tym wytrwać, ale dałam się namówić koleżance, że niby dużo lepsze, niż Rumowiska, i że warto. Potem miałam drugą szansę, bo sama sobie obiecałam, że jeśli do połowy nic się nie zmieni i narratorka nadal będzie siedzieć przed ścianą swojej wyburzonej krakowskiej kamienicy i opowiadać historię życia swojego i sąsiadów, to się z książką pożegnam definitywnie i bez żalu. Czego oczywiście nie zrobiłam, bo w okolicach połowy następuje zmiana narratorki (SPOILER: tak naprawdę to nie, po prostu z opowiadającą jest coś nie w porządku i rozbija swoją osobowość na różne maski/role). Był to wielki błąd, z kategorii takich, co to już myślałam, że mam je dawno za sobą. Bo przecież nie mogę do końca uczciwie powiedzieć, że po Rumowiskach nie liczyłam się z tym, że Szostak wypełni książkę nudnymi powtórzeniami w stylu chóru greckiego i masą głębokich prawd życiowych stanowiących w istocie truizmy w najgorszym stylu Coelho. Fabuła to niezbyt staranna gra zużytymi już motywami, które jednak podobają się głównonurtowej krytyce, więc na wszelki wypadek najlepiej wrzucić wszystkie (mezalians, getto, łapanka, zdrada, trauma, Wielka Historia, cenzura, działalność opozycyjna, depresja poporodowa, histerektomia, Solidarność - do wyboru, do koloru). Jeden z największych tegorocznych zawodów czytelniczych, przy czym rozczarowana jestem głównie sobą, bo mimo lasu znaków ostrzegawczych dobrnęłam do końca wyłącznie przez sentyment dla wcześniejszych książek autora. Oszczędźcie sobie tego.
Po skończeniu tej książki mam ochotę zacząć czytać ją od nowa z nadzieją, że tym razem dostrzegę więcej, połączę kropki a życie Heleny ułoży mi się w linearną opowieść. Im bliżej końca, tym bardziej czułam po jakich meandrach ludzkiej (nie)pamięci chce poruszać się autor, jak troszczy się o styl i język i jak rozlegle buduje bohaterki. Nie jest to łatwa powieść, niemal nie ma dialogów i akcja nie płynie wartko, ale było warto po nią sięgnąć. Kraków jest pięknym tłem dla tej trudnej historii.
Jakie to było świetne! Narracja jak życie i ludzka pamięć - fragmentaryczna, poszatkowana, wykreowana przez miejsca, przedmioty, ludzi wokół, pełna przeinaczeń i usilnych uzupełnień. Opowieść o opowiadaniu siebie i innych, ludziach, samotności, starości. I wielkie i przyziemne życie zarazem. Żywe miasto, kamienica, żywi ludzie wśród dziejowych przeobrażeń. Krótka, a tak wiele w sobie mieści. Tyle pytań i tyle opcji odpowiedzi, że chyba dobra na drugie podejście kiedyś.
7/10. 🚋 Wysoko oceniam przede wszystkim za warsztat pisarski, za styl, no po prostu Wit Szostak i jest to przepiękne. Jednak fabułę pogubiłam dość mocno, a może to ona mnie pogubiła, może właśnie w tym pogubieniu sensu należy szukać. Nie wiem. Chciałabym kiedyś przeczytać tę książkę jeszcze raz i zobaczyć, czy wtedy zupełnie połączę kropki - czy jednak jest to niemożliwe przez to, o czym ta książka jest. "Suche strugi" są trudną lekturą, ale myślę, że warto tego trudu posmakować.
Mam ochotę rozpisać się gdzieś i kiedyś na temat tej książki i całego szostakowego projektu, który autor konsekwentnie rozwija od lat. Tymczasem powiem tylko: znów to zrobił. Czy to dobrze, czy źle, na to pytanie odpowiedź zmieniała mi się kilka razy podczas lektury.
Rytm, gawęda, filozoficzne rozważania nad pamięcią i rolą opowieści. I to wszystko w historii kobiety, która z sentymentem patrzy na ruiny kamienicy. Bardzo dobra, jestem fanką!