Locken - cień z Niżnej Dzielnicy, specjalista od zamków i miłośnik cudzej własności. Miał tylko zrobić to, co zwykle - wejść tam, gdzie nie powinien, zabrać, co nie należy do niego, opchnąć paserowi, zgarnąć złocisze. Kolejna prosta robota. Zwyczajna noc w Mieście rządzonym przez żelazne zasady. Jednak tym razem nie wszystko idzie zgodnie z planem…
Sieć intryg oplata Miasto, a Locken właśnie znalazł się w jej centrum. Tutaj każdy dba wyłącznie o siebie i nic nie jest tym, na co wygląda. Tam, gdzie nie sięga światło pochodni czają się tajemnice, a ludzkie życie przelicza się na złocisze, srebrne i miedziaki.
Od plugawych zaułków i szemranych spelun, po arystokratyczne salony i mroczne katakumby - gdziekolwiek się uda, będzie walczyć o przetrwanie. Kto wie, może nawet zarobi przy tym parę groszy? Albo zginie…
W trakcie czytania miałem wrażenie, że ta książka to taki literacki hołd dla Garretta i całej serii gier Thief. Inspiracje widać nie tylko w głównym bohaterze, ale też w mieście, gdzie toczy się akcja, oraz w systemie religijnym, który nadaje temu światu specyficzny klimat. Z przyjemnością odnajdywałem te nawiązania i czułem się, jakbym wracał do dawno nieodwiedzanego miejsca z dzieciństwa — takiego, które dobrze się pamięta, choć trochę się zmieniło.
Książkę czytało mi się naprawdę lekko, była to idealna odskocznia od codzienności i sposób na przyjemne zabicie czasu. Autor nie epatuje golizną, brutalnością czy wulgaryzmami, co w dzisiejszych czasach jest niemal cnotą. Co więcej, choć w książce pojawia się sporo interakcji z paniami do towarzystwa i półświatkiem, są one opisane z wyczuciem i bez popadania w skrajności. Mimo to klimat brudnych slumsów i nizin społecznych czuć tu wyraźnie, jakbyś stał w samym środku tego bałaganu. Wszystko jest wyważone tak, że nie mdli, ale też wydaje się sztucznie ugrzecznione.
Postacie są wyraźnie zarysowane i dobrze skonstruowane, choć nie spodziewajcie się tu wielkich przemian czy moralnych dylematów. To trochę jak z tymi serialami, które oglądasz dla akcji i sporadycznych elementów komediowych, a nie dla psychologicznych rozterek bohaterów. Zapewne to konsekwencja formy książki, która jest bardziej zbiorem powiązanych opowiadań, a nie jedną, rozbudowaną powieścią. Za to negatywne charaktery są tak dobrze napisane, że od razu chce się ich znienawidzić. Ten Czynszojad...
Forma książki przypomniała mi trochę zbiory Pilipiuka o Sztormie i doktorze Skórzewskim — czyli takie „przerywniki”, które można czytać na raty, bez poczucia winy, że coś się przegapiło (Mimo że ją wciągnąłem w dwa dni) Dla mnie to spory plus, bo nie każdy ma czas na epickie wielotomowe epopeje jak Kroniki Czarnej Kompanii, a czasem wystarczy dobra, klimatyczna historia na wieczór.
Są takie książki fantasy, które od pierwszych stron próbują zasypać człowieka nazwami królestw, ras i milionem zasad świata. I potem człowiek siedzi bardziej zmęczony niż zaciekawiony. Na szczęście Złodziej autorstwa Krzysztof Haladyn idzie zupełnie inną drogą. Tutaj najpierw wchodzi klimat. Brudne uliczki, szemrane interesy, ciemne zaułki Miasta i bohater, który niby jest złodziejem, ale bardzo szybko okazuje się kimś dużo ciekawszym niż zwykły rzezimieszek. Głównym bohaterem jest Locken, specjalista od zamków, kradzieży i znikania, zanim ktokolwiek zdąży krzyknąć „łapać go”. Ma wykonać prostą robotę, podmienić pieczęć, zgarnąć pieniądze i wrócić do swojej codzienności. Oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. Jedno zlecenie zamienia się w ogromną aferę, a Locken nagle staje się celem ludzi dużo potężniejszych od siebie. W jego ręce trafia tajemnicza „Łza Kuźni”, a razem z nią cała lawina problemów. I właśnie od tego momentu książka wciąga najmocniej. Najbardziej kupił mnie klimat tej historii. Czuć tutaj taki trochę złodziejski, przygodowy vibe w stylu starych gier RPG albo klasycznych opowieści fantasy, gdzie bohater bardziej polega na sprycie niż magicznym mieczu i wybrańczym przeznaczeniu. Według mnie Locken nie jest herosem bez skazy. Kombinuje, oszukuje, czasem ucieka szybciej niż walczy, ale właśnie dlatego wypada tak naturalnie. Da się go po prostu lubić. Szczególnie kiedy trafia zarówno do podejrzanych spelun, jak i bogatych salonów, próbując przeżyć kolejny dzień. Bardzo fajnie wypada też relacja Lockena z Klastiusem. Wśród całego chaosu, pościgów i intryg pojawia się trochę humoru i zwykłych ludzkich rozmów. Dzięki temu książka nie jest przesadnie trudna ani mroczna. Autor dobrze wyczuł momenty, kiedy dorzucić napięcie, a kiedy pozwolić czytelnikowi odetchnąć. Podobało mi się też samo Miasto. Nie jest takie przesadnie przekombinowane, ale ma ten charakter, który powoduje, że z jednej strony odczuwasz respekt, a z drugiej samemu chciałoby się bardziej przyjrzeć, lecz z bezpiecznej odległości (o ile dałoby radę :p). Są katakumby, ciemne dzielnice, złodzieje, możni ludzie ciągnący za sznurki i atmosfera ciągłego zagrożenia. Człowiek ma wrażenie, że każdy tutaj coś ukrywa i każdy chce ugrać coś dla siebie. Do tego dochodzi motyw Kuźnicowców i tajemnic związanych z magią oraz przedmiotami mającymi ogromną wartość. Autor nie wykłada wszystkiego od razu na stół i właśnie to budzi ciekawość na kolejne tomy. Bardzo się cieszę, że Fabryka Słów wydaje historie, które trafiają w gusta czytelników. Mają fantastyczny dar trafiania na te perełki, które nie pozwolą zasnąć i zapomnieć o książce. I szczerze? Po skończeniu miałam dokładnie tę samą myśl co wielu czytelników: poproszę drugi tom jak najszybciej.
Jeśli macie na ten moment dosyć bohaterów fantasy, którzy są władcami, wojownikami lub młodymi wybrańcami, a chcecie jakiegoś szarego moralnie i parającego się niezbyt etyczną profesją antagonistę, to mam dla Was książkę idealną o wiele mówiącym tytule "Złodziej" od Krzysztofa Haladyna.
Locken, główny bohater tej książki, jest złodziejem, ale pomaga słabszym i czyni także dobro, przez co jest intrygującą postacią, która skrywa również tajemnice z przeszłości, o których mamy tu co nieco napomknięte. Ogólnie Haladyn stworzył świat z dużym potencjałem na więcej, ponieważ ta książka zostawia nas w sumie z wieloma pytaniami, między innymi właśnie o przeszłość Lockena. Do tego mamy Miasto oraz ścierające się ze sobą dwie religie.
Sam nie wiem czym "Złodziej" jest, czy powieścią, czy zbiorem opowiadań. Bo mamy tutaj historie, które są z jednej strony jak opowiadania, ponieważ każda traktuje o czym innym, z drugiej jak rozdziały, ponieważ wszystko bardzo zgrabnie się łączy. Brakuje mi tu jedynie takiego nadrzędnego wątku, takiej dużej sprawy, wykraczającej poza włamy i kradzieże, a potencjał na to był. Mam nadzieję, że Krzysztof Haladyn nie porzuci tego świata, bo zdecydowanie można tu stworzyć jeszcze jakieś opowiadania i większą powieść.
Co jeszcze mogę rzec o "Złodzieju"? Na pewno to, że jest tytułem lekkim, zabawnym, idealnym do wieczornego czytania, jeśli szukacie czegoś przyjemnego, ale nie chcecie męczyć się wieczorem ze skomplikowaną fabułą i mnóstwem postaci. Może i jest prosto, ale przyjemnie i dobrze.
Więcej moich recenzji znajdziecie na Instagramie @chomiczkowe.recenzje oraz TikToku o tej samej nazwie, gdzie serdecznie zapraszam.
To nie jest zła powieść. Powiedziałabym, że w swoim gatunku byłaby dobra - ma wartką akcję, bohaterowie mają swoje charaktery, lektura jest przyjemna. Nie jest to absolutnie nic wybitnego, ot czytadło, ale w swojej kategorii przyzwoite.
Ciężko mi jednak nie zauważyć jej rażących podobieństw do gry „Thief”. Szczególnie widać to w organizacjach takich jak Młotki, Matecznicy czy Skryptorzy. Mamy tutaj podobne nazwy własne, często nawet niespecjalnie zmienione. Zresztą nie tylko chodzi o nazwy, ale i to, czym owe organizacje się zajmują, a nawet jakiego języka używają. Fabuła także jest trochę jak gra. Od jednej misji do drugiej, wizyta u pasera i tak dalej, i tak dalej. Strasznie, strasznie słabe.
Niestety to bardzo zauważalne, więc ciężko mi cieszyć się tą lekturą. Szkoda, bo gdyby było to choć trochę bardziej autorskie, byłaby to przyzwoita lektura fantasy, jedna z lepszych, jakie w ostatnim czasie czytałam i dostałaby ode mnie trójkę.